W kręgu zła i brzydoty
Dwóch gości na jutubie opowiedziało "Kler" z detalami, żeby nikt już nie musiał tego oglądać.
Krytykom nie należy wierzyć do końca, ale w tym przypadku można i należy, bo cała zawodowa działalność Smażowskiego polega na pokazywaniu publice zła i brzydoty. Śmieszy porównywanie go do braci Coen, u których są jednak bohaterowie pozytywni. U Smarzowskiego ich nie ma. Smarzowski nie czyni świata lepszym, nie ma dla widowni żadnej dobrej nowiny, żadnego pozytywnego przesłania. Jedyne na co go stać, to maniakalne powtarzanie, że ludzie są wstrętni.
Kiedyś będzie musiał odpowiedzieć na pytanie: co dałeś ludziom?
Co odpowie?
To nie jest żaden twórca, to psychol.
Krytykom nie należy wierzyć do końca, ale w tym przypadku można i należy, bo cała zawodowa działalność Smażowskiego polega na pokazywaniu publice zła i brzydoty. Śmieszy porównywanie go do braci Coen, u których są jednak bohaterowie pozytywni. U Smarzowskiego ich nie ma. Smarzowski nie czyni świata lepszym, nie ma dla widowni żadnej dobrej nowiny, żadnego pozytywnego przesłania. Jedyne na co go stać, to maniakalne powtarzanie, że ludzie są wstrętni.
Kiedyś będzie musiał odpowiedzieć na pytanie: co dałeś ludziom?
Co odpowie?
To nie jest żaden twórca, to psychol.
0
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.
Komentarz
Ten osobnik, jak słusznie zauważyła Mania, uwielbia zanurzać się w obrzydlistwie i patologii. To nie jest normalne.
Jego pierwszym filmem była "Małżowina". Dla mnie także ostatnim jaki obejrzałem.
Zebrać bulwersujace wydarzenia, z danej grupy społecznej z okresu kilku-kilkunastu lat, połączyć jako-tako w fabułę i mamy film.
Na tej zasadzie może powstać film na każdy temat, o każdej grupie społecznej i zawodowej.
Sztuczne.
https://www.yahoo.com/news/divisive-polish-film-skewers-catholic-clergy-154858726.html?guccounter=1
Pamiętajcie - to wojna między zaborcami. Wystrzegajcie się, by nikogo z nich nie poprzeć.
Nie dobijaj mnie Maniu i dopisz, ze der Onet taka recenzje mu wystawil. Nie Polacy.
ps. czy wy tez dotsaliscie maila od Martyny Dominik?
To co u nas to tylko odprysk. Tak są kształceni i selekcjonowani od dziesiątków lat artyści, w Polsce też. Normalny może się przecisnąć tylko przypadkiem albo bardzo się kamuflując z dobrem i pięknem. Czasem zdarzają się nawrócenia i stąd sztuka jeszcze zupełnie nie zdechła.
Zainteresowałem się nie tyle "Weselem", ile samym Wojtkiem Smarzowskim, który ostatnio stał się bardzo modny, a niektórzy w euforycznym uniesieniu nie powstrzymali się od nazwania go najwybitniejszym współczesnym polskim reżyserem. Tymczasem każdy jego film zrobiony jest według tego samego schematu - morze wódki, przekupni policjanci (lub ew. milicjanci), najplugawszy z możliwych seks (gwałty, przygodne kontakty w samochodach, w burdelach, etc), złodziejstwo, morderstwo, itd, itp. Środki wyrazu używane w jego filmach wciąż te same, technika ta sama, nawet ci sami aktorzy wciąż tak samo grający niezależnie od kreowanej postaci.
Ziemkiewicz kiedyś słusznie nazwał go "inteligentem od Michnika". Dla mnie nie ma lepszego podsumowania.
Facet znalazł temat - plucie na Polskę. Wypaliło w Weselu, bodaj pierwszym szerzej znanym jego filmem. Tam opluł wieś i prostych ludzi. Potem leciał praktycznie ciągle jednym schematem jak słusznie zauważono.
Oczywiście że w filmach wyraża swoje poglądy, ale o Kasię mu wyłącznie chodzi. Najlepszy dowód że zabrał się za Wołyń gdy tylko zwęszył temat - ale słusznie podejrzewał, że gdyby w tym filmie dowalił wyłącznie Polakom, to byłby skończony, nawet dla mainstremu - zbyt duży rezonans w społeczeństwie jest w tym temacie.
Nic dodać, nic ująć. Ja podobnie. Obejrzałem Wesele - pierwszy i ostatni film tego reżysera. Znajomi namawiali na Wołyń, ale powiedziałem, że temu reżyserowi zarobić nie dam - sorry. A poza tym facet usiłował nawet tam uprawiać symetrię (co było do przewidzenia) - więc sorry, ale gnojom dziękujemy.
Coś musiało się wydarzyć.
Mając lat dwadzieścia parę bardzo wierzyłem w przedsiębiorczość i próbowałem zakładać biznesy, które następnie plajtowały. Potem tak po prostu z ogłoszenia znalazłem pracę w wydawnictwie, dobrze jak na moje ówczesne oczekiwania płatną, z której, ze względu na mój raczej nienadający się do gry w zespole charakter, szybko mnie wyrzucono i tak naprawdę nie miałem pojęcia co zrobić ze swoim życiem. Coś tam sobie pisałem, publikowałem jakieś opowiadania i z braku lepszego zajęcia, jak również dzięki moralnemu i materialnemu wsparciu rodziny zająłem się pisaniem na poważniej. Nie dlatego, bym uważał, że to fantastyczny pomysł na zarabianie pieniędzy. Po prostu nic innego nie umiałem robić.
