Brawo! Na to właśnie czekałem, bo dobrze pamiętam jak na nieboszczce FF czytałem o tym nowym obliczu ex-marksisty Daniela Ortegi, który dochodząc ponownie do władzy w Nikaragui (tym razem demokratycznie, poprzez wybór narodu, a nie rewolucję jak wcześniej) stał się istnym, latynoskim Katechonem zakazującym aborcji... Oczywiście ci sami piewcy katechumatu byłego marksisty-leninisty z Nikaragui całkowicie ignorowali podstawowe narzędzia marksistowskie do analizy tego typu zjawisk politycznych i społecznych występujących szczególnie w krajach tzw. Trzeciego Świata, czyli np. skrajne nierówności społeczne, podział na bardzo wąską grupę właścicieli środków produkcji będącą podwiązanymi pod wielkie korporacje i kapitał, głównie amerykański oraz ogromne rzesze biedoty (kto nie zrozumie istoty tego właśnie problematu Ameryki Łacińskiej, ten nigdy nie będzie w stanie pojąć fenomenu bolivaryzmu i chiavyzmu w tym regionie świata)
@Przemko powiedział(a):
Stażyści w Onecie niezawodni. Kolumbia jest członkiem Organizacji Państw Amerykańskich (OAS/OPA), ale widocznie w wyszukiwarce wyżej wyskoczył inny OAS.
Dobrze,że nie ta OAS wymyślona przez grupę D z kiszczakowskiego MSW.
@George_Orwell__
"Amerykanie wyraźnie przegrywają konfrontacje z Wenezuelą, która jest wspierana przez rosję i Chiny." Ten wielki cytat padł 2 tygodnie temu👌
"Kremlowski propagandysta Oleg Carew zachodzi w głowę, gdzie podziało się sześć miliardów dolarów, jakie Wenezuela wydała (cztery miliardy) i dostała od Rosji (ponad dwa miliardy) na nowoczesne uzbrojenie, w tym samoloty Su-30. Jedno z trojga: zostały ukradzione lub nikt nie zamierzał w nich ginąć za Maduro. Albo oba.
A Wojenkor (Wojenny Korespondent) Kotenok obawia się (słusznie), że ten sprzęt trafi teraz na Ukrainę
Taka akcja, jak ujęcie i uprowadzenie Maduro nie mogła być wykonana bez pomocy najbliższego otoczenia dyktatora. Teraz jego ludzie będą na pokaz protestować i domagać się zwolnienia go, ale za plecami już najprawdopodobniej negocjują ze Stanami warunki pokoju.
A co na to zwykli Wenezuelczycy?
Wenezuela jest dla prezydenta Trumpa tym, czym była Grenada dla prezydenta Reagana. Dzięki niej odczarowany został po raz kolejny kompleks Wietnamu (obecnie także Iraku i Afganistanu).
Na logikę, USA nie powinny teraz "zaprowadzać demokracji" (zgodnie z własnymi deklaracjami ze Strategii Bezpieczeństwa Narodowego), tylko pozwolić Wenezuelczykom zaprowadzić własne rządy, jakie chcą (o ile rządy te będą zgodne z interesem USA). Słowem, niech Wenezuelą rządzi nawet sukinsyn, ale to ma być nasz sukinsyn.
Cała akcja ma jednak mały smaczek. Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza (oni naprawdę nadal nazywają się, jakby ich kto wyjął ze stalinowskiej zamrażarki) właśnie skończyła manewry wokół Tajwanu. W ich trakcie odegrano rytualny taniec pod nazwą "jak przeprowadzimy desant na wyspę". Zrobiono dużo szumu, dużo huku, dużo błysków, dużo huku. I wrócono do koszar.
I na drugi dzień Amerykanie pokazali
Tak się przeprowadza takie operacje.
Jeszcze bardziej wizerunkowo dostała Rosja, bo amerykańska operacja wojskowa trwała krócej, niż jedną dobę. "
Nie tylko on, jest więcej takich kretyńskich analogii. Ani Rosja ani Chiny nie potrzebowały, nie potrzebują i nie będą potrzebować takich pretekstów, robią co uważają że mogą, tak jak teraz USA. I stąd ten ból dupy, bo USA zrobiły i się udało, ruskim nie a Chińczycy boją się spróbować na Tajwanie.
jest taki dowcip żydowski - rabbi wywiesił w synagodze ogłoszenie - "wchodzenie do synagogi z odkrytą głową jest takim samym grzechem, jak chodzenie do domu publicznego". Wkrótce pojawił się tam dopisek - "wypróbowałem jednego i drugiego - różnica ogromna".
