Coś w tym jednak jest, że pracując głównie z dziećmi człowiek będzie miał jednak inny charakter i inne zachowania.
Oczywiście nauczyciel ma też kontakt z rodzicami i innymi nauczycielami.
Jak byłem zaraz po studiach to z charakteru byłem raczej spokojny i ugodowy. W mojej pierwszej pracy technologa na produkcji w metalu, nie było tygodnia bez gigantycznej awantury ( Nie zawsze mnie to dotyczyło, ale się tego słuchało ). Robotnicy uwielbiali przyłapać na błędzie bo wtedy mogli przyjść do biura i zrobić dym. Czasami też, zwalenie winy, czy też bronienie się przed trudnym do wykonania zleceniem. Po paru latach takiej pracy, zmieniłem się. Zaczęło mi to odpowiadać, chętnie uczestniczyłem. Nawet rodzina zwróciła uwagę, że się łatwo unoszę i wydzieram. Potem jak zmieniałem pracę to obserwowałem, że sporo ludzi nie lubi chodzić na halę/produkcję, bo ktoś coś powie, bo ma pretensje, bo chce coś zmienić. Mi to już nie przeszkadzało.
Praca w określonym środowisku kształtuje człowieka. Dzieci tworzą środowisko raczej specyficzne, żeby nie powiedzieć infantylne. Na ile zmieniają nauczyciela?
@posix powiedział(a):
Coś w tym jednak jest, że pracując głównie z dziećmi człowiek będzie miał jednak inny charakter i inne zachowania.
Oczywiście nauczyciel ma też kontakt z rodzicami i innymi nauczycielami.
Jak byłem zaraz po studiach to z charakteru byłem raczej spokojny i ugodowy. W mojej pierwszej pracy technologa na produkcji w metalu, nie było tygodnia bez gigantycznej awantury ( Nie zawsze mnie to dotyczyło, ale się tego słuchało ). Robotnicy uwielbiali przyłapać na błędzie bo wtedy mogli przyjść do biura i zrobić dym. Czasami też, zwalenie winy, czy też bronienie się przed trudnym do wykonania zleceniem. Po paru latach takiej pracy, zmieniłem się. Zaczęło mi to odpowiadać, chętnie uczestniczyłem. Nawet rodzina zwróciła uwagę, że się łatwo unoszę i wydzieram. Potem jak zmieniałem pracę to obserwowałem, że sporo ludzi nie lubi chodzić na halę/produkcję, bo ktoś coś powie, bo ma pretensje, bo chce coś zmienić. Mi to już nie przeszkadzało.
Praca w określonym środowisku kształtuje człowieka. Dzieci tworzą środowisko raczej specyficzne, żeby nie powiedzieć infantylne. Na ile zmieniają nauczyciela?
Heh, ciekawy problemat Kulega poruszył. Muszę przemyśleć i wieczorem napiszę dłuższy wywód tutej, czy to ja wpłynąłem na te legiony tłuczni, które wyszły spod mojego dziennika, tablicy i mapy, czy też une mnie zmieniły po 29 latach już tej udręki z nimi?
Myślę że z ogólnym zdaniem "praca też nas kształtuje" nikt by nie polemizował. Ale tekst @robert.gorgon zawierał tezy trochę inne.
A co jest nie tak z nauczycielami?
Dość trafnie wypunktował to Kolega @Eden. Otóż świetny jest ten przykład z byłą uczennicą Małgosią, sam nawet chciałem dać podobny. Kim jest Małgosia? Radcą prawnym. Celująca Małgosia z biologii jest zapewne lekarzem, a celujący Mariusz z matematyki czy fizyki inżynierem. Rzadko kiedy ktoś naprawdę zdolny zostaje nauczycielem, bo ten zawód co najmniej od początku III RP nie jest atrakcyjny, zwłaszcza finansowo. Dalsza kwestia to dawanie etatów po znajomości. Przy takiej "selekcji" czego się spodziewacie?
Natomiast @Eden ma też rację, że są, zdarzają się nauczyciele pasjonaci. Tyle że to mniejszość.
@posix powiedział(a):
Coś w tym jednak jest, że pracując głównie z dziećmi człowiek będzie miał jednak inny charakter i inne zachowania.
Oczywiście nauczyciel ma też kontakt z rodzicami i innymi nauczycielami.
Jak byłem zaraz po studiach to z charakteru byłem raczej spokojny i ugodowy. W mojej pierwszej pracy technologa na produkcji w metalu, nie było tygodnia bez gigantycznej awantury ( Nie zawsze mnie to dotyczyło, ale się tego słuchało ). Robotnicy uwielbiali przyłapać na błędzie bo wtedy mogli przyjść do biura i zrobić dym. Czasami też, zwalenie winy, czy też bronienie się przed trudnym do wykonania zleceniem. Po paru latach takiej pracy, zmieniłem się. Zaczęło mi to odpowiadać, chętnie uczestniczyłem. Nawet rodzina zwróciła uwagę, że się łatwo unoszę i wydzieram. Potem jak zmieniałem pracę to obserwowałem, że sporo ludzi nie lubi chodzić na halę/produkcję, bo ktoś coś powie, bo ma pretensje, bo chce coś zmienić. Mi to już nie przeszkadzało.
