Aktualności, newsy, krótkie wiadomości tekstowe
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.
Forum przyjaciół niegdysiejszego Forum Frondy. Tam się poznaliśmy!
Komentarze
A tak na marginesie, ilość rozwodów ludzi koło 40 jest porażająca.
No, wyraziłem obawę. A może jest tylko na chwilę? Jakiś taktyczny ruch.
A skąd info o byłej żonie? Piszą że mieszka z żoną na skraju puszczy, o byłej nie znalazłem słowa. A sądzę że w ramach obrzydzania nowej twarzy pierwsze co by zrobili to by wytknęli brudy.
Zwłaszcza tych na stanowiskach i na świeczniku. Niedawno ten od Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego poleciał za molestowanie pracownicy. Szrajberowa też poszalała, a teraz ma dość - i tak to z grubsza wygląda, albo jednej stronie albo obu odbija.
Somsiad się niedawno sprowadził na osiedle - sam, córka bywa u niego parę dni, potem jedzie do mamy. Mama po latach małżeństwa i urodzeniu córki stwierdziła że od somsiada woli jego najlepszego kumpla. I takich historii od groma.
A tak na marginesie, ilość rozwodów ludzi koło 40 jest porażająca.
To echo stanu wojennego czy starsi?
Żadna pochwała - u nich żadnego Guderiana nie widzę, a i ten właściwy pod Wizną się nie popisał. Nic takiego w 2006-7 nie miało miejsca - owszem taką narrację próbował Palikot narzucać, ale słabo to szło. Dziś ta narracja dzięki Kurskiemu właśnie przyjęła się doskonale.
Przypomnijmy że wtedy był Farfał, a komu służą chłopcy od Giertycha i on sam, chyba nie trzeba przypominać.
Tymczasem odejście od Kościoła to dla Polski samobójstwo - i nasi odwieczni sąsiedzi doskonale o tym wiedzą..
No w każdym razie, tak jak napisałem, widzę coraz częściej udane związki ludzi z odzysku.
Tyle że - czy dla owego szczęścia, czy też jego pozorów, warto sobie dodatkowo utrudniać drogę do Nieba? Pozbawić sakramentów itp? A także - warto fundować traumę do końca życia swoim dzieciom jeśli już są?
Ludzie wierzący, nie akceptujący rozwodów czasem brną w retorykę typu: "druga żona ma wszystkie wady pierwszej plus swoje własne", albo "następny będzie taki sam, tylko gorszy" - tyle że to po pierwsze nie jest prawda, a po drugie - po co racjonalizować decyzję braku akceptacji rozwodów, która to powinna wynikać z wiary (po pierwsze) i empatii w stosunku do własnych dzieci (po drugie)? Te dwa powody to mało, czy jak?
Skazane to może i nie są, ale faktycznie - młodzieńczy idealizm, zakochanie itp, często sprawiają że nie dostrzega się znaków ostrzegawczych, albo je zwyczajnie ignoruje. Albo - i z tym się najczęściej spotykałem - ktoś boi się zostać sam, ktoś inny "kiedyś te dzieci trzeba mieć", itp itd. Przy czym ci ludzie przyznają się do tego po latach nieudanego małżeństwa, po zrobieniu rachunku sumienia co tak naprawdę ich do niego pchało - a w momencie podejmowania decyzji nie przyznawali się do tego nawet przed samym sobą.
Owszem, czasem ludzie wyjątkowo źle się dobrali i mordowali się ze sobą do końca życia - każdy chyba miał jakieś ciocie, wujki, dziadki, czy choćby sąsiadów lub znajomych, którzy się mordowali ze sobą do końca życia, bo dzieci, albo bo rozwód nie wchodził w grę.
A to też - oczekiwania były diametralnie inne od małżeństwa i zupełnie inaczej wyglądało dobieranie się w pary. Żyjąca jeszcze żona (obecnie lat 87) mojego zmarłego 30 lat temu wujka, z małopolskiej wsi, mówiła, że po prostu jego rodzice poszli na swaty do jej rodziców i tyle. Oni sami się znali na zasadzie jakiegoś tam bliższego czy dalszego sąsiedztwa, mieli po kilkanaście lat, i tyle. Lata krótko po wojnie, życie polegało głównie na robocie i zapewnianiu sobie co niezbędne do życia, potem rodziły się dzieci, a potem starość, wnuki, i kto mniej zdrów, umierał, a kto przetrwał - emerytura. Ale ludzie wiedzieli co uchodzi, czego nie wolno, mieli zasady - i to działało.