No więc między jedną a drugą operacją specjalną jest różnica ogromna.
Demokraci w amoku że "nic nie wiedzieli" - zakładając że rzeczywiście tak było, bo to przecież może być tylko polityczna maska na potrzeby wewnętrzne, to przypomnijmy sobie jak kilka miesięcy temu Hegseth ograniczył dziennikarzom dostęp do Pentagonu. W praktyce zabronił im po prostu pałętać się po budynku przez cały czas. Może dlatego udało się taką akcję utrzymać w tajemnicy.
"Całkiem rozsądny wpis duńskiego posła do Europarlamentu Henrika Dahla (liberał, Europejska Partia Ludowa, EPP):
Nigdy nie istniał porządek międzynarodowy oparty na zasadach. Nowością jest przyznanie się do tego.
Aresztowanie przez Amerykanów dyktatora Wenezueli Nicolása Maduro (i jego żony), któremu towarzyszyło użycie siły militarnej, zrozumiałe skłoniło wielu Europejczyków do ubolewania nad tym, co postrzegają jako naruszenie opartego na zasadach porządku międzynarodowego.
Celem poniższych rozważań jest przedstawienie tego założenia we właściwej perspektywie.
Jeśli ograniczymy się do stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, to jedynie Wielka Brytania i Francja mogą uznać, że szanują – mniej lub bardziej konsekwentnie – to, co Europejczycy nazywają „opartym na zasadach porządkiem międzynarodowym”.
Rosja prowadzi wojnę na Ukrainie, rażąco naruszając prawo międzynarodowe. Postępowanie Chin na Morzu Południowochińskim nie mieści się w ramach prawa międzynarodowego. Podobnie jak aresztowanie Maduro przez Amerykanów.
Innymi słowy, większość stałych członków Rady Bezpieczeństwa utrzymuje – z dyplomatycznego punktu widzenia – luźne stosunki z Kartą Narodów Zjednoczonych i innymi podstawowymi elementami opartego na zasadach porządku międzynarodowego.
To, że Stany Zjednoczone, Rosja i Chiny przestrzegają zasad opartego na zasadach porządku międzynarodowego tylko do momentu, w którym przestaną to robić, nie jest niczym nowym.
Różnica polega raczej na tym, jak takie naruszenia są uzasadniane. Stany Zjednoczone nadal legitymizują swoje działania normatywnym językiem praw człowieka, odpowiedzialności i porządku międzynarodowego – nawet gdy argumenty te są nikłe. Rosja i Chiny, z kolei, coraz częściej otwarcie odwołują się do stref wpływów, historycznych uprawnień i odrębności cywilizacyjnych.
Rosja – a wcześniej Związek Radziecki – ma długą historię napaści na kraje w swojej strefie wpływów, które nie podporządkowały się jej zasadom. Chiny są członkiem WTO od 25 lat, nigdy nie przestrzegając w pełni zasad tej organizacji. Stany Zjednoczone ze swojej strony przeprowadziły znaczną liczbę operacji wojskowych bez mandatu ONZ od czasów II wojny światowej.
Pytanie zatem nie brzmi, kiedy te trzy kraje porzuciły szacunek dla porządku międzynarodowego. Pytanie brzmi raczej, czy kiedykolwiek naprawdę go przyjęły w jakimkolwiek innym sensie niż retorycznym.
Po bliższym zastanowieniu nasuwa się wniosek, że „porządek międzynarodowy oparty na zasadach” jest w dużej mierze normatywnym fantomem – czymś, czemu małe i średnie państwa europejskie okazywały szczególną sympatię i retoryczną cześć. Podobnie jak ich główna instytucja kooperacyjna: Unia Europejska.
Nie oznacza to, że normy nie mają znaczenia. Reguły mają znaczenie, ale działają asymetrycznie. Dyscyplinują słabych znacznie skuteczniej niż ograniczają silnych.
Zasadniczo nie widzę nic złego w toastach za zasady, którym trudno sprostać na co dzień.
Celem toastu jest zaszczepienie ideału: koncepcji, którą większość ludzi uznaje i szanuje. Jeśli się powiedzie, ma to dwie zalety.
