Z przyczyn zawodowych mam do czynienia z samotnymi, wścibskimi i upierdliwymi osobami płci obojga które wszystkich dookoła pouczają jak trzeba żyć, a same mają problem z wdrażaniem swoich mądrości we własne życie.
Pamiętam jak mieszkaliśmy w bloku i mój śp. Tata musiał zainterweniować w sprawie imprezy piętro wyżej, a ponieważ był to PRL więc pomysł sprowadzenia 'psiarni' był ostateczną ostatecznością.
Tata do 22 się nie wtrącał, bo 'maja prawo', do 23 dał czas 'bo młodość ma swoje prawa', natomiast później postanowił zainterweniować (znam z opowieści, bo z racji wieku i godziny nie brałem udziału w akcji). Poszedł piętro wyżej i starał się pukaniem i dzwonieniem spowodować otworzenie drzwi, z racji hałasu lub specjalnie nikt nie otwierał, więc otworzył szafkę z korkami, wykręcił główny korek dla tego mieszkania i chwilę odczekał. Kiedy usłyszał odgłosy krzątania się ponownie zapukał, drzwi otworzył młody właściciel mieszkania i wtedy Tata powiedział, że on rozumie młodość, ale jest prawie północ, żona musi iść rano do pracy, syn do szkoły więc gdyby byli tak uprzejmi i po wkręceniu korka już tak bardzo nie hałasowali to będzie wdzięczny.
Stosunki były bardzo uprzejme, nawet jak później ten młody właściciel założył tam sektę hinduistyczną, to uprzedzał, że się spotykają i będę swoje ceremoniały odprawiać, więc śpiewy i bębny będzie słychać. Było to uciążliwe ale sąsiad miły więc to tolerowaliśmy.
Prawda jest taka, że polskie prawodawstwo nie nadążyło za przerabianiem mieszkań na hotele pracownicze.
Z drugiej zaś strony - no niestety, jak komuś przeszkadza mieszkanie w bloku a w dodatku nie mieszka na najwyższym piętrze, to pozostaje mu wyprowadzka do domku na wsi. Można mieć szczęście z sąsiedztwem albo mieć pecha.
@qiz powiedział(a):
Prawda jest taka, że polskie prawodawstwo nie nadążyło za przerabianiem mieszkań na hotele pracownicze.
Z drugiej zaś strony - no niestety, jak komuś przeszkadza mieszkanie w bloku a w dodatku nie mieszka na najwyższym piętrze, to pozostaje mu wyprowadzka do domku na wsi. Można mieć szczęście z sąsiedztwem albo mieć pecha.
Ludziom z miasta przeprowadzającym się na wieś w poszukiwaniu kontaktu z przyrodą często owa natura w postaci nieregularnego ukształtowania terenu, odgłosów zwierząt i zapachów nomen omen naturalnych zaczyna mocno doskwierać.
@qiz powiedział(a):
Prawda jest taka, że polskie prawodawstwo nie nadążyło za przerabianiem mieszkań na hotele pracownicze.
Z drugiej zaś strony - no niestety, jak komuś przeszkadza mieszkanie w bloku a w dodatku nie mieszka na najwyższym piętrze, to pozostaje mu wyprowadzka do domku na wsi. Można mieć szczęście z sąsiedztwem albo mieć pecha.
Ludziom z miasta przeprowadzającym się na wieś w poszukiwaniu kontaktu z przyrodą często owa natura w postaci nieregularnego ukształtowania terenu, odgłosów zwierząt i zapachów nomen omen naturalnych zaczyna mocno doskwierać.
Sami autochtoni na wsi tez niekoniecznie chcą znosic takie uciazliwosci. Dzis wiekszosc nie trudni się rolnictwem i chce zyc w warunkach cywilizowanych a nie wdychac odory z farmy przemyslowej.
@qiz powiedział(a):
Prawda jest taka, że polskie prawodawstwo nie nadążyło za przerabianiem mieszkań na hotele pracownicze.
