Akcja ratownicza na Nanga Parbat
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.
Forum przyjaciół niegdysiejszego Forum Frondy. Tam się poznaliśmy!
Komentarze
Wielickiego tam nie było, łączność - nie wiem nawet czy mieli z nim, ale kierownikiem tej czwórki był Berbeka. A Bielecki go nie posłuchał po prostu. Nawet wspominał sam o tym, że jak mijał się z Berbeką schodząc, ten mu powiedział: "pogadamy po zejściu".
+1
Z zastrzeżeniem - nie uwielbiam stylu alpejskiego uprawianego w Himalajach. A już zwłaszcza w sposób tak nieodpowiedzialny, jak to robił Mackiewicz.
Co do zostawiania dzieci - tak robili wszyscy na czele z Kukuczką. No, fakt, moralnie to co najmniej dwuznaczne.
Na pewno Bielecki jej nie popełnił. Jego się powinno rozprowadzać jak Kwiatkowskiego w wyścigu kolarskim.
Polacy w himalaiżmie wyczynowym i prestiżowym (a taki cel przyświecał projektowi Polski Himalaizm Zimowy) powinni być psychologicznie i mentalnie przygotowywani na prace zespołową i na wynik. Bielecki miał czekać na Kowalskiego i Berbekę przed szczytem albo potem 8 godzin na przełączce po jego zdobyciu? O wszystkim zaważyła mentalność i decyzja Berbeki.
"Przeciętny alpinista to jest osoba średniego lub niskiego wzrostu, raczej o astenicznej, powiedziałbym delikatnej czy wątłej budowie ciała. Za tym idzie też struktura osobowości, a więc osoby raczej niepewne siebie, z trudnością podejmowania decyzji, z niepewnością. Przeżywające w społecznych relacjach trudność kontaktu z otoczeniem, niepewne swojej sytuacji społecznej. Osoby raczej skierowane na przezywanie swojego wnętrza, chroniące swój świat wewnętrzny i poszukujące sytuacji, które zwiększą poziom przeżywania emocjonalnego. Żyją od wyprawy do wyprawy, to co pośrodku jest okresem wyczekiwania"
Mówił, też że dla nich życie jest na drugim miejscu, wyżej od zachowania życia cenią sobie właśnie to coś co jest w górach i ich przeżycia z nimi związane. W każdym razie, żadne czołgi, charyzmatyczni liderzy, twardziele stereotypowi. Pewnie wielu ma jakieś bagaże, rysy na życiorysach, liczne poszukiwania siebie itp. Chyba znamy ten typ osobowościowy, generalnie są to ludzie słabi. I ta słabość nakręca ich do rzeczy niemożliwych dla ludzi tzw. silnych.
Trochę chodziłem po górach, ale bez wspinaczki. Turystycznie, plecaki, namioty i idziemy, najfajniejsze wyprawy były w miejsca dzikie, gdzie przez parę dni nie widzieliśmy ludzi. Łaziłem z dwoma zapaleńcami, wydaje mi się, że gdyby wcześniej zaczęli to by zabrali się poważniej za zagadnienie (chodzą sami, na trudne szlaki). Niesamowicie wytrzymali, nie nadążałem za nimi zupełnie. Ale dlaczego to piszę, góry, jako takie nie wywołują we mnie takich emocji jak u nich. Oni mają pewną determinację, która ich nakręca. Dla mnie nawet widoki, po paru dniach stają się normalnością i nie zachwycam się, kiedy gdzieś tam wyżej wejdziemy. W ich oczach zaś widziałem radość. Dla mnie to jest przygoda, jednym z głównych czynników jest chęć odpedalenia się, zobaczenia jak sobie radzę w innych warunkach niż ciepła woda z kranu. No i podróż, często w zupełnie inny świat, a i imprezki, zwiedzanie itp.