Po pierwsze, stanowi normę, do której można się odwołać w przypadku jej naruszenia. Nawet jeśli nie zawsze mówi się całą prawdę, norma prawdomówności jest czymś dobrym. Stanowi punkt wyjścia do uzasadnionej krytyki, gdy konkretna osoba w konkretnej sytuacji nie mówi prawdy. I to jest przydatne.
Po drugie, normy mogą, w szczęśliwych przypadkach, wywołać wstyd u tych, którzy je łamią – a także publiczne zawstydzenie, gdy zostaną przyłapani na gorącym uczynku. Żadne społeczeństwo nie może funkcjonować bez takich mechanizmów kontroli i samokontroli.
Patrząc z tej perspektywy, nie ma oczywiście nic złego w tym, że państwa europejskie – i UE jako całość – deklarują swoje zaangażowanie na rzecz opartego na zasadach porządku międzynarodowego.
Problem pojawia się, gdy Europejczycy naprawdę i poważnie wierzą, że światem rządzą zasady, a ich naruszenia są konsekwentnie piętnowane i karane.
Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bo to iluzja – a trwałe iluzje są niebezpieczne.
Ostatecznie o losach świata decyduje siła. Toasty na cześć opartego na zasadach porządku międzynarodowego nie mogą i nie powinny przesłaniać tego faktu.
Wielkie mocarstwa przestrzegają zasad, dopóki leży to w ich interesie. Z chwilą, gdy interes znika, przestrzeganie zasad również. Małe i średnie państwa mogą jedynie mieć nadzieję, że wielkie mocarstwa będą nadal przestrzegać zasad. Bo jeśli tego nie zrobią – co wtedy? Nic. W praktyce zasady tracą ważność, a zwycięża prawo silniejszego.
Z tego powodu prawdziwy problem z aresztowaniem Maduro przez Amerykanów nie polega na tym, że po raz kolejny zignorowano prawo międzynarodowe. Z historycznego punktu widzenia nie jest to niczym nowym.
Nowością jest to, że Europejczycy nadal udają zaskoczenie.
To, że wielkie mocarstwa uznają „porządek międzynarodowy oparty na zasadach” tylko wtedy, gdy im to odpowiada, nie jest zatem niczym nowym. Nowością jest jedynie to, że coraz rzadziej zawracają sobie głowę jego ukrywaniem.
Seks istniał już przed liberalizacją pornografii. Nowością nie było to, że ludzie nagle zaczęli robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie robili. Nowością było to, że przestali się go wstydzić – i pozwolili, by powszechnie wiadomo było, że tak właśnie działa świat.
W tym sensie nowa rzeczywistość międzynarodowa bardziej przypomina liberalizację pornografii niż pojawienie się zupełnie nowych i przełomowych zajęć w sypialniach na całym świecie.
W świecie, w którym silne mocarstwa działają otwarcie, kierując się interesami i siłą, słabsi aktorzy muszą albo zbudować własną realną siłę, albo działać w sojuszu z silniejszym aktorem – albo zaakceptować swoją nieistotność. Odwoływanie się do nieegzekwowanych zasad niczego nie zmienia. Protesty bez możliwości sankcjonowania niczego nie zmieniają. Moralne oburzenie bez materialnych środków niczego nie zmienia.
Dla Europy oznacza to, że pytanie nie brzmi już, czy oparty na zasadach porządek międzynarodowy został naruszony. To pytanie jest nieistotne. Jedyne istotne pytanie brzmi, jakimi instrumentami siły dysponuje Europa – wojskowymi, gospodarczymi i strategicznymi – i czy istnieje wola polityczna, by ich użyć.
Jeśli nie, Europa nadal będzie mówić językiem norm w świecie, który przeszedł na język siły. Elegancko – ale bez efektu."
Dla Europy oznacza to, że pytanie nie brzmi już, czy oparty na zasadach porządek międzynarodowy został naruszony. To pytanie jest nieistotne. Jedyne istotne pytanie brzmi, jakimi instrumentami siły dysponuje Europa – wojskowymi, gospodarczymi i strategicznymi – i czy istnieje wola polityczna, by ich użyć.
Choćby biorąc wyłącznie pod uwagę traktowanie różnych polskich rządów przez tzw. Europę widać, jak rażąco sprzecznie z zasadami postępuje Europa. Pan Hendrik ma 12 lat?