Z drugiej zaś strony - no niestety, jak komuś przeszkadza mieszkanie w bloku a w dodatku nie mieszka na najwyższym piętrze, to pozostaje mu wyprowadzka do domku na wsi. Można mieć szczęście z sąsiedztwem albo mieć pecha.
Ciężko ustalić, gdzie zaczyna się hotel.
Ktoś wynajmuje indywidualnie - też gdzieś pracuje, na jakiś czas, płaci sam, z pensji.
Ktoś wynajmuje indywidualnie jw., ale w umowie ma, że to pracodawca mu oddaje.
Kolejny nie wynajmuje sam, ale wynajmuje pracodawca.
Jeszcze kolejny mieszka w mieszkaniu wynajętym przez agencję pracy tymczasowej.
Gdzie zaczyna się hotelowość i w sumie jaka jest różnica w uciążliwości dla mieszkańców?
Dalej, ja mimo wszystko uważam, że lepiej że pracownicy obcokrajowcy nawet tymczasowi mieszkają rozproszeni po kilka osób w różnych miejscach niż w obozach/hotelach po kilkuset.
I wreszcie, znacznie bardziej uciążliwe są air bnb niż robotnicy, ci ostatni często są zbyt zmęczeni żeby rozrabiać.
Rozum ma rację, co mi kiedyś uświadomiły prawiebardzomłode brytolki we Krakowie, które to na imprezę przyleciały. Tak, to nie były płcie męskie! Im się impreza zaczęła tak z środy do... ponad piątku, bo wtedy wracałem do Warszawy.
@marniok powiedział(a):
Oj Edziu, Edziu - mnie możesz wszystko ale od moich dzieci wara!
Moje dzieci są dla mnie pępkiem świata mojego. Mają tyle luzu ile obowiązków, a sąsiedzi cóż - wystawiają śmieci na klatce (kilka razy nawet moi chłopcy je wynosili bo śmierdziało), gabinet pod mną zrobił sobie z latki schodowej poczekalnię i nieraz kilka osób siedziało sobie na schodach tarasując przejście, inni remontują mieszkania i nie przyjmują się tym że małe dziecko śpi albo ja śpię po nocce w pracy.
Więc reaguję kiedy trzeba, a kiedy uważam że nie trzeba to nie.
Raz ja/moi przekraczamy pewne ramy innym razem inni umilają nam życie ale to jest wpisane w codzienność skupisk ludzkich - jeśli nie jest to notoryczne i nie przekracza określonych norm to nie ma powodu do prewencyjnych szykan jakie ty planujesz.
Ale jak sie nie ma swoich zajęć i problemów to się zaczyna interesować cudzymi sprawami.
(...)
Ps. z takich rozwydrzonych, egoistycznych Sebusiów wyrastają później pozbawione empatii i podstawowych umiejętności życia w społeczeństwie Sebusie biznesu
A następnie roszczeniowi staruszkowie 50+ z przerośniętym ego i monstrualnym przewrażliwieniu na swoim punkcie.
Takie staruchy to prawdziwa zmora.
PS. Tak wiem trepie, rozsypałem sól na wzburzone fale zamiast wylać oliwę na ranę, jestem ułomnym człowiekiem
To ja chyba jestem taką roszczeniową staruchą i zmorą. Nie podobało mi się, że młodzi sąsiedzi słuchają bardzo głośnej muzyki w dzień, a w nocy robią pod oknami albo w piwnicy imprezy suto zakrapiane alkoholem i z głośną muzyką z samochodu (budynek 5-rodzinny). To dopiero były jazdy. Do dwóch sąsiadów poszłam w dzień i poprosiłam bardzo grzecznie o przyciszenie radia. Przeprosili i był już spokój. Ale trzeci był burakiem i np. kiedy odkurzał, radio dawał na full, bo musiał słyszeć. To zdarzało się prawie codziennie. Schodziłam do niego i czekałam na moment ciszy, wtedy dzwoniłam do drzwi. Robił się siny z wściekłości, ale wyciszał. Na szczęście się wyprowadził. Sama muzyka by mi nie przeszkadzała, ale basy doprowadzają mnie do szału, bo je odczuwam fizycznie.
