To bardziej poszerzanka, niż polecanka. Poszerzanka do filmów z miejsca i czasu, które może nas interesować.
Komedyjka z końcowego frankizmu prezentująca spojrzenie na Europę awansującej prowincji i a rebours.
Pokazuje kraj, który przechodzi mocną przemianę gospodarczą. Niezłe są rozmowy, które otaczają na początku bohaterów. Kiedy wszyscy w metrze rozmawiają dookoła ile zarabia się w Hiszpanii, a ile można w tym czasie we Francji, czy Niemczech. Kwestia tego, co oznaczają godne stawki, "europejskie" (to słowo często pada).
Po drugie jest poruszony temat migracji za pracą, który wtedy występował w Hiszpanii, częściowo brało się to z budowania rezerw (poprzednie w większości zabrali żydzi ruscy) stabilizowania gospodarki i wartości pesety po zdobyciu znaczka zaufania od MFW, przyciągnięciu inwestorów, zakupu patentów, planów gospodarczych, duszenia inflacji i popytu, a co najważniejsze dla konsumentów otwarcia granic. W skrócie ściągano nadwyżki finansowe z zewnątrz, a wypuszczano nadwyżki ludzkie za granicę.
Ważny jest też kierunek migracji, oraz jej konsekwencje.
Wszytko to zostało wprzągniętę w hiszpańską komedię z 1965 "Un vampiro para dos".
Małżeństwo po roku ma dość... ale nie siebie. Ma dość tego, że każde pracuje o innej porze doby. Kontakt mają tylko przez miłosne liściki zostawiane w domu i przy mijaniu w drodze do pracy, kiedy rzucają się na siebie i całują w miejscach publciznych ku zgorszeniu postronnych świadków nierozumiejących jak te chwile są dla nich ważne. Znajdują pracę w Niemczech. >! Na miejscu okazuje się że pracy nie ma. Biuro pośrednicząca proponuje im w zamian pracę w Dusseldorfie jako służący barona Rosehtala na zamku. Praca dla dwojga, dobre warunki.
Na miejscu problemem jest sam dojazd do zamku. Wszyscy na ulicy pytani tylko żegnają się i uciekają, co żona komentuje z ulgą:
-Przynajmniej są katolikami.
Podobnie taksówkarze proszeni o zabraniu do zamku od razu uciekają. Jedyny, który podjeżdża patrzy na nich srogo jednym okiem, o drugie ma zasłonięte przez opaskę, mówi, że ich zabierze na zamek pod warunkiem, że zapłacą z góry.
Tu mój ulubiony dialog i daję poza spoilerem:
-Nie boi się Pan?
-Walczyłem z Legionem Cordon w Hiszpanii, z Rommelem na pustyni, pod Stalingradem przeciw Stalinowi. Mi już nic niestraszne.
Baron okazuje sie być specyficzny, ale w porządku. Małżeństwo wciąga go w hiszpańskie jedzenie, muzykę i opowieści o korridach u pracy matadorów, prezentując szegółowo jak się wbija piki w grzbiet byka. Trochę to barona brzydzi. To że jest wampirem na początku niczego nie burzy. Dopiero siostra i matka przyjeżdżające z Anglii zmuszają go do zaprzestania swojego bratania się ze śmiertelnikami. Że powinien spróbować europejskiej jakości, hiszpańskiego mięsa, zamiast jeść z nim. Tu następuje zwrot, bo lokaj barona buntuje sie przeciw niemu i zaczyna pomagać małżeństwu. Ostatecznie obwiązani czosnkiem w magicznym powozie odlatują do Hiszpanii. Baronowi nie pomaga, że za nimi tam leci. Nie pomaga mu zamienienie lokaja w małe, niegroźne zwierzątko. Gdyż na granicy stoi Gwardia Cywilna i swoimi nakryciami głowy trójrogowymi, błyszczącymi odbijają zaklęcia i spalają Barona.
Końcowa scena pokazuje małżeństwo, które odpoczywa sobie pod wielką willą. Ona się opala. On masowany odbiera telefony od kolejnych producentów, którzy chcieliby zatrudnić tego inteligentnego pieska do swoich filmów w różnych Indiach czy Hollywoodach.