Dla Europy oznacza to, że pytanie nie brzmi już, czy oparty na zasadach porządek międzynarodowy został naruszony. To pytanie jest nieistotne. Jedyne istotne pytanie brzmi, jakimi instrumentami siły dysponuje Europa – wojskowymi, gospodarczymi i strategicznymi – i czy istnieje wola polityczna, by ich użyć.
Choćby biorąc wyłącznie pod uwagę traktowanie różnych polskich rządów przez tzw. Europę widać, jak rażąco sprzecznie z zasadami postępuje Europa. Pan Hendrik ma 12 lat?
Pan Hendryk wciela po prostu w życie swoje obserwacje. Gdy glanowanie Polski przestanie się "Europie" opłacać - zauważy.
Dla Europy oznacza to, że pytanie nie brzmi już, czy oparty na zasadach porządek międzynarodowy został naruszony. To pytanie jest nieistotne. Jedyne istotne pytanie brzmi, jakimi instrumentami siły dysponuje Europa – wojskowymi, gospodarczymi i strategicznymi – i czy istnieje wola polityczna, by ich użyć.
Choćby biorąc wyłącznie pod uwagę traktowanie różnych polskich rządów przez tzw. Europę widać, jak rażąco sprzecznie z zasadami postępuje Europa. Pan Hendrik ma 12 lat?
Pan Hendryk wciela po prostu w życie swoje obserwacje. Gdy glanowanie Polski przestanie się "Europie" opłacać - zauważy.
Na razie są zdziwieni że teraz to USA ich glanuje, są w fazie jak ruscy gdy pierwsze ukraińskie bomby spadły im na miasta - "a nas za co!?".
Chyba generalnie mówi (mało odkrywczą) prawdę. Pomija tylko jeden drobiażdżek - w Europie te zasady (że nie ma żadnych zasad) też się z upodobaniem stosuje. Duńczycy mają tego farta, że przez kilka lat nikt nie chciał po nich deptać, ale z fartem jest jak z fartem: raz jest, raz go nie ma. Dla Danii skończył się, można sobie trochę popłakać ale potem należy wytrzeć nos i dziękować Bogu, że się go w ogóle miało, inni byli mniej szczęśliwi.
Więc czy słabi są skazani na leżenie na talerzu silnych? Niekoniecznie. Słabi mogą się zjednoczyć i stać się przez to silnymi. Historia zna niewiele takich przypadków ale zna, najbardziej znaczącym jest Hanza. Problem Danii polega jednak na tym, że kiedy inni byli deptani, to Duńczycy woleli patrzeć w inną stronę. Solidarność to niestety relacja wzajemna, nie może być tylko w jedną stronę.
Niektórym zachodnim Europejczykom być może wydaje się, że przeznaczonymi do deptania są wyłącznie ci wschodni ewentualne południowi.
Dodatkowo niektórym Skandynawom mogło się uroić. iż będą do końca dziejów stać z boku z popcornem w ręku i cynicznie zarabiać na wojnach i konfliktach.
Maduro nie jest uznanym międzynarodowo prezydentem Wenezueli. Od lat. Nie uznaje go za prezydenta wiele krajów Europy (w tym Polska), USA, Kanada i mogę przekleić od AI całą listę. Organizacje międzynarodowe takie jak UE też nie uznają Maduro za prezydenta.
...nie chcę zabrzmieć paternalistycznie, ale to są problemy teorii i praktyki prawa międzynarodowego. Nie jest to żadna matematyka, ale też wiedza specjalistyczna.
A swoisty paradoks polega na tym, że takie "naruszenie" normy jakie zaprezentowały US ostatnio nie osłabiają wcale uznania normy a wręcz przeciwnie - umacniają ją. Praktyka US nie kwestionuje porządku prawa międzynarodowego, wręcz przeciwnie - umacnia go.
A w szerszym kontekście:
Here he [Sir Hersch Lauterpacht] is speaking at the Royal Institute of International Affairs, Chatham House, London, **in 1941 **as bombs were falling over Coventry and the members of his family in Poland were being rounded up in a ghetto and soon killed:
"The disunity of the modern world is a fact; but so, in a truer sense, is its unity. Th[e] essential and manifold solidarity, coupled with the necessity of securing the rule of law and the elimination of war, constitutes a harmony of interests which has a basis more real and tangible than the illusions of the sentimentalist or the hypocrisy of those satisfied with the existing status quo. The ultimate harmony of interests which within the State finds expression in the elimination of private violence is not a misleading invention of nineteenth century liberalism."