Byłem więc wtedy, mając lat dwadzieścia parę, zwykłym, prowincjonalnym prekariuszem, pożyczającym sto złotych na jedzenie, udzielającym korepetycji za dwadzieścia złotych za godzinę, imającym się każdego zajęcia, które mogło wygenerować jakiś skromny przelew. Pierwszą książkę wydałem za darmo. Tak właśnie, za darmo i również z tego powodu niech zostanie zapomniana.
Potem, kolejne, marne zresztą raczej powieści, na których nie zarabiałem prawie nic, budowały jednak jakiś prestiż publikowanego autora, z którego zaczęły z kolei wynikać różne fuchy i fuszki i dobijając trzydziestki z tych fuch, nie mając żadnej stałej pracy, mogłem już wygenerować średnią krajową.
Nie było to jednak życie łatwe. Stałym elementem życia bez stałego dochodu jest niepokój. Tak dobrze znane wszystkim freelancerom wieczne czekanie na przelew, za krótka kołderka, potem nagłe przypływy niespodziewanej gotówki, którą w efekcie nigdy, do dziś, nie nauczyłem się gospodarować. Nazwaliśmy to z moim znajdującym się w podobnej sytuacji przyjacielem "gospodarką cudów". Jakieś pieniądze się pojawiały, za jakieś aktywności, które podjęliśmy kiedyś, kilka miesięcy wcześniej, jakieś stypendia, jakieś honoraria, ale związek między pracą a zwykle spóźnionym przelewem był niejasny i odległy. To, na co poświęcaliśmy czasu najwięcej - pisanie książek - generowało jakiś skromny ułamek tych dochodów, to zaś, co robiliśmy szybko i niestarannie generowało z kolei pieniędzy sporo, więc nie było żadnego przełożenia pracy na dochód. A jednak żyliśmy, mieliśmy na jedzenie i niedrogie wino.
Potem napisałem "Morfinę" i nagle wszystko się zmieniło. Dostałem parę nominacji i nagród, ale przede wszystkim nagle "Morfina", dzięki szeptanej reklamie, zaczęła się sprzedawać, nakład rósł lawinowo i nagle stałem się pisarzem czytanym i ta niewdzięczna wcześniej praca zaczęła generować regularne dochody, takie, o jakich wcześniej mi się nie śniło. Gdyby ktoś dziesięć lat temu powiedział mi, że moje powieści będą się sprzedawały w nakładach stutysięcznych, to umarłbym ze śmiechu, bo sprzedawały się wtedy w nakładach bodajże ledwie przekraczających trzycyfrowe. Prędzej uwierzyłbym, że wygram w totka.
Magicznego określenia "skurwienie" nie użył ale wychyla się ono filuternie zza każdego słowa i porozumiewawczo macha do czytelnika.
Smarzowski - wystarczy obejrzeć zajawkę albo i nawet nie - wystarczy przeczytać skład drewna, który zatrudnił jako aktorów...
... i już zyskaliśmy czas przeznaczony na książkę / film.
No chyba że ktoś ma takie zainteresowania:
tj. opis autorstwa kolegi:)
ja do dzis umieram )
Żyliśmy w czasach,
w których Adam Michnik
wybornie znał się na poezji
Wesele to opowieść o tym, czego można się dopuścić aby uniknąć 'skandalu' z ciążą córki, czyli jakaś pokracznie rozumiana tradycja obrony 'honoru rodu'. Ja na te postaci patrzyłem przez pryzmat: tak się bawi zetesel. A no i tu były postacie pozytywne, choć drugoplanowe.
Dom Zły to opowieść o ratowaniu nienarodzonego dziecka w obliczu dramatycznego zagrożenia i gotowości do poświęcenia siebie aby uchronić kochane osoby i nie sprostytuować się do końca.
Drogówka to opowieść o zemście na wiarołomnym zięciu.
Wszystko w ujęciu kloacznym, ale to się ogląda, bo opowiada istotne historie.
Dlatego uważam, że Smarzowski jest tak niebezpieczny, bo za pomocą interesujących historii, sprawnie warsztatowo przemodelowuje sposób postrzegania świata (np. Wesele nie jako obraz wyczynów 'elity' zeteselowskiej, ale jako obraz wsi, bo taka interpretacja była narzucana (sugerowana?, przygotowana) ). Nie wiem czy interpretacje opowiadanych historii są wtórne, czy najpierw pada pomysł, a później Smarzowski go uniwersalizuje.
Pytanie dotyczące filmu Kler, to czy będzie tam jakaś główna historia (przedstawiona jako didaskalia oczywiście), czy nachalna agitka w stylu gniotowatego Pokłosia? Dlaczego to ważne? bo jak Pokłosie to luzik i szkodliwość praktycznie zerowa, jak Wesele to już znaczna siła oddziaływania.
Odpowiedzi nie znam i w przeciwieństwie do ks Longchamps de Bérier osobiście sprawdzać nie zamierzam.