Na Twoim miejscu bym zaczął od delikatnej głodówki, tzn. tylko owoce i płyny, jak długo dasz radę -- dzień, dwa, albo i dłużej. Oczywiście pod warunkiem, że nie pracujesz ciężko fizycznie. Nie po to, żeby się odchudzić tylko, żeby poczuć prawdziwy głód. Jak już się troszkę przyzwyczaisz, wtedy zauważysz jakie są efekty negatywne i być może jakieś pozytywne. Dwa, trzy dni na owocach to raczej nic groźnego, nie obawiaj się. Zresztą głodówka bywa też stosowana jako zabieg leczniczy, chociaż nie wiem czy w oficjalnej medycynie. Tak czy siak tyle osób ją stosowało i stosuje nadal (często w celach politycznych), że powinieneś przeżyć. Oczywiście przykre doznania głodu jako takiego Cię nie ominą. Reguła jest mniej więcej taka, że jak poczujesz głód wtedy wypijasz szklankę wody lub jakiegoś soku i to powinno na jakiś czas problem odsunąć.
Dopiero po takiej próbie, po której wracasz do poprzedniego sposobu życia -- byle nie gwałtownie, bo jak za dużo na raz zjesz po takim poście, wtedy mogą być kłopoty -- warto jest rozważyć jakąś dietę. Moim zdaniem kluczową rolę odnośnie nadwagi odgrywa przede wszystkim nadmiar pożywienia. Jak nie ma nadmiaru, wtedy nie ma potrzeby liczyć kalorii itd. No ale trzeba przywyknąć do tego, że bywa się głodnym. Krótko mówiąc coś za coś. A te wszystkie kalorie, witaminy, dobre i złe tłuszcze itp. najlepiej o kant dupy potłuc. No ale jak chcesz bezboleśnie i w ogóle zgodnie z obowiązującymi teoriami, wtedy oczywiście kalorie i witaminy to podstawa
Ja sam nigdy nie miałem takiego problemu, będąc z urodzenia chudzielcem. Jednak podczas gdy mój podobnej budowy brat założył rodzinę, ja przez kilkanaście lat mieszkałem sam, żywiąc się głównie kawą z cukrem i jedząc jeden posiłek przed snem. I gdybyś nas porównał po tych kilkunastu latach, to byś zobaczał mniej więcej to co parę postów wyżej odnośnie Lewandowskiego, po lewej mój brat, po prawej ja. Żeby nie było, dwa trzy razy w tygodniu wpadałem do mamy na porządny obiad. Od kilku lat mieszkam znowu u mamy i w związku z tym pojawiło się regularne odżywianie itp., no i efekt jest taki, że większość spodni w całkiem przyzwoitym stanie trzeba było wyrzucić, bo przestały na mnie wchodzić. A koledzy oczywiście, jak dawniej sobie ze mnie żartują, jaki to ze mnie chudzielec.
Zabieram się za siebie od 2011 roku. I nic. Teraz, z półtora roku temu mówię do małej żonki, że my dla synka2 to takie półdziatki jesteśmy (moje koleżanki ze szkoły mają wnuki w wieku synka2). I że trzeba się za siebie wziąć.
Bo choć "tylko" 1,3 kg tłuszczu za dużo, to dochodzi brak ruchu (systematycznego).
Lecz strasznie trudno się ruszyć... I z ruchem i z dietą. Nie jakąś specjalną. Jadamy różnorodnie, nie-ciężko. Smażenia i słodyczy tyle samo: rzadko i dla smaku.
Tak jak napisałeś Jorge: aby bilans energetyczny był minusowy. Reszta (rózne diety/sposoby) to przypisy.
Niejadłem kiedyś (1997 rok?) przez osiem dni i nie byłem głodny! (Nie odczuwałem głodu.) Ale to było w szóstym roku wegetarianizmu (bez ideologii) i organizm był przyzwyczajony do tego.
Najlepszy czas dla organizmu miałem w Szkocji: raz-dwa dni w tygodni siłownia (rekreacyjnie ale w systemie 1-2-3 zestawów ćwiczeń na wszystko wraz z bieganiem oraz NIESMACZNYM dla mnie brytyjskim jedzeniem!
Mało jeść, sporo wysiłku (spocić się) i... młody bóg.