Nie jest moją intencją robienie tutaj seminarium, oczywiście. Podobnie jak zapewne nie jest intencją Kolegi Profesora robienie na forum seminarium z matematyki.
@los powiedział(a):
Ale można nie uznawać retorycznie a robić biznesy w realu. Nawet lepiej, bo jak kto trefny, to daje lepsze ceny.
można, ale chyba nie o tym mówimy. Wenezuela dostała szansę, bo naruszony został układ przestępczy okupujący to państwo. Naruszony, nie zlikwidowany - mogą teraz zacząć rozmowy.
No i nieco groźnej broni w pobliżu USA zostało usuniętej.
Komentarz
Po kilku godzinach umieściła nowy wpis w którym częściowo się wycofuje z tego co napisała wcześniej.
Na oddziale bez zmian.
Brawo! Na to właśnie czekałem, bo dobrze pamiętam jak na nieboszczce FF czytałem o tym nowym obliczu ex-marksisty Daniela Ortegi, który dochodząc ponownie do władzy w Nikaragui (tym razem demokratycznie, poprzez wybór narodu, a nie rewolucję jak wcześniej) stał się istnym, latynoskim Katechonem zakazującym aborcji... Oczywiście ci sami piewcy katechumatu byłego marksisty-leninisty z Nikaragui całkowicie ignorowali podstawowe narzędzia marksistowskie do analizy tego typu zjawisk politycznych i społecznych występujących szczególnie w krajach tzw. Trzeciego Świata, czyli np. skrajne nierówności społeczne, podział na bardzo wąską grupę właścicieli środków produkcji będącą podwiązanymi pod wielkie korporacje i kapitał, głównie amerykański oraz ogromne rzesze biedoty (kto nie zrozumie istoty tego właśnie problematu Ameryki Łacińskiej, ten nigdy nie będzie w stanie pojąć fenomenu bolivaryzmu i chiavyzmu w tym regionie świata)
Dobrze,że nie ta OAS wymyślona przez grupę D z kiszczakowskiego MSW.
Witamy Państwa w MSW
... and with Trump.
Bartosiak!
@George_Orwell__
"Amerykanie wyraźnie przegrywają konfrontacje z Wenezuelą, która jest wspierana przez rosję i Chiny." Ten wielki cytat padł 2 tygodnie temu👌
·
MURICA' FUK YEAH!
.
.
.
👣
🐾
🐾
Durka durka halal!
Wpis Maćka Pietraszczyka o Wenezueli.
"Kremlowski propagandysta Oleg Carew zachodzi w głowę, gdzie podziało się sześć miliardów dolarów, jakie Wenezuela wydała (cztery miliardy) i dostała od Rosji (ponad dwa miliardy) na nowoczesne uzbrojenie, w tym samoloty Su-30. Jedno z trojga: zostały ukradzione lub nikt nie zamierzał w nich ginąć za Maduro. Albo oba.
A Wojenkor (Wojenny Korespondent) Kotenok obawia się (słusznie), że ten sprzęt trafi teraz na Ukrainę
Taka akcja, jak ujęcie i uprowadzenie Maduro nie mogła być wykonana bez pomocy najbliższego otoczenia dyktatora. Teraz jego ludzie będą na pokaz protestować i domagać się zwolnienia go, ale za plecami już najprawdopodobniej negocjują ze Stanami warunki pokoju.
A co na to zwykli Wenezuelczycy?
Wenezuela jest dla prezydenta Trumpa tym, czym była Grenada dla prezydenta Reagana. Dzięki niej odczarowany został po raz kolejny kompleks Wietnamu (obecnie także Iraku i Afganistanu).
Na logikę, USA nie powinny teraz "zaprowadzać demokracji" (zgodnie z własnymi deklaracjami ze Strategii Bezpieczeństwa Narodowego), tylko pozwolić Wenezuelczykom zaprowadzić własne rządy, jakie chcą (o ile rządy te będą zgodne z interesem USA). Słowem, niech Wenezuelą rządzi nawet sukinsyn, ale to ma być nasz sukinsyn.
Cała akcja ma jednak mały smaczek. Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza (oni naprawdę nadal nazywają się, jakby ich kto wyjął ze stalinowskiej zamrażarki) właśnie skończyła manewry wokół Tajwanu. W ich trakcie odegrano rytualny taniec pod nazwą "jak przeprowadzimy desant na wyspę". Zrobiono dużo szumu, dużo huku, dużo błysków, dużo huku. I wrócono do koszar.