A imprezy w piwnicy? Długo o nich nie miałam pojęcia, ale szły na moje konto. Mieszkam na pierwszym piętrze i pewnego razu sąsiad z dołu mnie spytał, co u nas było tak głośno w nocy. Zdziwiłam się, bo mieszkam tylko z mężem, grzecznie wieczorem idziemy spać. I tak mu odpowiedziałam, że nawet nikogo u nas nie było. Pewnej nocy się wyjaśniło. Była godzina druga i obudziłam się, bo było bardzo głośno pod blokiem, co chwilę trzaskały drzwi. Włożyłam szlafrok i idąc po schodach, zastanawiałam się, co powiem. Hałas zaprowadził mnie do piwnicy i samo się rozwiązało, bo zobaczyłam wielkiego faceta lejącego na rowery stojące pod ścianą. Wpadłam do ich piwnicy, tam z dziesięć osób, pijaniutkich, przy świecach, bo wysadzili korki. Zrobiłam taką jazdę, że imprezy się skończyły, bo zagroziłam policją.
Teraz jest względny spokój, bo mają małe dzieci, ale kiedyś podrosną.
@Urodziny powiedział(a):
hehe eden społeczniak, karma wraca, się wyżywasz na ludziach, niczemu niewinnym, marniok dobrze to podsumował, intwerwencja z powodu trzaskania drzwiami i gośnej rozmowy xdddddd
i jeszcze brak informacji o opiniach innych sąsiadów na temat tych robotników, czyli Eden skazany na Januszy bugodrzańskich, jeszcze samotny w swojej męce, to za dużo
Kulego, opinię innych sąsiadów o uciążliwości tychże "sąsiadów" nachodźców będę miał, kiedy przyjdzie na to czas. I to odpowiednią. Bo ewidentnie został złamany regulamin spółdzielni co do warunków użyteczności lokali, niezależnie od ich formy własności. Oczywiście, gdyby to było mieszkanie lokatorskie, a nie własnościowe, to piłka byłaby krótka i sprawa szybko rozwiązana. W przypadku mieszkania własnościowego procedury są trudniejsze i czas ich realizacji dłuższy, ale to nie jest tak, że sąsiedzi z danej wspólnoty mieszkaniowej są bezradni i nic nie mogą. To nie jest tak, że "wolnoć Tomku w swoim domku" i wszystko wolno takim lokalnym Sebusiom i Januszom biznesu. Tymczasem ruch należy do spółdzielni i jej obsługi prawnej. Czekam na telefon od nich
ok, ale o januszach biznesu to można by mówić jakby szło o lokatorskie. Przestań w końcu wyzywać ludzi. Zbierasz burzę którą sam zasiałeś, gdybyś żył w zgodzie z sąsiadami to ten temat miałbyś już obgadany z nimi
1.Są sytuacje który wymagają interwencji - burdy, alkohol, zakłócanie ciszy nocnej - wymagają zgłoszenia na Policję, Straż, Sanepid, do spółdzielni itd.
2.Dzieci - temat rzeka - żaden rodzic nie pozwoli celowo zakłócać ciszy i spokoju swoim sąsiadom. To raczej sprawa nieposłuszeństwa (rodzic nie zawsze jest w domu), fantazji i niedojrzałości dziecka.
Ja tak robiłem jako dziecko - miałem burę od swoich rodziców, moje tak robiły/robią/zrobią i tak samo będzie względem nich. To nie efekt celowych i złośliwych zabiegów względem innych. To część szeroko pojętego dorastania.
3.Starsi, samotni są zazwyczaj "nieszkodliwi" - raczej to oni wymagają wsparcia ale zdarzają się egzemplarze nieprzeciętnie dokuczliwe.
4.Z góry zakładać że coś jest nie tak z sąsiadami to jest wg mnie nie w porządku.