Nieżyjący już dziadek mojej żony upatrzył sobie żonę mieszkającą blisko kopalni, żeby jakby co mieć blisko do pracy - o czym zupełnie szczerze i bez żadnego zażenowania mówił już po jej śmierci. Ale wbrew pozorom wszystko wskazuje na to że ją naprawdę kochał, więc małżeństwo przetrwało do śmierci, żadnych romansów, rozwodów, itp, itd, żadnego męczenia się ze sobą - normalne życie.
Poza tym jest taka zasada, że ludzie w ponownych związkach bardzo nachalnie próbują stworzyć zewnętrzne wrażenie, że dopiero teraz znaleźli odpowiedniego partnera, stąd publiczne obnoszenie się z nową znajomością, okazywanie wszem i wobec (choćby na społecznościowych) wzajemnej atencji itp. Poprzedni mąż/zona to ma być - w odróżnieniu od obecnego - "ten zły".
Prawidłowość bardziej dobranego związku dotyczy jednak również osób owdowiałych, czyli tych co mogą jak najbardziej wejść w sakramentalny związek. Natomiast oczywiście zgadzam się - nawet więcej, sądzę że im bardziej ktoś usiłuje pokazać jaki jest szczęśliwy, tym mniej tak naprawdę jest.
Słowem mamy obecnie klasyczny efekt kuli śniegowej co widać i u nas, gdzie w katolickim kraju (sic!) rozpada się już blisko co drugie małżeństwo.
Jak słusznie zauważył znawca tematu Jacek Pulikowski na podstawie kilkudziesięcioletniej praktyki - główną i zasadniczą przyczyną rozwodu jest faktyczna utrata wiary przez co najmniej jednego z małżonków.
Fatalną robotę robią też rozmaite "duszpasterstwa niesakramentalnych" oraz niedawna adhortacja Amoris Laetitia, które samym swoim istnieniem wysyłają w eter mesydź, iż rzekomo Kościół kuchennymi drzwiami niejako "przyklepuje" i przymyka oko na takie związki.
Bardzo krótko [a znowu wyszedł elaborat
Jak to jest, że "tamci" wierzą w swoją propagandę (TVN), a zwolennicy PiS nie oglądają Kurskiego, "bo się nie da".
Według mnie w obu przypadkach mamy propagandę i to dość nachalną, przykład już kiedyś podawałem. Jeden przykład, bo serio oglądam to raczej przypadkowo niż na stałe, nawet anteny nie mam podpiętej.
Po pierwsze, no i co z tego? Propaganda nie ma przekonywać ludzi, że nie jest propagandą tylko skłonić jak najwięcej ludzi do pójścia na wybory i zagłosowania zgodnie z oczekiwaniami - i nie zapominajmy też zniechęcić jak najwięcej ludzi do pójścia na wybory, gdyby mieli zagłosować niezgodnie z oczekiwaniami. Przynajmniej w demokracji, gdybyśmy mieli inny sposób wybierania i utrzymywania władzy, to cele propagandy byłyby nieco inne.
Po drugie, skąd to się brało? Myślałem trochę nad tą kwestią. Otóż m. zd. brało się z ogromnego, wieloletniego monopolu informacyjnego i publicystycznego. Jeśli ktoś całe swoje życie (zwłaszcza to życie, które pamięta - czyli maks. kilka lat, ludzie w większości więcej nie pamiętają) dostawał tylko jeden przekaz, ten sam w TVP, TVN, Polsacie, radiu i zdecydowanej większości gazet (o ile jakąś czytał), to uznawał, że to właśnie jest obiektywne. Jeśli teraz słyszy coś innego - uznaje za stronniczą propagandę. Więc porównywanie "toporności" Kurskiego z "subtelnością" TVNu miałoby sens tylko wtedy, gdyby mieli te same wyjściowe warunki. Nie mieli. A sukces mierzony wynikami wyborczymi Kurski ma może nawet lepszy.
A tutaj coś równie kuriozalnego
Wszelkie narzekania naszych na rzekomą "toporną propagandę" TVP to tylko dowód na skuteczność wieloletniej propagandy wrogów Polski.
Po długotrwałym multimedialnym "wbijaniu milionów gwoździ w milon desek" ich przekaz został nieświadmie i niejako "podprogowo" uznany za obiektywny.