Praca w określonym środowisku kształtuje człowieka. Dzieci tworzą środowisko raczej specyficzne, żeby nie powiedzieć infantylne. Na ile zmieniają nauczyciela?
Heh, ciekawy problemat Kulega poruszył. Muszę przemyśleć i wieczorem napiszę dłuższy wywód tutej, czy to ja wpłynąłem na te legiony tłuczni, które wyszły spod mojego dziennika, tablicy i mapy, czy też une mnie zmieniły po 29 latach już tej udręki z nimi?
A próbował kolega przenieść się do ogólniaka? Serio pytam, to może być realna alternatywa dla wcześniejszej "czarnkowej" emerytury. W slangu moich funfli belfrów ten typ szkoły funkcjonuje pod nazwą sanatorium.
@robert.gorgon powiedział(a):
Nauczyciele liceum to przykład najbardziej odrealnione części społeczeństwa. Szczególnie dotyczy to nauczycielek. Ludzie którzy nie mieli nigdy kontaktu z reprezentatywną dla społeczeństwa młodzieżą a uważają się za specjalistów od wychowania młodzieży. Nie mieli kontaktu z prawdziwymi ludźmi. Nie wykonywali nigdy realnej pracy. Przez całe swoje "zawodowe" ( "nie jest przypadkowy - bo cóż to za praca przygotować zmotywowane dziecko do matury. Wiem szanowne Koleżanki możecie mnie teraz zabić) grali w kosi łapci ze specyficznie wyselekcjonowanymi dzieciaczkami i są zdziwieni że realny świat zupełnie nie przypomina jedynego środowiska jakie znają. Specyfika polega na tym, że istotnym kryterium jest depresja.
Dla reszty ludzi są rozpoznawalni po pierwszym wypowiedzianym zdaniu, nawet bez tygodnika powszechnego i gazety wyborczej ostentacyjnie rozłożonej na kolanie. Od lat mam hipotezę że ogólniaki to miejsce do którego czerwona elita wysyłała swoje kobiety by żyły spokojnie bez kontaktu z hołotą i w większości przypadków znajduję potwierdzenie. Nie wiem tylko czy liczba tych ludzi jest wystarczająco dużo by tłumaczyć fenomen basowego poparcia w wiadomej partii politycznej.
Żeby nie było - te panie zwłaszcza w wieku okołoemerytalnym są odbierane przez ogół społeczeństwa jako kulturalne przemiłe i eleganckie osoby. Jedna z nich nie mogła zrozumieć dlaczego prezes Kaczyński, osoba bądź co bądź z cywilizowanego świata, nie cofnęła swojego poparcia dla kibola Nawrockiego.
To oczywiście tylko część prawdy. Nie można też zapominać że często pod płaszczykiem zewnętrznej ogłady i kultury kryją się spore pokłady pogardy i chamstwa i bardzo często daje się tych ludzi na takim chamstwie przyłapać. Zdecydowanej większości dotyczy to rząd swoich mężów i córek swoich ojców, z małym zastrzeżeniem że mechanizm kooptacji zwykle działa i oprócz wspomnianych reguł może też funkcjonować spora grupa wyjątków.
Kuriozalny wywód. Nie będę się nawet znęcał nad zanegowaniem prawdziwości człowieczeństwa licealistów w pogrubionym zdaniu.
Otóż "teoria" szwankuje w dwóch podstawowych miejscach. Pierwszym jakoby do liceów trafiała "specyficznie wyselekcjonowana", "zmotywowana" młodzież. Lol.
Tak może było w II RP albo w głębokim PRL. Od bardzo dawna do liceum szedł prawie każdy, zwłaszcza od kiedy rząd Buzka pozamykał szkoły zawodowe. Równocześnie niż demograficzny obniżał wymogi przyjęcia, bo szkoły utrzymywały, w trosce o miejsca pracy, a nie poziom, liczbę przyjętych mimo zmniejszającej się liczby chętnych. Taki obraz licealistów może mieć chyba ktoś, kto próg liceum przekroczył ostatni raz może pół wieku temu.
Po drugie, nawet gdyby licealiści to była jakaś selektywna grupa... to przecież wiele grup zawodowych, zdecydowana większość nie ma zawodowego kontaktu z reprezentatywną dla całego społeczeństwa grupą ludzi. Cały "back office" ma kontakt zawodowy tylko z sobą i kierownictwem. Z kolei wiele osób ma kontakt z ludźmi bardzo powierzchowny. Pani na kasie pewnie ma bardziej reprezentatywny przegląd populacji, ale rozmowy sprowadzają się do dzień dobry - dziękuję - źle nabita papryka itd.
Dalej mamy branże, które pracują tylko dla określonej innej branży albo wręcz tylko dla bogatych, jak salony droższych marek aut.
To czemu tylko nauczyciele z liceum mają być z tego powodu tacy odrealnieni? No i czemu baby bardziej niż chłopy?
Czy mam dobre zdanie o nauczycielach, w tym licealnych? Nie, ale to nie powód żeby łykać takie coś.