5.Argument korzystania z klatki schodowej czy drzwi wcześnie rano lub późno w nocy jako powód do interwencji jest wg mnie niepoważny.
6.Odgłosy normalnego funkcjonowania w mieszkaniu (drzwi, pralka, media) również nie mogą być zarzutem. Tak samo dokuczliwy remont u sąsiada to normalna ale problematyczna (małe dzieci, odpoczynek, nauka) w sumie sprawa - gorzej jeśli zakłóca ciszę nocną lub wyrządza szkody.
Dla mnie rozróżnieniem jest intencja oraz elastyczność połączona ze zrozumieniem.
Czyli choroba dziecka (częsty płacz) jest czymś zwyczajnie niezwyczajnym, pies wyjący bo źle znosi 10 godzin samotności po miesiącu zaczyna irytować, staruszka słuchająca telewizora 'na full' z powodu kłopotów ze słuchem to rodzaj dopustu, choć można negocjować godziny oraz zasugerować wsparcie technologiczne, młodzian kolejny raz włączający muzę na full to już interwencja, typiary na ławce pod blokiem drące ryja po nocach to już interwencja.
Interwencja ma być adekwatna.
Co do bycia uciążliwym staruszkiem, to pamięć o własnych wyczynach za młodu ostro mnie ogranicza
Jest jedna uwaga, gdy za młodu coś odwalaliśmy, to rodzice raczej uważali, że to skarżący ma rację, obecnie znaczna część rodziców takie coś traktuje jako atak na ich progeniturę, która jest doskonała. Ale w tym temacie to raczej Maria i Eden mają duuużo większe doświadczenie
Wiele z problemów można załatwić na zasadach dobrych relacji sąsiedzkich.
Są sytuacje ponadmiarowe i tutaj interwencja być musi.
Sprawa dorosłych - niedojrzałych nie widzących swoich pociech we właściwym świetle jest kluczową nie tylko w relacjach sąsiedzkich ale i szkolno-koleżeńskich ogólnie społecznych.
@Urodziny powiedział(a):
hehe eden społeczniak, karma wraca, się wyżywasz na ludziach, niczemu niewinnym, marniok dobrze to podsumował, intwerwencja z powodu trzaskania drzwiami i gośnej rozmowy xdddddd
i jeszcze brak informacji o opiniach innych sąsiadów na temat tych robotników, czyli Eden skazany na Januszy bugodrzańskich, jeszcze samotny w swojej męce, to za dużo
Kulego, opinię innych sąsiadów o uciążliwości tychże "sąsiadów" nachodźców będę miał, kiedy przyjdzie na to czas. I to odpowiednią. Bo ewidentnie został złamany regulamin spółdzielni co do warunków użyteczności lokali, niezależnie od ich formy własności. Oczywiście, gdyby to było mieszkanie lokatorskie, a nie własnościowe, to piłka byłaby krótka i sprawa szybko rozwiązana. W przypadku mieszkania własnościowego procedury są trudniejsze i czas ich realizacji dłuższy, ale to nie jest tak, że sąsiedzi z danej wspólnoty mieszkaniowej są bezradni i nic nie mogą. To nie jest tak, że "wolnoć Tomku w swoim domku" i wszystko wolno takim lokalnym Sebusiom i Januszom biznesu. Tymczasem ruch należy do spółdzielni i jej obsługi prawnej. Czekam na telefon od nich
ok, ale o januszach biznesu to można by mówić jakby szło o lokatorskie. Przestań w końcu wyzywać ludzi. Zbierasz burzę którą sam zasiałeś, gdybyś żył w zgodzie z sąsiadami to ten temat miałbyś już obgadany z nimi
Co ty o mnie wiesz, a tym bardziej o moich relacjach międzysąsiedzkich, a najbardziej o cwaniaku, który wyprowadził się już z mieszkania obok 6 lat temu, a teraz robi tylko wrzutki z nowymi lokatorami? Ty pierdolnięty jesteś, że takie kategoryczne wnioski na mój temat tutaj sadzisz, czy o drogę pytasz?