I na drugi dzień Amerykanie pokazali
Jeszcze bardziej wizerunkowo dostała Rosja, bo amerykańska operacja wojskowa trwała krócej, niż jedną dobę. "
https://zapiskiczynionepodrodze.blogspot.com/2026/01/dziennik-wojny-atak-na-wenezuele.html
Memcen już zdążył się wygupić
Porównał wojskowe operacje specjalne USA z Maduro z "taka samą" ZSRR na Ukrainie.
Tu się nie znam ale to ładnie się zapowiada.
https://x.com/i/status/2007384206394151347
Nie tylko on, jest więcej takich kretyńskich analogii. Ani Rosja ani Chiny nie potrzebowały, nie potrzebują i nie będą potrzebować takich pretekstów, robią co uważają że mogą, tak jak teraz USA. I stąd ten ból dupy, bo USA zrobiły i się udało, ruskim nie a Chińczycy boją się spróbować na Tajwanie.
jest taki dowcip żydowski - rabbi wywiesił w synagodze ogłoszenie - "wchodzenie do synagogi z odkrytą głową jest takim samym grzechem, jak chodzenie do domu publicznego". Wkrótce pojawił się tam dopisek - "wypróbowałem jednego i drugiego - różnica ogromna".
No więc między jedną a drugą operacją specjalną jest różnica ogromna.
Demokraci w amoku że "nic nie wiedzieli" - zakładając że rzeczywiście tak było, bo to przecież może być tylko polityczna maska na potrzeby wewnętrzne, to przypomnijmy sobie jak kilka miesięcy temu Hegseth ograniczył dziennikarzom dostęp do Pentagonu. W praktyce zabronił im po prostu pałętać się po budynku przez cały czas. Może dlatego udało się taką akcję utrzymać w tajemnicy.
https://x.com/i/status/2007861177821311304
Do tej akcji pasuje slogan "Robimy! Nie gadamy!".
Traktaty obowiązują tylko słabych.
"Całkiem rozsądny wpis duńskiego posła do Europarlamentu Henrika Dahla (liberał, Europejska Partia Ludowa, EPP):
Nigdy nie istniał porządek międzynarodowy oparty na zasadach. Nowością jest przyznanie się do tego.
Aresztowanie przez Amerykanów dyktatora Wenezueli Nicolása Maduro (i jego żony), któremu towarzyszyło użycie siły militarnej, zrozumiałe skłoniło wielu Europejczyków do ubolewania nad tym, co postrzegają jako naruszenie opartego na zasadach porządku międzynarodowego.
Celem poniższych rozważań jest przedstawienie tego założenia we właściwej perspektywie.
Jeśli ograniczymy się do stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, to jedynie Wielka Brytania i Francja mogą uznać, że szanują – mniej lub bardziej konsekwentnie – to, co Europejczycy nazywają „opartym na zasadach porządkiem międzynarodowym”.
Rosja prowadzi wojnę na Ukrainie, rażąco naruszając prawo międzynarodowe. Postępowanie Chin na Morzu Południowochińskim nie mieści się w ramach prawa międzynarodowego. Podobnie jak aresztowanie Maduro przez Amerykanów.
Innymi słowy, większość stałych członków Rady Bezpieczeństwa utrzymuje – z dyplomatycznego punktu widzenia – luźne stosunki z Kartą Narodów Zjednoczonych i innymi podstawowymi elementami opartego na zasadach porządku międzynarodowego.
To, że Stany Zjednoczone, Rosja i Chiny przestrzegają zasad opartego na zasadach porządku międzynarodowego tylko do momentu, w którym przestaną to robić, nie jest niczym nowym.
Różnica polega raczej na tym, jak takie naruszenia są uzasadniane. Stany Zjednoczone nadal legitymizują swoje działania normatywnym językiem praw człowieka, odpowiedzialności i porządku międzynarodowego – nawet gdy argumenty te są nikłe. Rosja i Chiny, z kolei, coraz częściej otwarcie odwołują się do stref wpływów, historycznych uprawnień i odrębności cywilizacyjnych.