Zwracam uwagę, że kolega dyskutuje z człowiekiem, który od 8 lat jest pełnoetatowym nauczycielem liceum. Poprzednie lata spędziłem w technikum i zawodówkach, które nadal istnieją. Piszę, bo nie wiem dlaczego kolega twierdzi, że reforma Buzka zlikwidowała szkoły zawodowe (zasadnicze i średnie, bo jest chyba oczywiste, że nie chodziło o politechniki). Pomiędzy tymi szkołami może nie ma różnicy, ale na pewno jest przepaść.
@robert.gorgon powiedział(a):
Nauczyciele liceum to przykład najbardziej odrealnione części społeczeństwa. Szczególnie dotyczy to nauczycielek. Ludzie którzy nie mieli nigdy kontaktu z reprezentatywną dla społeczeństwa młodzieżą a uważają się za specjalistów od wychowania młodzieży. Nie mieli kontaktu z prawdziwymi ludźmi. Nie wykonywali nigdy realnej pracy. Przez całe swoje "zawodowe" ( "nie jest przypadkowy - bo cóż to za praca przygotować zmotywowane dziecko do matury. Wiem szanowne Koleżanki możecie mnie teraz zabić) grali w kosi łapci ze specyficznie wyselekcjonowanymi dzieciaczkami i są zdziwieni że realny świat zupełnie nie przypomina jedynego środowiska jakie znają. Specyfika polega na tym, że istotnym kryterium jest depresja.
Dla reszty ludzi są rozpoznawalni po pierwszym wypowiedzianym zdaniu, nawet bez tygodnika powszechnego i gazety wyborczej ostentacyjnie rozłożonej na kolanie. Od lat mam hipotezę że ogólniaki to miejsce do którego czerwona elita wysyłała swoje kobiety by żyły spokojnie bez kontaktu z hołotą i w większości przypadków znajduję potwierdzenie. Nie wiem tylko czy liczba tych ludzi jest wystarczająco dużo by tłumaczyć fenomen basowego poparcia w wiadomej partii politycznej.
Żeby nie było - te panie zwłaszcza w wieku okołoemerytalnym są odbierane przez ogół społeczeństwa jako kulturalne przemiłe i eleganckie osoby. Jedna z nich nie mogła zrozumieć dlaczego prezes Kaczyński, osoba bądź co bądź z cywilizowanego świata, nie cofnęła swojego poparcia dla kibola Nawrockiego.
To oczywiście tylko część prawdy. Nie można też zapominać że często pod płaszczykiem zewnętrznej ogłady i kultury kryją się spore pokłady pogardy i chamstwa i bardzo często daje się tych ludzi na takim chamstwie przyłapać. Zdecydowanej większości dotyczy to rząd swoich mężów i córek swoich ojców, z małym zastrzeżeniem że mechanizm kooptacji zwykle działa i oprócz wspomnianych reguł może też funkcjonować spora grupa wyjątków.
Kuriozalny wywód. Nie będę się nawet znęcał nad zanegowaniem prawdziwości człowieczeństwa licealistów w pogrubionym zdaniu.
Otóż "teoria" szwankuje w dwóch podstawowych miejscach. Pierwszym jakoby do liceów trafiała "specyficznie wyselekcjonowana", "zmotywowana" młodzież. Lol.
Tak może było w II RP albo w głębokim PRL. Od bardzo dawna do liceum szedł prawie każdy, zwłaszcza od kiedy rząd Buzka pozamykał szkoły zawodowe. Równocześnie niż demograficzny obniżał wymogi przyjęcia, bo szkoły utrzymywały, w trosce o miejsca pracy, a nie poziom, liczbę przyjętych mimo zmniejszającej się liczby chętnych. Taki obraz licealistów może mieć chyba ktoś, kto próg liceum przekroczył ostatni raz może pół wieku temu.
Po drugie, nawet gdyby licealiści to była jakaś selektywna grupa... to przecież wiele grup zawodowych, zdecydowana większość nie ma zawodowego kontaktu z reprezentatywną dla całego społeczeństwa grupą ludzi. Cały "back office" ma kontakt zawodowy tylko z sobą i kierownictwem. Z kolei wiele osób ma kontakt z ludźmi bardzo powierzchowny. Pani na kasie pewnie ma bardziej reprezentatywny przegląd populacji, ale rozmowy sprowadzają się do dzień dobry - dziękuję - źle nabita papryka itd.
Dalej mamy branże, które pracują tylko dla określonej innej branży albo wręcz tylko dla bogatych, jak salony droższych marek aut.
To czemu tylko nauczyciele z liceum mają być z tego powodu tacy odrealnieni? No i czemu baby bardziej niż chłopy?
Czy mam dobre zdanie o nauczycielach, w tym licealnych? Nie, ale to nie powód żeby łykać takie coś.
@posix powiedział(a):
Coś w tym jednak jest, że pracując głównie z dziećmi człowiek będzie miał jednak inny charakter i inne zachowania.
Oczywiście nauczyciel ma też kontakt z rodzicami i innymi nauczycielami.