@marniok powiedział(a):
Podsumujmy:
6.Odgłosy normalnego funkcjonowania w mieszkaniu (drzwi, pralka, media) również nie mogą być zarzutem. Tak samo dokuczliwy remont u sąsiada to normalna ale problematyczna (małe dzieci, odpoczynek, nauka) w sumie sprawa - gorzej jeśli zakłóca ciszę nocną lub wyrządza szkody.
Nu, tak i radujmy się, że chwilowo nie mieszkamy w Szwajcarii, bo tam nie wolno nocą nawet spuszczać wody w toalecie. Wegen Lerm, ma się rozumieć.
Mam bardzo bogate doświadczenia w tych kwestiach. I to z obu pozycji.
Jako młody człowiek miałem w bloku nad sobą małżeństwo - sąsiadów wariatów. Im przeszkadzało, że spuszczam wodę w nocy. Przeszkadzało im, że na radio tranzystorowym obiektywnie cicho w niedzielę w południe słuchałem Bacha w wykonaniu Trevora P. Jak kiedyś przyszli dawno nie widziani znajomi na kawę (wieczorem) to mimo, że nie grała żadna muza a my sobie spokojnie rozmawialiśmy, dzwonili do mojej matki, że im pety wrzucam na balkon. Jak już matka się sprowadziła do mnie z psem, to wzywali TPZ, że psa maltretujemy.
Jako dorosły, z rodziną, mieliśmy pod sobą panie lekkich obyczajów. One włączały w nocy coś takiego strasznie dudniącego, co nazywaliśmy umownie "machiną seksu" ;-) No, to było stare budownictwo, wysokie mieszkania, udało się przeżyć. Oczywiście niszczyły zamki w bramie i na klatkę schodową, żeby klienci mogli wchodzić nie przerywając usługi, przez co spali nam pod drzwiami bezdomni a jeden się nawet wyszczał.
W innym miejscu przekupiliśmy parę nad nami w taki sposób, że nie opłacało się im hałasować i mamy wielki spokój.
Mieszkamy teraz w lesie. Przez ścianę nikogo nie mamy. Z sąsiadami żyjemy idealnie - lepiej się nie da. Jak ktoś do nas przyjedzie na noc, narzeka na ujadające psy (po jednej stronie mamy 2 i po drugiej 2, a na ulicy jeszcze kilka). My już ich "nie słyszymy".
Był jeszcze ten opisywany przeze mnie wcześniej przypadek (faje i pogawędki na tarasie).
Pemta: "Pierwsi chrześcijanie bardziej cierpieli".
A my obskoczyliśmy wspólnie 6 różnych lokali i jesteśmy bardzo szczęśliwi.
Też mam ciekawe6 doświadczenia.
Sprowadziłam się do nowego mieszkania, więc wszystko było w nim świeże i czyste. Po kilku tygodniach, kiedy wróciłam z pracy i otwarłam drzwi - cofnęło mnie, bo w mieszkaniu unosił się taki pył, że się zakaszlałam. Pył był wszędzie, na łóżku, kanapie, firankach, blatach kuchennych. Pozdejmowałam firany, wytrzepałam narzuty i oddałam je do pralni, odkurzyłam dywan i wykładziny, wietrzyłam pomieszczenia, wszystko myłam na mokro.
Skąd to się wzięło? Ano, sąsiadka z góry wyburzyła ścianę, żeby powiększyć o 10 cm sypialnię kosztem łazienki. Pył wleciał do mnie łazienkowym wywietrznikiem. Poszłam do niej, powiedziałam jakie poniosłam koszty, nie usłyszałam nawet "przepraszam".
Inna "mistrzynią" od wyburzania ścian w bloku była Pola Raksa - sąsiadka mojej bratowej. Wyburzyła u siebie ściany działowe i nie mogła pojąć, że nie może wyburzyć ścian nośnych - awanturowała się o to w administracji. Sąsiedzi mieli z nią krzyż pański.