Rosja – a wcześniej Związek Radziecki – ma długą historię napaści na kraje w swojej strefie wpływów, które nie podporządkowały się jej zasadom. Chiny są członkiem WTO od 25 lat, nigdy nie przestrzegając w pełni zasad tej organizacji. Stany Zjednoczone ze swojej strony przeprowadziły znaczną liczbę operacji wojskowych bez mandatu ONZ od czasów II wojny światowej.
Pytanie zatem nie brzmi, kiedy te trzy kraje porzuciły szacunek dla porządku międzynarodowego. Pytanie brzmi raczej, czy kiedykolwiek naprawdę go przyjęły w jakimkolwiek innym sensie niż retorycznym.
Po bliższym zastanowieniu nasuwa się wniosek, że „porządek międzynarodowy oparty na zasadach” jest w dużej mierze normatywnym fantomem – czymś, czemu małe i średnie państwa europejskie okazywały szczególną sympatię i retoryczną cześć. Podobnie jak ich główna instytucja kooperacyjna: Unia Europejska.
Nie oznacza to, że normy nie mają znaczenia. Reguły mają znaczenie, ale działają asymetrycznie. Dyscyplinują słabych znacznie skuteczniej niż ograniczają silnych.
Zasadniczo nie widzę nic złego w toastach za zasady, którym trudno sprostać na co dzień.
Celem toastu jest zaszczepienie ideału: koncepcji, którą większość ludzi uznaje i szanuje. Jeśli się powiedzie, ma to dwie zalety.
Po pierwsze, stanowi normę, do której można się odwołać w przypadku jej naruszenia. Nawet jeśli nie zawsze mówi się całą prawdę, norma prawdomówności jest czymś dobrym. Stanowi punkt wyjścia do uzasadnionej krytyki, gdy konkretna osoba w konkretnej sytuacji nie mówi prawdy. I to jest przydatne.
Po drugie, normy mogą, w szczęśliwych przypadkach, wywołać wstyd u tych, którzy je łamią – a także publiczne zawstydzenie, gdy zostaną przyłapani na gorącym uczynku. Żadne społeczeństwo nie może funkcjonować bez takich mechanizmów kontroli i samokontroli.
Patrząc z tej perspektywy, nie ma oczywiście nic złego w tym, że państwa europejskie – i UE jako całość – deklarują swoje zaangażowanie na rzecz opartego na zasadach porządku międzynarodowego.
Problem pojawia się, gdy Europejczycy naprawdę i poważnie wierzą, że światem rządzą zasady, a ich naruszenia są konsekwentnie piętnowane i karane.
Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bo to iluzja – a trwałe iluzje są niebezpieczne.
Ostatecznie o losach świata decyduje siła. Toasty na cześć opartego na zasadach porządku międzynarodowego nie mogą i nie powinny przesłaniać tego faktu.
Wielkie mocarstwa przestrzegają zasad, dopóki leży to w ich interesie. Z chwilą, gdy interes znika, przestrzeganie zasad również. Małe i średnie państwa mogą jedynie mieć nadzieję, że wielkie mocarstwa będą nadal przestrzegać zasad. Bo jeśli tego nie zrobią – co wtedy? Nic. W praktyce zasady tracą ważność, a zwycięża prawo silniejszego.
Z tego powodu prawdziwy problem z aresztowaniem Maduro przez Amerykanów nie polega na tym, że po raz kolejny zignorowano prawo międzynarodowe. Z historycznego punktu widzenia nie jest to niczym nowym.
Nowością jest to, że Europejczycy nadal udają zaskoczenie.
To, że wielkie mocarstwa uznają „porządek międzynarodowy oparty na zasadach” tylko wtedy, gdy im to odpowiada, nie jest zatem niczym nowym. Nowością jest jedynie to, że coraz rzadziej zawracają sobie głowę jego ukrywaniem.
Seks istniał już przed liberalizacją pornografii. Nowością nie było to, że ludzie nagle zaczęli robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie robili. Nowością było to, że przestali się go wstydzić – i pozwolili, by powszechnie wiadomo było, że tak właśnie działa świat.
W tym sensie nowa rzeczywistość międzynarodowa bardziej przypomina liberalizację pornografii niż pojawienie się zupełnie nowych i przełomowych zajęć w sypialniach na całym świecie.
W świecie, w którym silne mocarstwa działają otwarcie, kierując się interesami i siłą, słabsi aktorzy muszą albo zbudować własną realną siłę, albo działać w sojuszu z silniejszym aktorem – albo zaakceptować swoją nieistotność. Odwoływanie się do nieegzekwowanych zasad niczego nie zmienia. Protesty bez możliwości sankcjonowania niczego nie zmieniają. Moralne oburzenie bez materialnych środków niczego nie zmienia.