O to to, ja to bym chciał schudnąć chociażby właśnie żeby się tyle nie pocić. 94kg/170cm to zdecydowanie za grubo...
Jak jakieś 5 lat temu trafiłem do szpitala z powodu nadczynności tarczycy, to dzięki ograniczeniu jedzenia w szpitalu, i rozpędem, potem po powrocie też, po kilku miesiącach, od wyjścia zbliżyłem się do 81-82kg (a startowałem z podobnej wagi jak teraz, albo ciut wyższej). W momencie wypisu ze szpitala miałem niecałe 90 i potem przez jakiś czas jeszcze pomału spadało. No ale niestety potem stopniowo odrobiłem
1. Szczury Otóż jeden pan wzion szczury i kazał im nie dojadać. I szczurowie nie dojadali, i schudli, i było im przykro. Co ciekawe, zwolnił jeich metabolizm, mniej przebierali łapkami, nie kręcili młynków palcami, no ograniczali ruchy, i nawet o tym nie wiedzieli, gdyż to organizm załatwiał. A potem dał im jeść. I przytyli ci szczurowie znacznie szybciej niż przed tem chudli. To im jucha znów kazał nie dojadać. Jico? Ji okazało się, że chudną wolniej, a zaś grubną znowu jeszcze szybciej, gdyż organizm wyrozumiał OCB.
2. Experyment z Minesoty https://en.wikipedia.org/wiki/Minnesota_Starvation_Experiment Kolo wzion iluś panów i kazał im nie dojadać. W efekcie wszyscy dostali szajbki na punkcie jedzenia, jak jakieś muzułmany dochodiagi szukali obierek, samo się okaleczali byle uciec. Na koniec wszyscy zostali grubasami, a znaczna część -- kucharzami.
3. Sinclair Upton Znany ów pisarz miał taki zwyczaj, że co jakiś czas nie jadał, powiedzmy tydzień czy dwa -- i żył. I pyta go zafrappowany czytelnik: -- Panie Sinclairze, a czy nie może pan podczas tego niejedzenia zjeść choćby garści jagód, tak dla zdrowotności? -- Otóż mogie. Bieda w tym, że zaraz potem niepohamowane obżarstwo mię chwyta i żrę wszystko w zasięgu.
No dlatego mówię że dieta bez ruchu to zły pomysł. Tak mogą funkcjonować tylko ci z szybką naturalna przemiana materii (ci co zawsze są szczupli przewaznie).
To jest o mnie 1. Szczury Otóż jeden pan wzion szczury i kazał im nie dojadać. I szczurowie nie dojadali, i schudli, i było im przykro. Co ciekawe, zwolnił jeich metabolizm, mniej przebierali łapkami, nie kręcili młynków palcami, no ograniczali ruchy, i nawet o tym nie wiedzieli, gdyż to organizm załatwiał. A potem dał im jeść. I przytyli ci szczurowie znacznie szybciej niż przed tem chudli. To im jucha znów kazał nie dojadać. Jico? Ji okazało się, że chudną wolniej, a zaś grubną znowu jeszcze szybciej, gdyż organizm wyrozumiał OCB. Pięc lat temu wziałam sie zaparlam i zaordynowałam sobie niskokaloryczną diete, gotowane miesa i ryby , zero czekolady, ciast, lodów, malenkie ilości pieczywa żytniego, Schudłam do pięknej wagi 57 przy wzroście 167. Czułam sie światnie, wygladałam lasko. Przez trzy lata pożądnego trzymania sie za pysk przybrałam do 62 i waga nie drgała. Az tu , panie Cocid srovid, rodzina w domu, ruszamy sie na spacerach, wracamy wołamy jeśc, jemy. Waga stanęła na 65 i rechocze ze mnie, bo obecna faza pt gotowane miesa, ryby, malenkie ilości pieczywa zytniego, zero słodyczy, warzywa wychodzące uszami, nic nie daje. Szczur załapal oco biega. Ruchu mam dość. rower, spacery i ogrod. Zobaczymy
Znam dietę genialną! Acz znaną. Czyli Ż. P. Żryj połowę. Za to wszystkiego na co masz chcicę. Skutkuje przez wiele wiele lat. I naprawdę człeń się przyzwyczaja. Choć tym z np. cukrzycą lub niedoczynnością tarczycy (dwie zarazy pogrubiające mimo diet) trzeba czegoś nadto, np. jedzenia wybiórczego, ale pełnowartościowego. Cukrzycy nie mam, za to od stulecia to drugie - i dowaliło mi swego czasu. Zeszłam więc na Ż. P. Trochę pomogło.