Komentarz
Na razie to Edenu jest upierdliwym somsiadem
Z przyczyn zawodowych mam do czynienia z samotnymi, wścibskimi i upierdliwymi osobami płci obojga które wszystkich dookoła pouczają jak trzeba żyć, a same mają problem z wdrażaniem swoich mądrości we własne życie.
Pamiętam jak mieszkaliśmy w bloku i mój śp. Tata musiał zainterweniować w sprawie imprezy piętro wyżej, a ponieważ był to PRL więc pomysł sprowadzenia 'psiarni' był ostateczną ostatecznością.
Tata do 22 się nie wtrącał, bo 'maja prawo', do 23 dał czas 'bo młodość ma swoje prawa', natomiast później postanowił zainterweniować (znam z opowieści, bo z racji wieku i godziny nie brałem udziału w akcji). Poszedł piętro wyżej i starał się pukaniem i dzwonieniem spowodować otworzenie drzwi, z racji hałasu lub specjalnie nikt nie otwierał, więc otworzył szafkę z korkami, wykręcił główny korek dla tego mieszkania i chwilę odczekał. Kiedy usłyszał odgłosy krzątania się ponownie zapukał, drzwi otworzył młody właściciel mieszkania i wtedy Tata powiedział, że on rozumie młodość, ale jest prawie północ, żona musi iść rano do pracy, syn do szkoły więc gdyby byli tak uprzejmi i po wkręceniu korka już tak bardzo nie hałasowali to będzie wdzięczny.
Stosunki były bardzo uprzejme, nawet jak później ten młody właściciel założył tam sektę hinduistyczną, to uprzedzał, że się spotykają i będę swoje ceremoniały odprawiać, więc śpiewy i bębny będzie słychać. Było to uciążliwe ale sąsiad miły więc to tolerowaliśmy.
😁
Prawda jest taka, że polskie prawodawstwo nie nadążyło za przerabianiem mieszkań na hotele pracownicze.
Z drugiej zaś strony - no niestety, jak komuś przeszkadza mieszkanie w bloku a w dodatku nie mieszka na najwyższym piętrze, to pozostaje mu wyprowadzka do domku na wsi. Można mieć szczęście z sąsiedztwem albo mieć pecha.
Ludziom z miasta przeprowadzającym się na wieś w poszukiwaniu kontaktu z przyrodą często owa natura w postaci nieregularnego ukształtowania terenu, odgłosów zwierząt i zapachów nomen omen naturalnych zaczyna mocno doskwierać.
I to doskwieranie należy tępić z całą mocą
Sami autochtoni na wsi tez niekoniecznie chcą znosic takie uciazliwosci. Dzis wiekszosc nie trudni się rolnictwem i chce zyc w warunkach cywilizowanych a nie wdychac odory z farmy przemyslowej.
Na pewno ten wątek?
Ciężko ustalić, gdzie zaczyna się hotel.
Ktoś wynajmuje indywidualnie - też gdzieś pracuje, na jakiś czas, płaci sam, z pensji.
Ktoś wynajmuje indywidualnie jw., ale w umowie ma, że to pracodawca mu oddaje.
Kolejny nie wynajmuje sam, ale wynajmuje pracodawca.
Jeszcze kolejny mieszka w mieszkaniu wynajętym przez agencję pracy tymczasowej.
Gdzie zaczyna się hotelowość i w sumie jaka jest różnica w uciążliwości dla mieszkańców?
Dalej, ja mimo wszystko uważam, że lepiej że pracownicy obcokrajowcy nawet tymczasowi mieszkają rozproszeni po kilka osób w różnych miejscach niż w obozach/hotelach po kilkuset.
I wreszcie, znacznie bardziej uciążliwe są air bnb niż robotnicy, ci ostatni często są zbyt zmęczeni żeby rozrabiać.