Dla Europy oznacza to, że pytanie nie brzmi już, czy oparty na zasadach porządek międzynarodowy został naruszony. To pytanie jest nieistotne. Jedyne istotne pytanie brzmi, jakimi instrumentami siły dysponuje Europa – wojskowymi, gospodarczymi i strategicznymi – i czy istnieje wola polityczna, by ich użyć.
Jeśli nie, Europa nadal będzie mówić językiem norm w świecie, który przeszedł na język siły. Elegancko – ale bez efektu."
Nowością? Na forumkach pisze się o tym "od zawsze".
Choćby biorąc wyłącznie pod uwagę traktowanie różnych polskich rządów przez tzw. Europę widać, jak rażąco sprzecznie z zasadami postępuje Europa. Pan Hendrik ma 12 lat?
Pan Hendryk wciela po prostu w życie swoje obserwacje. Gdy glanowanie Polski przestanie się "Europie" opłacać - zauważy.
Na razie są zdziwieni że teraz to USA ich glanuje, są w fazie jak ruscy gdy pierwsze ukraińskie bomby spadły im na miasta - "a nas za co!?".
Tak, a co?
...pan deputowany upraszcza i zniekształca. Kolejne poziomy manipulacji.
Ogólnie jego wywód autopodsumowuje sformułowane, gwoli rzekomej analogii, przekonanie, że pornografia opisuje rzeczywistość.
No przecież to jest śmieszne, nie?
Chyba generalnie mówi (mało odkrywczą) prawdę. Pomija tylko jeden drobiażdżek - w Europie te zasady (że nie ma żadnych zasad) też się z upodobaniem stosuje. Duńczycy mają tego farta, że przez kilka lat nikt nie chciał po nich deptać, ale z fartem jest jak z fartem: raz jest, raz go nie ma. Dla Danii skończył się, można sobie trochę popłakać ale potem należy wytrzeć nos i dziękować Bogu, że się go w ogóle miało, inni byli mniej szczęśliwi.
Więc czy słabi są skazani na leżenie na talerzu silnych? Niekoniecznie. Słabi mogą się zjednoczyć i stać się przez to silnymi. Historia zna niewiele takich przypadków ale zna, najbardziej znaczącym jest Hanza. Problem Danii polega jednak na tym, że kiedy inni byli deptani, to Duńczycy woleli patrzeć w inną stronę. Solidarność to niestety relacja wzajemna, nie może być tylko w jedną stronę.
Niektórym zachodnim Europejczykom być może wydaje się, że przeznaczonymi do deptania są wyłącznie ci wschodni ewentualne południowi.
Dodatkowo niektórym Skandynawom mogło się uroić. iż będą do końca dziejów stać z boku z popcornem w ręku i cynicznie zarabiać na wojnach i konfliktach.
Maduro nie jest uznanym międzynarodowo prezydentem Wenezueli. Od lat. Nie uznaje go za prezydenta wiele krajów Europy (w tym Polska), USA, Kanada i mogę przekleić od AI całą listę. Organizacje międzynarodowe takie jak UE też nie uznają Maduro za prezydenta.
Ale można nie uznawać retorycznie a robić biznesy w realu. Nawet lepiej, bo jak kto trefny, to daje lepsze ceny.
...nie chcę zabrzmieć paternalistycznie, ale to są problemy teorii i praktyki prawa międzynarodowego. Nie jest to żadna matematyka, ale też wiedza specjalistyczna.
A swoisty paradoks polega na tym, że takie "naruszenie" normy jakie zaprezentowały US ostatnio nie osłabiają wcale uznania normy a wręcz przeciwnie - umacniają ją. Praktyka US nie kwestionuje porządku prawa międzynarodowego, wręcz przeciwnie - umacnia go.
A w szerszym kontekście:
Nie jest moją intencją robienie tutaj seminarium, oczywiście. Podobnie jak zapewne nie jest intencją Kolegi Profesora robienie na forum seminarium z matematyki.
można, ale chyba nie o tym mówimy. Wenezuela dostała szansę, bo naruszony został układ przestępczy okupujący to państwo. Naruszony, nie zlikwidowany - mogą teraz zacząć rozmowy.
No i nieco groźnej broni w pobliżu USA zostało usuniętej.