Michał5 napisal(a): To jest o mnie 1. Szczury Otóż jeden pan wzion szczury i kazał im nie dojadać. I szczurowie nie dojadali, i schudli, i było im przykro. Co ciekawe, zwolnił jeich metabolizm, mniej przebierali łapkami, nie kręcili młynków palcami, no ograniczali ruchy, i nawet o tym nie wiedzieli, gdyż to organizm załatwiał. A potem dał im jeść. I przytyli ci szczurowie znacznie szybciej niż przed tem chudli. To im jucha znów kazał nie dojadać. Jico? Ji okazało się, że chudną wolniej, a zaś grubną znowu jeszcze szybciej, gdyż organizm wyrozumiał OCB. Pięc lat temu wziałam sie zaparlam i zaordynowałam sobie niskokaloryczną diete, gotowane miesa i ryby , zero czekolady, ciast, lodów, malenkie ilości pieczywa żytniego, Schudłam do pięknej wagi 57 przy wzroście 167. Czułam sie światnie, wygladałam lasko. Przez trzy lata pożądnego trzymania sie za pysk przybrałam do 62 i waga nie drgała. Az tu , panie Cocid srovid, rodzina w domu, ruszamy sie na spacerach, wracamy wołamy jeśc, jemy. Waga stanęła na 65 i rechocze ze mnie, bo obecna faza pt gotowane miesa, ryby, malenkie ilości pieczywa zytniego, zero słodyczy, warzywa wychodzące uszami, nic nie daje. Szczur załapal oco biega. Ruchu mam dość. rower, spacery i ogrod. Zobaczymy
Jeżeli hormony w porządku to tego ruchu jest po prostu za mało w stosunku do jedzenia, niezależnie jak dużo go jest, po prostu.
Może tak jest, Przemko, ale moj wewnetrzny leń twierdzi, że juz wiecej nie chce, że musi czasem usiąść do kompa, zrobic paznokcie, wyjśc do fryzjera, i czasem choc usiąść przy piciu kawy ;;) Generalnie podczas domowych zajęć i oprzataniuaogródka, trudno jest znaleźć czas na większy rowerowy wycisk. A tzw ćwiczeń nie cierpię. Noi dla babek wymyślono bielizne wyszczuplajacą, wiec czasem korzystam Jorge, sorry za heheszki, ale Szturmowiec mię rozbawił. :x
Przemko napisal(a): Kreatyna jest w tabletkach (kapsułkach?) Lub proszku, proszek trochę taniej wychodzi ale trudniej odmierzać, przy takich ilościach "amatorskich" to raczej nie ma co utrudniać sobie życia i wziąć w tabletkach. Bierze się tego do 5 gramów na dobe, jeśli nie pakujesz na siłowni to więcej nie ma sensu. O stałej porze, lub po treningach.
Achtung nerki!
Co do reszty to można dodać detal mentalny: nie myśleć o jedzeniu, nie angażować emocji w jedzenie, przyzwyczajać ciało i łeb do uczucia głodu (nie mylić z głodzeniem).
Ja na ten przykład nie lubię myć zębów, ale cóż, trzeba Podobnie jest z ćwiczeniami, zadowolenie przychodzi gdy się je skończy. Wdrożenie nawyków trwa kilka tygodni, warto się przymusić. Ktoś tu nawet pisał - pobudka, gimnastyka, praca, nauka, rodzina.
3x dziennie jem w małych ilościach i waga idzie w dół, żadnej filozofii w tym nie ma. Głodny jestem od miesiąca. Schudłem na razie 6 kilo. Mam zamiar schudnąć jeszcze 10. Podejrzewam że będzie jojo. Ćwiczyć nie tyle że nie lubię, ale po pandemii mięśnie mam tak odwykłe od jakiegokolwiek wysiłku zwłaszcza na plecach, że zaraz mnie łapią różne nerwobóle.
Z tym niedojadaniem to mi się kojarzy jak radzi się aby nie jeść nigdy do syta.