Jak byłem zaraz po studiach to z charakteru byłem raczej spokojny i ugodowy. W mojej pierwszej pracy technologa na produkcji w metalu, nie było tygodnia bez gigantycznej awantury ( Nie zawsze mnie to dotyczyło, ale się tego słuchało ). Robotnicy uwielbiali przyłapać na błędzie bo wtedy mogli przyjść do biura i zrobić dym. Czasami też, zwalenie winy, czy też bronienie się przed trudnym do wykonania zleceniem. Po paru latach takiej pracy, zmieniłem się. Zaczęło mi to odpowiadać, chętnie uczestniczyłem. Nawet rodzina zwróciła uwagę, że się łatwo unoszę i wydzieram. Potem jak zmieniałem pracę to obserwowałem, że sporo ludzi nie lubi chodzić na halę/produkcję, bo ktoś coś powie, bo ma pretensje, bo chce coś zmienić. Mi to już nie przeszkadzało.
Praca w określonym środowisku kształtuje człowieka. Dzieci tworzą środowisko raczej specyficzne, żeby nie powiedzieć infantylne. Na ile zmieniają nauczyciela?
Heh, ciekawy problemat Kulega poruszył. Muszę przemyśleć i wieczorem napiszę dłuższy wywód tutej, czy to ja wpłynąłem na te legiony tłuczni, które wyszły spod mojego dziennika, tablicy i mapy, czy też une mnie zmieniły po 29 latach już tej udręki z nimi?
A próbował kolega przenieść się do ogólniaka? Serio pytam, to może być realna alternatywa dla wcześniejszej "czarnkowej" emerytury. W slangu moich funfli belfrów ten typ szkoły funkcjonuje pod nazwą sanatorium.
Kończyłem ogólniak, nie jestem nauczycielem.
Kończyłem też podstawówkę, w 2000 r., miałem sporo kolegów, jedni poszli do liceum, inni (mniejszość - tak mniejszość, większość poszła do liceum) do innych miejsc. Nie powiedziałbym, żeby ci, co poszli do liceów byli mniej problemowi albo jacyś wybitni. Byli przeciętni. Jeśli gdzieś idzie większość, to zawsze statystycznie będzie tam przeciętnie.
Specyficzną sprawą są tzw. elitarne licea, ale wyobrażenia o nich też są często mocno na wyrost.
A ilość szkół zawodowych i przyjmowanych tam uczniów drastycznie wtedy spadła.
Pierwszy wynik z google'a:
W szkołach ponadpodstawowych w Polsce uczy się łącznie ok. 1,7 mln uczniów. W liceach ogólnokształcących kształci się około 814 tys. osób, w technikach ok. 755 tys., a w szkołach branżowych I stopnia (dawnych zawodówkach) kolejne 217 tys. młodzieży.
Czyli to jest 46%.
Starannie wyselekcjonowane to może być kilka, max kilkanaście procent. A nie prawie połowa.
@posix powiedział(a):
Coś w tym jednak jest, że pracując głównie z dziećmi człowiek będzie miał jednak inny charakter i inne zachowania.
Oczywiście nauczyciel ma też kontakt z rodzicami i innymi nauczycielami.
Jak byłem zaraz po studiach to z charakteru byłem raczej spokojny i ugodowy. W mojej pierwszej pracy technologa na produkcji w metalu, nie było tygodnia bez gigantycznej awantury ( Nie zawsze mnie to dotyczyło, ale się tego słuchało ). Robotnicy uwielbiali przyłapać na błędzie bo wtedy mogli przyjść do biura i zrobić dym. Czasami też, zwalenie winy, czy też bronienie się przed trudnym do wykonania zleceniem. Po paru latach takiej pracy, zmieniłem się. Zaczęło mi to odpowiadać, chętnie uczestniczyłem. Nawet rodzina zwróciła uwagę, że się łatwo unoszę i wydzieram. Potem jak zmieniałem pracę to obserwowałem, że sporo ludzi nie lubi chodzić na halę/produkcję, bo ktoś coś powie, bo ma pretensje, bo chce coś zmienić. Mi to już nie przeszkadzało.
Praca w określonym środowisku kształtuje człowieka. Dzieci tworzą środowisko raczej specyficzne, żeby nie powiedzieć infantylne. Na ile zmieniają nauczyciela?
Heh, ciekawy problemat Kulega poruszył. Muszę przemyśleć i wieczorem napiszę dłuższy wywód tutej, czy to ja wpłynąłem na te legiony tłuczni, które wyszły spod mojego dziennika, tablicy i mapy, czy też une mnie zmieniły po 29 latach już tej udręki z nimi?
A próbował kolega przenieść się do ogólniaka? Serio pytam, to może być realna alternatywa dla wcześniejszej "czarnkowej" emerytury. W slangu moich funfli belfrów ten typ szkoły funkcjonuje pod nazwą sanatorium.