Nie jestem w stanie siebie wyobrazić w takich ekstremalnych warunkach jak himalaiści. Kiedy oglądam te filmiki czuję zapach niesamowitego wyzwania. I podoba mi się to. Sądzę, że bym przełamał strach, raczej nie było by problemy z podjęciem ryzyka. Nie boje też się zimna, ale tylko w sensie takim, że są ludzie kompletnie na zimno nieodporni, ja do takich ludzi nie należę. W każdym razie podejrzewam, że bym zawrócił po dwóch tygodniach. Bym nie wytrzymał problemu ze sprawami najprostszymi, nie mówiąc już o długotrwałym przebywaniu w takich warunkach. To jest poza moją wytrzymałością, jestem w stanie znieść dyskomfort i bardzo mocny, ale krótkoterminowo. Nie wiem jak ci ludzi wytrzymują miesiącami, na samą myśl (a przecież nawet sobie nie jestem w stanie wyobrazić jak tam jest ciężko), czuje się zmęczony.
Tak na marginesie łazi ktoś z was poważniej, jak to jest ?
ale nie masz go tu
To nawet 5000 nie jest a już człowiek inaczej myśli. O koleżeństwie to można mówić na nizinach i co najwyżej w Tatrach.
Jest niby ogólne podobieństwo do pewnej postaci z prozy Lema: ale Merynos zajmował się geografią astralną, a nie psychologią (psychiatrią?) himalajskich wspinaczy.
W sumie kierowałem pięcioma wyprawami.
Nie ma za co.
Nie oceniam elementów technicznych, nawet przez głowę mi to nie przyszło, chodzi mi dlaczego to robią i kto to robi ? I chyba zaczyna mi się powoli rozjaśniać. Nawet real mi podpowiada o co chodzi. Miałem kolegę, którego żona lała, kiedyś przyszedł ze łbem zszytym bo patelnią dostał. Małomówny, bardzo spokojny, kompletnie pozbawiony agresji, schowany mocno człowiek. Mało kto wiedział, że od dzieciaka po górach łaził, trenował wspinaczkę i kiedy miałem jeszcze z nim kontakt, już zaczynał gdzieś wyjeżdżać, w wysokie góry. Wszystko się zgadza. Wobec ludzi słaby, ale poza tym siła 10, wola 10, determinacja 10.
To jest fenomen i nie imiejet anałoga w mirje (no, Rosjanie trochę próbowali takiego podejścia ale bez skutku)
Nie lubię się chwalić, ale trochę przeżyłem w Alpach i Kaukazie. Oczywiście to nie Himalaje, ale widzę pewną prawidłowość: podobnie grupy zachowań i poglądów.
Moje zdanie jest takie, że w ataku szczytowym robimy to, co ustalamy wcześniej. Wszelkie zmiany mają być akceptowane przez wszystkich, chyba że mamy kierownika, który decyduje.
Mój debiut w górach wysokich ( Mont Blanc 2006) przypadł z człowiekiem znanym w środowisku jako "Piotruś morderca" ( o czym nie miałem oczywiście wtedy pojęcia). Podczas jego wypraw zginęli ludzie na Uszbie 2005 i Matterhornie 2007, podczas wyprawy ze mną akurat wszyscy przeżyli. Co nie zmienia faktu, że Piotruś zostawił ludzi bez doświadczenia tuż poniżej Valotu, i sami zdobyliśmy górę i sami zeszliśmy, i w zasadzie spokojnie mogło dojść do tragedii.
Co ciekawe wtedy uratowaliśmy pewnego Sławka z innej wyprawy, który wpadł do szczeliny. Ja wtedy byłem trochę wykrwawiony po niewielkiej ranie ale dużym krwotoku, spokojnie mogłem wezwać helikopter (miałem ubezpieczenie) albo w ogóle po prostu nie brać udziału w tym - ludzi było trochę i to zupełnie zdrowych.
Sam otrzymałem pomoc na 5 tysiącach, kiedy wypiął mi się rak i za cholerę nie mogłem go wpiąć. Dodam, że pomoc od Rosjanina - bo pomoc w górach masz tylko od ludzi z byłego bloku wschodniego, na szczycie Parrotspitze jakiś zachodniak nawet zdjęcia mi nie chciał zrobić.
Znam też gościa co był na 8 tysiącach (Cho Oyu). Tam się myśli, naprawdę. Tylko w warunkach skrajnego wyczerpania. Ale decyzję o pójściu szybciej niż reszta podejmuje się świadomie. A już na pewno decyzję o nie poczekaniu przy zejściu.