Rozum ma rację, co mi kiedyś uświadomiły prawiebardzomłode brytolki we Krakowie, które to na imprezę przyleciały. Tak, to nie były płcie męskie! Im się impreza zaczęła tak z środy do... ponad piątku, bo wtedy wracałem do Warszawy.
Może i nie, ale warto mieć na uwadze.
To ja chyba jestem taką roszczeniową staruchą i zmorą. Nie podobało mi się, że młodzi sąsiedzi słuchają bardzo głośnej muzyki w dzień, a w nocy robią pod oknami albo w piwnicy imprezy suto zakrapiane alkoholem i z głośną muzyką z samochodu (budynek 5-rodzinny). To dopiero były jazdy. Do dwóch sąsiadów poszłam w dzień i poprosiłam bardzo grzecznie o przyciszenie radia. Przeprosili i był już spokój. Ale trzeci był burakiem i np. kiedy odkurzał, radio dawał na full, bo musiał słyszeć. To zdarzało się prawie codziennie. Schodziłam do niego i czekałam na moment ciszy, wtedy dzwoniłam do drzwi. Robił się siny z wściekłości, ale wyciszał. Na szczęście się wyprowadził. Sama muzyka by mi nie przeszkadzała, ale basy doprowadzają mnie do szału, bo je odczuwam fizycznie.

A imprezy w piwnicy? Długo o nich nie miałam pojęcia, ale szły na moje konto. Mieszkam na pierwszym piętrze i pewnego razu sąsiad z dołu mnie spytał, co u nas było tak głośno w nocy. Zdziwiłam się, bo mieszkam tylko z mężem, grzecznie wieczorem idziemy spać. I tak mu odpowiedziałam, że nawet nikogo u nas nie było. Pewnej nocy się wyjaśniło. Była godzina druga i obudziłam się, bo było bardzo głośno pod blokiem, co chwilę trzaskały drzwi. Włożyłam szlafrok i idąc po schodach, zastanawiałam się, co powiem. Hałas zaprowadził mnie do piwnicy i samo się rozwiązało, bo zobaczyłam wielkiego faceta lejącego na rowery stojące pod ścianą. Wpadłam do ich piwnicy, tam z dziesięć osób, pijaniutkich, przy świecach, bo wysadzili korki. Zrobiłam taką jazdę, że imprezy się skończyły, bo zagroziłam policją.
Teraz jest względny spokój, bo mają małe dzieci, ale kiedyś podrosną.
ok, ale o januszach biznesu to można by mówić jakby szło o lokatorskie. Przestań w końcu wyzywać ludzi. Zbierasz burzę którą sam zasiałeś, gdybyś żył w zgodzie z sąsiadami to ten temat miałbyś już obgadany z nimi
Podsumujmy:
1.Są sytuacje który wymagają interwencji - burdy, alkohol, zakłócanie ciszy nocnej - wymagają zgłoszenia na Policję, Straż, Sanepid, do spółdzielni itd.
2.Dzieci - temat rzeka - żaden rodzic nie pozwoli celowo zakłócać ciszy i spokoju swoim sąsiadom. To raczej sprawa nieposłuszeństwa (rodzic nie zawsze jest w domu), fantazji i niedojrzałości dziecka.
Ja tak robiłem jako dziecko - miałem burę od swoich rodziców, moje tak robiły/robią/zrobią i tak samo będzie względem nich. To nie efekt celowych i złośliwych zabiegów względem innych. To część szeroko pojętego dorastania.
3.Starsi, samotni są zazwyczaj "nieszkodliwi" - raczej to oni wymagają wsparcia ale zdarzają się egzemplarze nieprzeciętnie dokuczliwe.
4.Z góry zakładać że coś jest nie tak z sąsiadami to jest wg mnie nie w porządku.
5.Argument korzystania z klatki schodowej czy drzwi wcześnie rano lub późno w nocy jako powód do interwencji jest wg mnie niepoważny.