Oczywiście, że tak. Już z 20 lat temu zamierzałem to zrobić. Właśnie wtedy zacząłem dorabiać w swoim dawnym LO, licząc że docelowo, po przejściu na emeryturę wspomnianego wyżej profesora Kazimierza, zastąpię go na pełnym etacie na szkolnej katedrze historii. Ale twarde realia lokalnych układów towarzyskich i politycznych sprawiły, że po 8 latach dorabiania do skromnej pensji uczycielskiej w rzeczonej szkole mi podziękowano, wcześniej przyjmując na etat uczyciela historii żonę lokalnego działacza PSL... (wicie rozumicie, działacz lokalnego PSL konieczny był do trwania układu władzy w powiecie, a Edenu i jego koledzy z Klubu Gazety Polskiej tylko dyskomfort i przykrą konfuzję czynili swoją działalnością społeczną i np. publicznymi stanowiskami w lokalnej prasie na temat Smoleńska- w kwietniu 2013r. ukazało się nasze mocne stanowisko w tej sprawie, podpisane przeze mnie i 3 kolegów z imienia i nazwiska, bo tak zażądała redaktor naczelna lokalnej gazety. Rok później Edenu nie dostał już ani jednej godziny historii w arkuszu organizacyjnym tegoż LO...)
Ps. Profesora Kazimierza, kiedy kilka lat po obcięciu mi jakichkolwiek godzin historii w rzeczonym LO odszedł na zasłużoną emeryturę, zastąpiła na pełnym etacie w szkole żona lokalnego działacza PSL... C' la vie 🤷♂️
Dwie uwagi:
1. Czy admin może przenieść część o nauczycielach gdzieś na bok?
2. A co do meritum, to Dawidek kończył Łazarskiego, a nie Uniwersytet Medyczny w Warszawie! Ja wiem, że to nie dyskwalifikuje ale jednak poziom kształcenia jest trochę inny i taki student ma więcej do nadrobienia. A tu nadrobienie poszło wyjątkowo szybko.
Spekulacja długofalowa:
afera obecnie się rozmyje natomiast długofalowo mocno odłoży, coś jak zatrucie metalami ciężkimi człowieka. Podobno trwa bardzo mocne dyscyplinowanie przystawek aby czegoś nie wywinęły z jednej strony, a z drugiej usilne rozmowy postmikkistami aby też czegoś nie wywinęli.
PS Jak wydzielicie wpisy o nauczycielach, to mogę ponownie napisać jak to z broniarzową łychą było, bo to prześmieszna herstoria
@rozum.von.keikobad powiedział(a):
Pierwszy wynik z google'a:
W szkołach ponadpodstawowych w Polsce uczy się łącznie ok. 1,7 mln uczniów. W liceach ogólnokształcących kształci się około 814 tys. osób, w technikach ok. 755 tys., a w szkołach branżowych I stopnia (dawnych zawodówkach) kolejne 217 tys. młodzieży.
Czyli to jest 46%.
Starannie wyselekcjonowane to może być kilka, max kilkanaście procent. A nie prawie połowa.
No tak, z tym że to staranne wyselekcjonowanie robi górne parę procent "jelitarnych licejów", dzie przyjmujesz inteligencką młodzież z grzecznych domów i główny problem wychowawczy to że jeden czy dwa ancymony na klasę spożywają zbyt wiele marihuany.
Zresztą, jeśli 46% pomnożysz przez górne 10% liceów, to wychodzi postulowane "kilka, max kilkanaście procent".
Przykro to pisać, ale nie mam pewności, czy dla reszty młodzieży te cztery lata liceum to nie głównie strata czasu. Tak jak dla mojego wujka, który miał niewiarygodną smykałkę do aut, ale matka nie pozwoliła mu iść do samochodówki, tylko kolanem przepychała go przez liceum, nie wiadomo po co.
Jak se pomyślę, to kolo był niesamowity. Wszystko słyszał w rzężeniu silnika, stawiał dyagnozy wg tego jak auteczko wibrowało na drodze.
@rozum.von.keikobad powiedział(a):
Pierwszy wynik z google'a:
W szkołach ponadpodstawowych w Polsce uczy się łącznie ok. 1,7 mln uczniów. W liceach ogólnokształcących kształci się około 814 tys. osób, w technikach ok. 755 tys., a w szkołach branżowych I stopnia (dawnych zawodówkach) kolejne 217 tys. młodzieży.
Czyli to jest 46%.
Starannie wyselekcjonowane to może być kilka, max kilkanaście procent. A nie prawie połowa.
No tak, z tym że to staranne wyselekcjonowanie robi górne parę procent "jelitarnych licejów", dzie przyjmujesz inteligencką młodzież z grzecznych domów i główny problem wychowawczy to że jeden czy dwa ancymony na klasę spożywają zbyt wiele marihuany.
Zresztą, jeśli 46% pomnożysz przez górne 10% liceów, to wychodzi postulowane "kilka, max kilkanaście procent".
Przykro to pisać, ale nie mam pewności, czy dla reszty młodzieży te cztery lata liceum to nie głównie strata czasu. Tak jak dla mojego wujka, który miał niewiarygodną smykałkę do aut, ale matka nie pozwoliła mu iść do samochodówki, tylko kolanem przepychała go przez liceum, nie wiadomo po co.
Jak se pomyślę, to kolo był niesamowity. Wszystko słyszał w rzężeniu silnika, stawiał dyagnozy wg tego jak auteczko wibrowało na drodze.