Jeden Kolega wyżej pisał o głodówce. W którejś książce stało, że poniżej 4 dni jest bezpieczna potem to różnie potrafi działąć. Ja bym polecił raz coś takiego *skosztować* bo przynajmniej człowiek wie jak to jest być głodnym. Ponad to jak bardzo opada się z sił. Myślę, że dwa dni wystarczą aby każda potrawa smakowała przepysznie ;-)
Dawno temu robiłem sobie takie tak zwane oczyszczanie organizmu. Pierwszy dzień piło się kefir, nic się nie jadło. Drugi dzień sok jabłkowy - świeżo wyciśnięty, nic się nie jadło. Trzeciego dnia można było jeść gotowane warzywa
Jak zjadłem trzeciego dnia ziemniaki z ugotowaną marchewką. To smakowało tak przepysznie, że do dzisiaj bywa, że raz na pół roku łapie mnie chrapka i sobie takie *byle co* zrobię.
Janusz napisal(a): 3x dziennie jem w małych ilościach i waga idzie w dół, żadnej filozofii w tym nie ma. Głodny jestem od miesiąca. Schudłem na razie 6 kilo. Mam zamiar schudnąć jeszcze 10. Podejrzewam że będzie jojo. Ćwiczyć nie tyle że nie lubię, ale po pandemii mięśnie mam tak odwykłe od jakiegokolwiek wysiłku zwłaszcza na plecach, że zaraz mnie łapią różne nerwobóle.
podobne do diety 5 : 2.
Stosowałem, i przy wzroście 178 wieku 52 l. zjechalem z 78kg do 71kg. Teraz jestem znowu w fazie jojo (75kg). U mnie problemem są dzieci dla których żona smacznie gotuje. i wtedy nie potrafię się powstrzymać. i czekolada w lokdownie.
Ja na ten przykład nie lubię myć zębów, ale cóż, trzeba Podobnie jest z ćwiczeniami, zadowolenie przychodzi gdy się je skończy. Wdrożenie nawyków trwa kilka tygodni, warto się przymusić. Ktoś tu nawet pisał - pobudka, gimnastyka, praca, nauka, rodzina.
c. trzcinowy NICZYM nie różni się od c. buraczanego
niczym, no, promilową zawartością słodu/melasy i większą wilgotnością
trzcinowy biały 100 g - 396 kcal burakowy biały 100 g - 400 kcal
a brązowe, jak dla mnie, za bardzo "psują smak" i 100 g - ok. 387 kcal W Szkocji, w kuchni gdzie pracowałem, używano tylko białego, równie sypkiego jak nasz (chefs pukali się w czoło, że w Polsce cukier robi się z buraków!)
Komentarz
Dopiero po takiej próbie, po której wracasz do poprzedniego sposobu życia -- byle nie gwałtownie, bo jak za dużo na raz zjesz po takim poście, wtedy mogą być kłopoty -- warto jest rozważyć jakąś dietę. Moim zdaniem kluczową rolę odnośnie nadwagi odgrywa przede wszystkim nadmiar pożywienia. Jak nie ma nadmiaru, wtedy nie ma potrzeby liczyć kalorii itd. No ale trzeba przywyknąć do tego, że bywa się głodnym. Krótko mówiąc coś za coś. A te wszystkie kalorie, witaminy, dobre i złe tłuszcze itp. najlepiej o kant dupy potłuc. No ale jak chcesz bezboleśnie i w ogóle zgodnie z obowiązującymi teoriami, wtedy oczywiście kalorie i witaminy to podstawa
Ja sam nigdy nie miałem takiego problemu, będąc z urodzenia chudzielcem. Jednak podczas gdy mój podobnej budowy brat założył rodzinę, ja przez kilkanaście lat mieszkałem sam, żywiąc się głównie kawą z cukrem i jedząc jeden posiłek przed snem. I gdybyś nas porównał po tych kilkunastu latach, to byś zobaczał mniej więcej to co parę postów wyżej odnośnie Lewandowskiego, po lewej mój brat, po prawej ja. Żeby nie było, dwa trzy razy w tygodniu wpadałem do mamy na porządny obiad. Od kilku lat mieszkam znowu u mamy i w związku z tym pojawiło się regularne odżywianie itp., no i efekt jest taki, że większość spodni w całkiem przyzwoitym stanie trzeba było wyrzucić, bo przestały na mnie wchodzić. A koledzy oczywiście, jak dawniej sobie ze mnie żartują, jaki to ze mnie chudzielec.