6.Odgłosy normalnego funkcjonowania w mieszkaniu (drzwi, pralka, media) również nie mogą być zarzutem. Tak samo dokuczliwy remont u sąsiada to normalna ale problematyczna (małe dzieci, odpoczynek, nauka) w sumie sprawa - gorzej jeśli zakłóca ciszę nocną lub wyrządza szkody.
Dawajcie dalej.
Dla mnie rozróżnieniem jest intencja oraz elastyczność połączona ze zrozumieniem.

Czyli choroba dziecka (częsty płacz) jest czymś zwyczajnie niezwyczajnym, pies wyjący bo źle znosi 10 godzin samotności po miesiącu zaczyna irytować, staruszka słuchająca telewizora 'na full' z powodu kłopotów ze słuchem to rodzaj dopustu, choć można negocjować godziny oraz zasugerować wsparcie technologiczne, młodzian kolejny raz włączający muzę na full to już interwencja, typiary na ławce pod blokiem drące ryja po nocach to już interwencja.
Interwencja ma być adekwatna.
Co do bycia uciążliwym staruszkiem, to pamięć o własnych wyczynach za młodu ostro mnie ogranicza
Jest jedna uwaga, gdy za młodu coś odwalaliśmy, to rodzice raczej uważali, że to skarżący ma rację, obecnie znaczna część rodziców takie coś traktuje jako atak na ich progeniturę, która jest doskonała. Ale w tym temacie to raczej Maria i Eden mają duuużo większe doświadczenie
Wiele z problemów można załatwić na zasadach dobrych relacji sąsiedzkich.
Są sytuacje ponadmiarowe i tutaj interwencja być musi.
Sprawa dorosłych - niedojrzałych nie widzących swoich pociech we właściwym świetle jest kluczową nie tylko w relacjach sąsiedzkich ale i szkolno-koleżeńskich ogólnie społecznych.
Co ty o mnie wiesz, a tym bardziej o moich relacjach międzysąsiedzkich, a najbardziej o cwaniaku, który wyprowadził się już z mieszkania obok 6 lat temu, a teraz robi tylko wrzutki z nowymi lokatorami? Ty pierdolnięty jesteś, że takie kategoryczne wnioski na mój temat tutaj sadzisz, czy o drogę pytasz?
wenżykiem, wenżykiem
Nu, tak i radujmy się, że chwilowo nie mieszkamy w Szwajcarii, bo tam nie wolno nocą nawet spuszczać wody w toalecie. Wegen Lerm, ma się rozumieć.
Mam bardzo bogate doświadczenia w tych kwestiach. I to z obu pozycji.
Pemta: "Pierwsi chrześcijanie bardziej cierpieli".
A my obskoczyliśmy wspólnie 6 różnych lokali i jesteśmy bardzo szczęśliwi.
Też mam ciekawe6 doświadczenia.
Sprowadziłam się do nowego mieszkania, więc wszystko było w nim świeże i czyste. Po kilku tygodniach, kiedy wróciłam z pracy i otwarłam drzwi - cofnęło mnie, bo w mieszkaniu unosił się taki pył, że się zakaszlałam. Pył był wszędzie, na łóżku, kanapie, firankach, blatach kuchennych. Pozdejmowałam firany, wytrzepałam narzuty i oddałam je do pralni, odkurzyłam dywan i wykładziny, wietrzyłam pomieszczenia, wszystko myłam na mokro.
Skąd to się wzięło? Ano, sąsiadka z góry wyburzyła ścianę, żeby powiększyć o 10 cm sypialnię kosztem łazienki. Pył wleciał do mnie łazienkowym wywietrznikiem. Poszłam do niej, powiedziałam jakie poniosłam koszty, nie usłyszałam nawet "przepraszam".
Inna "mistrzynią" od wyburzania ścian w bloku była Pola Raksa - sąsiadka mojej bratowej. Wyburzyła u siebie ściany działowe i nie mogła pojąć, że nie może wyburzyć ścian nośnych - awanturowała się o to w administracji. Sąsiedzi mieli z nią krzyż pański.