@rozum.von.keikobad powiedział(a):
Pierwszy wynik z google'a:
W szkołach ponadpodstawowych w Polsce uczy się łącznie ok. 1,7 mln uczniów. W liceach ogólnokształcących kształci się około 814 tys. osób, w technikach ok. 755 tys., a w szkołach branżowych I stopnia (dawnych zawodówkach) kolejne 217 tys. młodzieży.
Czyli to jest 46%.
Starannie wyselekcjonowane to może być kilka, max kilkanaście procent. A nie prawie połowa.
No tak, z tym że to staranne wyselekcjonowanie robi górne parę procent "jelitarnych licejów", dzie przyjmujesz inteligencką młodzież z grzecznych domów i główny problem wychowawczy to że jeden czy dwa ancymony na klasę spożywają zbyt wiele marihuany.
Zresztą, jeśli 46% pomnożysz przez górne 10% liceów, to wychodzi postulowane "kilka, max kilkanaście procent".
Przykro to pisać, ale nie mam pewności, czy dla reszty młodzieży te cztery lata liceum to nie głównie strata czasu. Tak jak dla mojego wujka, który miał niewiarygodną smykałkę do aut, ale matka nie pozwoliła mu iść do samochodówki, tylko kolanem przepychała go przez liceum, nie wiadomo po co.
Jak se pomyślę, to kolo był niesamowity. Wszystko słyszał w rzężeniu silnika, stawiał dyagnozy wg tego jak auteczko wibrowało na drodze.
@posix powiedział(a):
Coś w tym jednak jest, że pracując głównie z dziećmi człowiek będzie miał jednak inny charakter i inne zachowania.
Oczywiście nauczyciel ma też kontakt z rodzicami i innymi nauczycielami.
Jak byłem zaraz po studiach to z charakteru byłem raczej spokojny i ugodowy. W mojej pierwszej pracy technologa na produkcji w metalu, nie było tygodnia bez gigantycznej awantury ( Nie zawsze mnie to dotyczyło, ale się tego słuchało ). Robotnicy uwielbiali przyłapać na błędzie bo wtedy mogli przyjść do biura i zrobić dym. Czasami też, zwalenie winy, czy też bronienie się przed trudnym do wykonania zleceniem. Po paru latach takiej pracy, zmieniłem się. Zaczęło mi to odpowiadać, chętnie uczestniczyłem. Nawet rodzina zwróciła uwagę, że się łatwo unoszę i wydzieram. Potem jak zmieniałem pracę to obserwowałem, że sporo ludzi nie lubi chodzić na halę/produkcję, bo ktoś coś powie, bo ma pretensje, bo chce coś zmienić. Mi to już nie przeszkadzało.
Praca w określonym środowisku kształtuje człowieka. Dzieci tworzą środowisko raczej specyficzne, żeby nie powiedzieć infantylne. Na ile zmieniają nauczyciela?
Heh, ciekawy problemat Kulega poruszył. Muszę przemyśleć i wieczorem napiszę dłuższy wywód tutej, czy to ja wpłynąłem na te legiony tłuczni, które wyszły spod mojego dziennika, tablicy i mapy, czy też une mnie zmieniły po 29 latach już tej udręki z nimi?
A próbował kolega przenieść się do ogólniaka? Serio pytam, to może być realna alternatywa dla wcześniejszej "czarnkowej" emerytury. W slangu moich funfli belfrów ten typ szkoły funkcjonuje pod nazwą sanatorium.
Oczywiście, że tak. Już z 20 lat temu zamierzałem to zrobić. Właśnie wtedy zacząłem dorabiać w swoim dawnym LO, licząc że docelowo, po przejściu na emeryturę wspomnianego wyżej profesora Kazimierza, zastąpię go na pełnym etacie na szkolnej katedrze historii. Ale twarde realia lokalnych układów towarzyskich i politycznych sprawiły, że po 8 latach dorabiania do skromnej pensji uczycielskiej w rzeczonej szkole mi podziękowano, wcześniej przyjmując na etat uczyciela historii żonę lokalnego działacza PSL... (wicie rozumicie, działacz lokalnego PSL konieczny był do trwania układu władzy w powiecie, a Edenu i jego koledzy z Klubu Gazety Polskiej tylko dyskomfort i przykrą konfuzję czynili swoją działalnością społeczną i np. publicznymi stanowiskami w lokalnej prasie na temat Smoleńska- w kwietniu 2013r. ukazało się nasze mocne stanowisko w tej sprawie, podpisane przeze mnie i 3 kolegów z imienia i nazwiska, bo tak zażądała redaktor naczelna lokalnej gazety. Rok później Edenu nie dostał już ani jednej godziny historii w arkuszu organizacyjnym tegoż LO...)