No i tu kwestia tego, że okazuje się, że centrum świata jest tam skąd przychodzimy, a to co braliśmy za centrum (początkowe rozmowy o stawkach zarobków w Euroipie) okazuje się światem, który nie jest na nas gotowy, choć pozostaje nam prawo do opisania go (a nie jak pierwotnie wyglądało, że języki germańskie miały prawo do opisywania reszty świata i wymyślania w nich różnych Drakuli). I coś jeszcze chcaiłem czemu w sumie warto wiedzieć o filmie, ale już pźno.
Nie jest to za dobry film jeśli idzie o grozę, przypomina Kalosze Szczęścia, w sumie zobaczyłbym jego rimejk z większym budżetem i przede wszystkim z niemieckimi dialogami, bo bez tego traci całe .
Otóż "Nasz Przegląd" był wydawany nieprawdopodobnie niechlujnie, roił się od błędów drukarskich, a także rzeczowych, mimo że jego redaktor był niewątpliwym fachowcem. Jerzy Stempowski wspomina, że zwrócił się do niego z pytaniem, dlaczego pismo jest tak niestaranne i otrzymał odpowiedź mniej więcej taką: Nasi czytelnicy są bezpretensjonalni, prości i wyzbyci snobizmu. Gdyby pismo było doskonałe, uważaliby, że jest dla nich za dobre i stałoby się im obce: nie zależy im na perfekcji, ale chcą mieć coś swojego, bliskiego, podobnego do nich. Błędy w piśmie upewniają ich, że redaktorzy są tacy jak każdy z nich. Czytelnik, który dostrzega pomyłkę, czuje się lepszy od gazety i dlatego ją kocha! Ciekawe, że coś podobnego usłyszałem od red. Wacława Gralewskiego, w roku bodaj 1938, gdy jako chłopiec starałem się o praktykę w gazecie lubelskiej: radził on, by od czasu do czasu walnąć rozmyślnie coś niedorzecznego, np., że "Hamleta" napisał Sienkiewicz. Przyjdzie wtedy kupa listów ze sprostowaniami, czytelnicy ośmielają się, bratają się, nawiązuje się ciepły kontakt... Zaś to jest ważniejsze niż dokładność
Komentarz
To bardziej poszerzanka, niż polecanka. Poszerzanka do filmów z miejsca i czasu, które może nas interesować.
Komedyjka z końcowego frankizmu prezentująca spojrzenie na Europę awansującej prowincji i a rebours.
Pokazuje kraj, który przechodzi mocną przemianę gospodarczą. Niezłe są rozmowy, które otaczają na początku bohaterów. Kiedy wszyscy w metrze rozmawiają dookoła ile zarabia się w Hiszpanii, a ile można w tym czasie we Francji, czy Niemczech. Kwestia tego, co oznaczają godne stawki, "europejskie" (to słowo często pada).
Po drugie jest poruszony temat migracji za pracą, który wtedy występował w Hiszpanii, częściowo brało się to z budowania rezerw (poprzednie w większości zabrali żydzi ruscy) stabilizowania gospodarki i wartości pesety po zdobyciu znaczka zaufania od MFW, przyciągnięciu inwestorów, zakupu patentów, planów gospodarczych, duszenia inflacji i popytu, a co najważniejsze dla konsumentów otwarcia granic. W skrócie ściągano nadwyżki finansowe z zewnątrz, a wypuszczano nadwyżki ludzkie za granicę.
Ważny jest też kierunek migracji, oraz jej konsekwencje.
Wszytko to zostało wprzągniętę w hiszpańską komedię z 1965 "Un vampiro para dos".
Małżeństwo po roku ma dość... ale nie siebie. Ma dość tego, że każde pracuje o innej porze doby. Kontakt mają tylko przez miłosne liściki zostawiane w domu i przy mijaniu w drodze do pracy, kiedy rzucają się na siebie i całują w miejscach publciznych ku zgorszeniu postronnych świadków nierozumiejących jak te chwile są dla nich ważne. Znajdują pracę w Niemczech. >! Na miejscu okazuje się że pracy nie ma. Biuro pośrednicząca proponuje im w zamian pracę w Dusseldorfie jako służący barona Rosehtala na zamku. Praca dla dwojga, dobre warunki.
Na miejscu problemem jest sam dojazd do zamku. Wszyscy na ulicy pytani tylko żegnają się i uciekają, co żona komentuje z ulgą:
-Przynajmniej są katolikami.
Podobnie taksówkarze proszeni o zabraniu do zamku od razu uciekają. Jedyny, który podjeżdża patrzy na nich srogo jednym okiem, o drugie ma zasłonięte przez opaskę, mówi, że ich zabierze na zamek pod warunkiem, że zapłacą z góry.