Polecam niedojadać
Teraz, z półtora roku temu mówię do małej żonki, że my dla synka2 to takie półdziatki jesteśmy (moje koleżanki ze szkoły mają wnuki w wieku synka2). I że trzeba się za siebie wziąć.
Bo choć "tylko" 1,3 kg tłuszczu za dużo, to dochodzi brak ruchu (systematycznego).
Lecz strasznie trudno się ruszyć...
I z ruchem i z dietą.
Nie jakąś specjalną. Jadamy różnorodnie, nie-ciężko. Smażenia i słodyczy tyle samo: rzadko i dla smaku.
Tak jak napisałeś Jorge: aby bilans energetyczny był minusowy. Reszta (rózne diety/sposoby) to przypisy.
Niejadłem kiedyś (1997 rok?) przez osiem dni i nie byłem głodny! (Nie odczuwałem głodu.) Ale to było w szóstym roku wegetarianizmu (bez ideologii) i organizm był przyzwyczajony do tego.
Najlepszy czas dla organizmu miałem w Szkocji: raz-dwa dni w tygodni siłownia (rekreacyjnie ale w systemie 1-2-3 zestawów ćwiczeń na wszystko wraz z bieganiem oraz NIESMACZNYM dla mnie brytyjskim jedzeniem!
Mało jeść, sporo wysiłku (spocić się) i... młody bóg.
Spocić się raz dziennie to dobra metoda ale niewystarczająca, grubi pocą się cały czas.
Jak jakieś 5 lat temu trafiłem do szpitala z powodu nadczynności tarczycy, to dzięki ograniczeniu jedzenia w szpitalu, i rozpędem, potem po powrocie też, po kilku miesiącach, od wyjścia zbliżyłem się do 81-82kg (a startowałem z podobnej wagi jak teraz, albo ciut wyższej). W momencie wypisu ze szpitala miałem niecałe 90 i potem przez jakiś czas jeszcze pomału spadało. No ale niestety potem stopniowo odrobiłem
1. Szczury
Otóż jeden pan wzion szczury i kazał im nie dojadać. I szczurowie nie dojadali, i schudli, i było im przykro. Co ciekawe, zwolnił jeich metabolizm, mniej przebierali łapkami, nie kręcili młynków palcami, no ograniczali ruchy, i nawet o tym nie wiedzieli, gdyż to organizm załatwiał.
A potem dał im jeść. I przytyli ci szczurowie znacznie szybciej niż przed tem chudli.
To im jucha znów kazał nie dojadać. Jico? Ji okazało się, że chudną wolniej, a zaś grubną znowu jeszcze szybciej, gdyż organizm wyrozumiał OCB.
2. Experyment z Minesoty
https://en.wikipedia.org/wiki/Minnesota_Starvation_Experiment
Kolo wzion iluś panów i kazał im nie dojadać. W efekcie wszyscy dostali szajbki na punkcie jedzenia, jak jakieś muzułmany dochodiagi szukali obierek, samo się okaleczali byle uciec. Na koniec wszyscy zostali grubasami, a znaczna część -- kucharzami.
3. Sinclair Upton
Znany ów pisarz miał taki zwyczaj, że co jakiś czas nie jadał, powiedzmy tydzień czy dwa -- i żył. I pyta go zafrappowany czytelnik:
-- Panie Sinclairze, a czy nie może pan podczas tego niejedzenia zjeść choćby garści jagód, tak dla zdrowotności?
-- Otóż mogie. Bieda w tym, że zaraz potem niepohamowane obżarstwo mię chwyta i żrę wszystko w zasięgu.
4. Grubas co schudł 100 kg
Jeden pan wogle nic nie jadł przez rok i schut ze sto kilo. Niestety nie wiem, co z nim potem było, ale herstorya, przyznacie, przednia.
https://www.sciencealert.com/the-true-story-of-a-man-who-survived-without-any-food-for-382-days
1. Szczury
Otóż jeden pan wzion szczury i kazał im nie dojadać. I szczurowie nie dojadali, i schudli, i było im przykro. Co ciekawe, zwolnił jeich metabolizm, mniej przebierali łapkami, nie kręcili młynków palcami, no ograniczali ruchy, i nawet o tym nie wiedzieli, gdyż to organizm załatwiał.
A potem dał im jeść. I przytyli ci szczurowie znacznie szybciej niż przed tem chudli.