Ps. Profesora Kazimierza, kiedy kilka lat po obcięciu mi jakichkolwiek godzin historii w rzeczonym LO odszedł na zasłużoną emeryturę, zastąpiła na pełnym etacie w szkole żona lokalnego działacza PSL... C' la vie 🤷♂️
Doskonale kolegę rozumiem. Oni najchętniej kisiliby się w swoim sosie a kooptowali tylko swoich, problem jednak ze spełnieniem minimalnych kryteriów. To bardzo specyficzny świat. Jeden typ nie tylko nie zauważa pani sprzątaczki która mówi mu głośno dzień dobry, ale przede wszystkim jak groteskowym jest pajacem. Kiedyś wyjął telefon i zaczął mnie nagrywać, bo " kierowałem do niego groźby karalne", ale natychmiast przestał, kiedy ja, wyraźnie rozbawiony, zaproponowałem telefon na policję i sporządzenie protokołu, jeśli mowa jest o tak poważnym przestępstwie. A chodziło o to, że na chwilę położyłem kubek z kawą w miejscu, które on uznał za 'swoja przestrzeń". Innym razem po otwarciu wody gazowanej rozdało się trochę na podłogę. Wezwany przez niego konserwator, akurat przypadkiem były uczeń z zawodówki, zrobił sobie z niego bekę - wparował z mopem głośno krzycząc że doszło do poważnego incydentu. Bałwan liczył na inną reakcję - obecną dyrekcję niewiele by to odeszło, ale za poprzedników w taki sposób wykańczano niewygodnych ludzi.
Komentarz
Coś w tym jednak jest, że pracując głównie z dziećmi człowiek będzie miał jednak inny charakter i inne zachowania.
Oczywiście nauczyciel ma też kontakt z rodzicami i innymi nauczycielami.
Jak byłem zaraz po studiach to z charakteru byłem raczej spokojny i ugodowy. W mojej pierwszej pracy technologa na produkcji w metalu, nie było tygodnia bez gigantycznej awantury ( Nie zawsze mnie to dotyczyło, ale się tego słuchało ). Robotnicy uwielbiali przyłapać na błędzie bo wtedy mogli przyjść do biura i zrobić dym. Czasami też, zwalenie winy, czy też bronienie się przed trudnym do wykonania zleceniem. Po paru latach takiej pracy, zmieniłem się. Zaczęło mi to odpowiadać, chętnie uczestniczyłem. Nawet rodzina zwróciła uwagę, że się łatwo unoszę i wydzieram. Potem jak zmieniałem pracę to obserwowałem, że sporo ludzi nie lubi chodzić na halę/produkcję, bo ktoś coś powie, bo ma pretensje, bo chce coś zmienić. Mi to już nie przeszkadzało.
Praca w określonym środowisku kształtuje człowieka. Dzieci tworzą środowisko raczej specyficzne, żeby nie powiedzieć infantylne. Na ile zmieniają nauczyciela?
Nie całkiem.
https://www.pap.pl/aktualnosci/news,1383647,znp-inwestowal-w-beczki-whisky-stracil-250-tys-zl.html
Heh, ciekawy problemat Kulega poruszył. Muszę przemyśleć i wieczorem napiszę dłuższy wywód tutej, czy to ja wpłynąłem na te legiony tłuczni, które wyszły spod mojego dziennika, tablicy i mapy, czy też une mnie zmieniły po 29 latach już tej udręki z nimi?
@posix
Myślę że z ogólnym zdaniem "praca też nas kształtuje" nikt by nie polemizował. Ale tekst @robert.gorgon zawierał tezy trochę inne.
A co jest nie tak z nauczycielami?
Dość trafnie wypunktował to Kolega @Eden. Otóż świetny jest ten przykład z byłą uczennicą Małgosią, sam nawet chciałem dać podobny. Kim jest Małgosia? Radcą prawnym. Celująca Małgosia z biologii jest zapewne lekarzem, a celujący Mariusz z matematyki czy fizyki inżynierem. Rzadko kiedy ktoś naprawdę zdolny zostaje nauczycielem, bo ten zawód co najmniej od początku III RP nie jest atrakcyjny, zwłaszcza finansowo. Dalsza kwestia to dawanie etatów po znajomości. Przy takiej "selekcji" czego się spodziewacie?
Natomiast @Eden ma też rację, że są, zdarzają się nauczyciele pasjonaci. Tyle że to mniejszość.
A próbował kolega przenieść się do ogólniaka? Serio pytam, to może być realna alternatywa dla wcześniejszej "czarnkowej" emerytury. W slangu moich funfli belfrów ten typ szkoły funkcjonuje pod nazwą sanatorium.
Zwracam uwagę, że kolega dyskutuje z człowiekiem, który od 8 lat jest pełnoetatowym nauczycielem liceum. Poprzednie lata spędziłem w technikum i zawodówkach, które nadal istnieją. Piszę, bo nie wiem dlaczego kolega twierdzi, że reforma Buzka zlikwidowała szkoły zawodowe (zasadnicze i średnie, bo jest chyba oczywiste, że nie chodziło o politechniki). Pomiędzy tymi szkołami może nie ma różnicy, ale na pewno jest przepaść.
Kończyłem ogólniak, nie jestem nauczycielem.
Kończyłem też podstawówkę, w 2000 r., miałem sporo kolegów, jedni poszli do liceum, inni (mniejszość - tak mniejszość, większość poszła do liceum) do innych miejsc. Nie powiedziałbym, żeby ci, co poszli do liceów byli mniej problemowi albo jacyś wybitni. Byli przeciętni. Jeśli gdzieś idzie większość, to zawsze statystycznie będzie tam przeciętnie.
Specyficzną sprawą są tzw. elitarne licea, ale wyobrażenia o nich też są często mocno na wyrost.