Tu mój ulubiony dialog i daję poza spoilerem:
-Nie boi się Pan?
-Walczyłem z Legionem Cordon w Hiszpanii, z Rommelem na pustyni, pod Stalingradem przeciw Stalinowi. Mi już nic niestraszne.
Baron okazuje sie być specyficzny, ale w porządku. Małżeństwo wciąga go w hiszpańskie jedzenie, muzykę i opowieści o korridach u pracy matadorów, prezentując szegółowo jak się wbija piki w grzbiet byka. Trochę to barona brzydzi. To że jest wampirem na początku niczego nie burzy. Dopiero siostra i matka przyjeżdżające z Anglii zmuszają go do zaprzestania swojego bratania się ze śmiertelnikami. Że powinien spróbować europejskiej jakości, hiszpańskiego mięsa, zamiast jeść z nim. Tu następuje zwrot, bo lokaj barona buntuje sie przeciw niemu i zaczyna pomagać małżeństwu. Ostatecznie obwiązani czosnkiem w magicznym powozie odlatują do Hiszpanii. Baronowi nie pomaga, że za nimi tam leci. Nie pomaga mu zamienienie lokaja w małe, niegroźne zwierzątko. Gdyż na granicy stoi Gwardia Cywilna i swoimi nakryciami głowy trójrogowymi, błyszczącymi odbijają zaklęcia i spalają Barona.
Końcowa scena pokazuje małżeństwo, które odpoczywa sobie pod wielką willą. Ona się opala. On masowany odbiera telefony od kolejnych producentów, którzy chcieliby zatrudnić tego inteligentnego pieska do swoich filmów w różnych Indiach czy Hollywoodach.
No i tu kwestia tego, że okazuje się, że centrum świata jest tam skąd przychodzimy, a to co braliśmy za centrum (początkowe rozmowy o stawkach zarobków w Euroipie) okazuje się światem, który nie jest na nas gotowy, choć pozostaje nam prawo do opisania go (a nie jak pierwotnie wyglądało, że języki germańskie miały prawo do opisywania reszty świata i wymyślania w nich różnych Drakuli). I coś jeszcze chcaiłem czemu w sumie warto wiedzieć o filmie, ale już pźno.
Nie jest to za dobry film jeśli idzie o grozę, przypomina Kalosze Szczęścia, w sumie zobaczyłbym jego rimejk z większym budżetem i przede wszystkim z niemieckimi dialogami, bo bez tego traci całe .
MNIE już nic nie straszne.
albo
Już MI nic nie straszne.
Klawo, że dałeś tę treść w spojlerach. Dzięki niej nie będę musiał już tego oglądać, proszę ja ciebie.
Klawo jak cholera!
Mam kolegę, który namiętnie lubi polecać obejrzane filmy zachęcając do nich w stylu "i nagle w połowie filmu okazuje się, że,,,,"
Akurat pierwsze sceny są bardzo dobrze kręcone. W prawdziwym metrze madryckim z ujęciami z ruchomej kamery.
Otóż "Nasz Przegląd" był wydawany nieprawdopodobnie niechlujnie, roił się od błędów drukarskich, a także rzeczowych, mimo że jego redaktor był niewątpliwym fachowcem. Jerzy Stempowski wspomina, że zwrócił się do niego z pytaniem, dlaczego pismo jest tak niestaranne i otrzymał odpowiedź mniej więcej taką: Nasi czytelnicy są bezpretensjonalni, prości i wyzbyci snobizmu. Gdyby pismo było doskonałe, uważaliby, że jest dla nich za dobre i stałoby się im obce: nie zależy im na perfekcji, ale chcą mieć coś swojego, bliskiego, podobnego do nich. Błędy w piśmie upewniają ich, że redaktorzy są tacy jak każdy z nich. Czytelnik, który dostrzega pomyłkę, czuje się lepszy od gazety i dlatego ją kocha! Ciekawe, że coś podobnego usłyszałem od red. Wacława Gralewskiego, w roku bodaj 1938, gdy jako chłopiec starałem się o praktykę w gazecie lubelskiej: radził on, by od czasu do czasu walnąć rozmyślnie coś niedorzecznego, np., że "Hamleta" napisał Sienkiewicz. Przyjdzie wtedy kupa listów ze sprostowaniami, czytelnicy ośmielają się, bratają się, nawiązuje się ciepły kontakt... Zaś to jest ważniejsze niż dokładność