To im jucha znów kazał nie dojadać. Jico? Ji okazało się, że chudną wolniej, a zaś grubną znowu jeszcze szybciej, gdyż organizm wyrozumiał OCB.
Pięc lat temu wziałam sie zaparlam i zaordynowałam sobie niskokaloryczną diete, gotowane miesa i ryby , zero czekolady, ciast, lodów, malenkie ilości pieczywa żytniego,
Schudłam do pięknej wagi 57 przy wzroście 167.
Czułam sie światnie, wygladałam lasko.
Przez trzy lata pożądnego trzymania sie za pysk przybrałam do 62 i waga nie drgała. Az tu , panie Cocid srovid, rodzina w domu, ruszamy sie na spacerach, wracamy wołamy jeśc, jemy.
Waga stanęła na 65 i rechocze ze mnie, bo obecna faza pt gotowane miesa, ryby, malenkie ilości pieczywa zytniego, zero słodyczy, warzywa wychodzące uszami, nic nie daje.
Szczur załapal oco biega.
Ruchu mam dość.
rower, spacery i ogrod.
Zobaczymy
Generalnie podczas domowych zajęć i oprzataniuaogródka, trudno jest znaleźć czas na większy rowerowy wycisk.
A tzw ćwiczeń nie cierpię.
Noi dla babek wymyślono bielizne wyszczuplajacą, wiec czasem korzystam
Jorge, sorry za heheszki, ale Szturmowiec mię rozbawił. :x
Co do reszty to można dodać detal mentalny: nie myśleć o jedzeniu, nie angażować emocji w jedzenie, przyzwyczajać ciało i łeb do uczucia głodu (nie mylić z głodzeniem).
I lubi to?
Podobnie jest z ćwiczeniami, zadowolenie przychodzi gdy się je skończy. Wdrożenie nawyków trwa kilka tygodni, warto się przymusić. Ktoś tu nawet pisał - pobudka, gimnastyka, praca, nauka, rodzina.
Jeden Kolega wyżej pisał o głodówce. W którejś książce stało, że poniżej 4 dni jest bezpieczna potem to różnie potrafi działąć. Ja bym polecił raz coś takiego *skosztować* bo przynajmniej człowiek wie jak to jest być głodnym. Ponad to jak bardzo opada się z sił.
Myślę, że dwa dni wystarczą aby każda potrawa smakowała przepysznie ;-)
Dawno temu robiłem sobie takie tak zwane oczyszczanie organizmu.
Pierwszy dzień piło się kefir, nic się nie jadło.
Drugi dzień sok jabłkowy - świeżo wyciśnięty, nic się nie jadło.
Trzeciego dnia można było jeść gotowane warzywa
Jak zjadłem trzeciego dnia ziemniaki z ugotowaną marchewką. To smakowało tak przepysznie, że do dzisiaj bywa, że raz na pół roku łapie mnie chrapka i sobie takie *byle co* zrobię.
Stosowałem, i przy wzroście 178 wieku 52 l. zjechalem z 78kg do 71kg. Teraz jestem znowu w fazie jojo (75kg). U mnie problemem są dzieci dla których żona smacznie gotuje. i wtedy nie potrafię się powstrzymać. i czekolada w lokdownie.
Alkoholu nie piję od 5 lat.
https://www.medonet.pl/zdrowie,dieta-5-2---podstawowe-zasady--zalety--wady,artykul,1733037.html
Stawiam, że piszecie o przesłodzonych wyrobach czekoladopodobnych!
Czekolada weryokej. Prawdziwa.
Nawet to brzmi jak thiller. Kilkutygodniowy...
FFKŻS
ziarno kakaowca, masło kakowca, mleko pełne, cukier trzcinowy, nierafinowany. Koniec
Może byc jeszcze lecytyna
Nic dodać, nic ująć
ale czekolada
w sieci nima
niczym, no, promilową zawartością słodu/melasy i większą wilgotnością
trzcinowy biały 100 g - 396 kcal
burakowy biały 100 g - 400 kcal
a brązowe, jak dla mnie, za bardzo "psują smak" i 100 g - ok. 387 kcal
W Szkocji, w kuchni gdzie pracowałem, używano tylko białego, równie sypkiego jak nasz (chefs pukali się w czoło, że w Polsce cukier robi się z buraków!)