A ilość szkół zawodowych i przyjmowanych tam uczniów drastycznie wtedy spadła.
Pierwszy wynik z google'a:
W szkołach ponadpodstawowych w Polsce uczy się łącznie ok. 1,7 mln uczniów. W liceach ogólnokształcących kształci się około 814 tys. osób, w technikach ok. 755 tys., a w szkołach branżowych I stopnia (dawnych zawodówkach) kolejne 217 tys. młodzieży.
Czyli to jest 46%.
Starannie wyselekcjonowane to może być kilka, max kilkanaście procent. A nie prawie połowa.
Odklejenie od rzeczywistości nie zależy od wykonywanej profesji, a od intelektualnych deficytów.
Oczywiście, że tak. Już z 20 lat temu zamierzałem to zrobić. Właśnie wtedy zacząłem dorabiać w swoim dawnym LO, licząc że docelowo, po przejściu na emeryturę wspomnianego wyżej profesora Kazimierza, zastąpię go na pełnym etacie na szkolnej katedrze historii. Ale twarde realia lokalnych układów towarzyskich i politycznych sprawiły, że po 8 latach dorabiania do skromnej pensji uczycielskiej w rzeczonej szkole mi podziękowano, wcześniej przyjmując na etat uczyciela historii żonę lokalnego działacza PSL... (wicie rozumicie, działacz lokalnego PSL konieczny był do trwania układu władzy w powiecie, a Edenu i jego koledzy z Klubu Gazety Polskiej tylko dyskomfort i przykrą konfuzję czynili swoją działalnością społeczną i np. publicznymi stanowiskami w lokalnej prasie na temat Smoleńska- w kwietniu 2013r. ukazało się nasze mocne stanowisko w tej sprawie, podpisane przeze mnie i 3 kolegów z imienia i nazwiska, bo tak zażądała redaktor naczelna lokalnej gazety. Rok później Edenu nie dostał już ani jednej godziny historii w arkuszu organizacyjnym tegoż LO...)
Ps. Profesora Kazimierza, kiedy kilka lat po obcięciu mi jakichkolwiek godzin historii w rzeczonym LO odszedł na zasłużoną emeryturę, zastąpiła na pełnym etacie w szkole żona lokalnego działacza PSL... C' la vie 🤷♂️
Dwie uwagi:
1. Czy admin może przenieść część o nauczycielach gdzieś na bok?
2. A co do meritum, to Dawidek kończył Łazarskiego, a nie Uniwersytet Medyczny w Warszawie! Ja wiem, że to nie dyskwalifikuje ale jednak poziom kształcenia jest trochę inny i taki student ma więcej do nadrobienia. A tu nadrobienie poszło wyjątkowo szybko.
Spekulacja długofalowa:
PS Jak wydzielicie wpisy o nauczycielach, to mogę ponownie napisać jak to z broniarzową łychą było, bo to prześmieszna herstoria
No tak, z tym że to staranne wyselekcjonowanie robi górne parę procent "jelitarnych licejów", dzie przyjmujesz inteligencką młodzież z grzecznych domów i główny problem wychowawczy to że jeden czy dwa ancymony na klasę spożywają zbyt wiele marihuany.
Zresztą, jeśli 46% pomnożysz przez górne 10% liceów, to wychodzi postulowane "kilka, max kilkanaście procent".
Przykro to pisać, ale nie mam pewności, czy dla reszty młodzieży te cztery lata liceum to nie głównie strata czasu. Tak jak dla mojego wujka, który miał niewiarygodną smykałkę do aut, ale matka nie pozwoliła mu iść do samochodówki, tylko kolanem przepychała go przez liceum, nie wiadomo po co.
Jak se pomyślę, to kolo był niesamowity. Wszystko słyszał w rzężeniu silnika, stawiał dyagnozy wg tego jak auteczko wibrowało na drodze.
...bardzo utylitarystyczna perspektywa
A bez metafor?
Doskonale kolegę rozumiem. Oni najchętniej kisiliby się w swoim sosie a kooptowali tylko swoich, problem jednak ze spełnieniem minimalnych kryteriów. To bardzo specyficzny świat. Jeden typ nie tylko nie zauważa pani sprzątaczki która mówi mu głośno dzień dobry, ale przede wszystkim jak groteskowym jest pajacem. Kiedyś wyjął telefon i zaczął mnie nagrywać, bo " kierowałem do niego groźby karalne", ale natychmiast przestał, kiedy ja, wyraźnie rozbawiony, zaproponowałem telefon na policję i sporządzenie protokołu, jeśli mowa jest o tak poważnym przestępstwie. A chodziło o to, że na chwilę położyłem kubek z kawą w miejscu, które on uznał za 'swoja przestrzeń". Innym razem po otwarciu wody gazowanej rozdało się trochę na podłogę. Wezwany przez niego konserwator, akurat przypadkiem były uczeń z zawodówki, zrobił sobie z niego bekę - wparował z mopem głośno krzycząc że doszło do poważnego incydentu. Bałwan liczył na inną reakcję - obecną dyrekcję niewiele by to odeszło, ale za poprzedników w taki sposób wykańczano niewygodnych ludzi.