homeschooling ? dobry czy nie?
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.
Forum przyjaciół niegdysiejszego Forum Frondy. Tam się poznaliśmy!
Komentarze
dwa przypadki edukacji domowej jakie to panie z podkrakowskich miejscowości przywiezione tam przez mężów z krakowskich blokowisk, legitumujące się egzaminem dojrzałości jedna edukuje domowo dzieci by żyły w harmonii z naturą i madkązemiom, bez stresu cywilizacyjnego leczy ziołami szcepień unika acz telewizji nie szczędzi - wieś plotkuje, że leniwa i wozić się jej dzieci do szkoły nie chce (6km samochodem).
Druga zaś nie chce by dzieci przesiąkły ciemnotą i zabobonem zdala od wielkiej metropolii miasta Kraków bo miasto powiatowe nieopodal to rozsadnik tychże, wieś plotkuje, że długo to nie potrwa bo dziecko nie zdało materiału z przedmiotów ścisłych.
Z kolei pan drhab z uczelni technicznej pijus i kiedyś wrzesczący ateista teraz mamroczący ateista dzieci-córki do katolickich placówek zapisał i łoży na ich edukację.
Mój wewnętrzny bortkiweiczowski osąd możecie zgadnąć.
Ale ostatnie dwa lata to rozrastająca się Szkoła w Chmurze. Spośród tych 10 tys. dzieci część to dotychczasowi e.d. (między innymi część naszych dzieci), ale duża część, to "nowi". Nie żadna elita, z wyboru, świadomie, po dogłębnej analizie.
Nie nie.
Skrzywdzone dzieci. Z traumami szkolnymi, prześladowane, wyrzutki. Wiele po próbach samobójczych.
Odżyły. Przestały bać się nauki, znalazły swoje miejsce, zaczęły odbudowywać się społecznie.
Jeśli choć jedno życie zostało przez tą szkołę uratowane, a ścieżki choć odrobinę naprostowane... to chyba warto było.
A główna oś ataku "instytucjonalnego" jest o egzaminy zdalne (które organizuje właśnie Szkoła w Chmurze). Bo kto to widział, zdalnie mogą być posiedzenia parlamentu, egzaminy magisterskie, wyroki sądowe, ale ośmiolatkowi nie wolno dodawać przed kamerką.
Sawiccy chyba jako pierwsi zorganizowali taką przestrzeń spotkań dla starszych dzieci w ED, a teraz to jest dość powszechne. Ale przy ilości spotkań na treningach sportowych, tańcach, lepieniach z gliny, zbiórkach i wyjazdach harcerskich (a raczej skautowskich) - więszkość dzieci z e.d. nie ma czasu na socjalizację. Poza tym młodsze (do 12 r.ż) też muszą się dużo... bawić.
To jedna z istotniejszych różnic- dzieci w e.d. póżniej dorastają. Dłużej się po prostu bawią. Szkolne 10latki już nie chcą, nie umieją się po prostu bawić.
Co to daje? Harmonijny rozwój. Nie wiem o samotnych matkach. Na pewno bardzo anty- jest grupa "urzędnicza", formalistyczna. Tacy służbiści z gatunku podążania za głównym nurtem, wiecznie z nastawieniem "byle się nie wychylać"- swego czasu zdominowani przez elektorat PO.
Jak widzisz powyżej, jest to bardzo żywy i piekący temat dla zjebów, które "wiedzą lepiej". Niby wykształceni, niby katolicy, nawet nie JBPP, ale gdzieś tam jakieś styki nie spasowały i iskrzy. Do jakiego chcesz.
Sporo dzieciaków idzie do stacjonarnego liceum (i spora część rezygnuje po paru tygodniach, "bo to straszna strata czasu"). Ale część do liceum idzie.
Pokłócili się o narkotyki.
Tylko jeszcze nikt mi nie odpowiedział, kto tam się socjalizował lepiej- zabity czy zabijający?
Tak poważnie to w czasach pandemii zrobili zdalnego kangura matematycznego, wszyscy mieli pod 100%, czy w czasie pandemii tak się poprawił poziom czy to "coś innego", to chyba nie trzeba być Teslą, Mozartem czy Sokratesem, ani nawet Sherlockiem czy Poirotem.
Gdyby to było takie banalne to nauczyciel by mógł prowadzić zajęcia z dowolnego przedmiotu. nie było by podziału, że ten uczy matematyki a inny angielskiego etc.
10:27
Różków brakuje Skopiować wąsa i wysunąć na czoło
_____________.
@Berek,
Nie musi Koleżanka opowiadać czyjegoś czy swojego prywatnego życia i tego nie wymagam. Tyle że rozmówca nie wie, co to były za oczekiwania, co to były za profity i jakie były ewentualne negatywne konsekwencje uboczne. Wielu ludzi zna angielski bardzo dobrze bez zarywania na to całego roku. Raczej nie nauczyli się go w publicznej szkole, jasne. Natomiast nastolatek, który serio robi jedną rzecz przez cały rok, choćby pożyteczną, to jakieś nieporozumienie, młody człowiek ma się rozwijać całościowo, jasne akcenty można rozłożyć różnie w zależności od zainteresowań i uzdolnień, ale jeden przedmiot, serio?
Jak przestała nadążać za lekcjami matmy w szkole, to potem już w ogóle na lekcji nie uważała bo się wyłączała. Dla niej to był wykład po chińsku - coś tam brzęczy, ale i tak się nie rozumie, więc myśli się o niebieskich migdałach. Ale wystarczyło, że przerobiliśmy trochę razem - wcale nie aż tak dużo, bo nie udzielałem lekcji tylko wpadałem w ramach pomocy sąsiedzkiej - i dziewczyna zrozumiała, odzyskała uwagę na lekcji i obecnie matma nie jest problemem.
Ja to rozumiem bo też tak mam - czasem, w niektórych tematach, mogę czegoś nie załapać i potem problem się ciągnie dopóki nie wrócę i nie przerobię na spokojnie. A jak uczniów mnóstwo, nauczyciel nie ma czasu tłumaczyć z osobna każdemu, presja grupy robi swoje by się nie odezwać i nie wyjść na idiotę - to potem jest problem, szczególnie w ścisłych przedmiotach. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ma nadziei że dzieci unikną kontaktu z niewłaściwymi ludźmi - chodzi o moment i skalę tego kontaktu. Im ona mniejsza, a moment późniejszy, tym lepiej.
Co do studiów - znanych mi dwóch braci, o których pisałem wyżej, dziwnie problemów nie ma żadnych, a jeden (starszy) to nawet w czołówce jest. Poza tym studia a szkoła to dwa różne systemy walutowe, i z uwagi na konieczność nauki samodyscypliny, może być tak że to ED predysponuje bardziej do studiów (przynajmniej niektórych ludzi) niż szkoła.
Absolutnie nie, natomiast wierzę w pewne wartości zwane potocznie chrześcijańskimi, które nie moim pomysłem, a i owszem, uważam je za jedynie słuszne. I co gorsza - uważam że się nie mylę. Ale to kompletnie nie dotyczy całej reszty treści, więc to zdanie nie jest prawdziwe. Ponadto wcale nie uważam że "tylko takie" treści powinny wypełnić dziecię - są inne, niech jednak będą filtrowane przez chrześcijańskie wartości, a co najmniej by była szansa na to, bo dziecię te wartości ma i uznaje za swoje.
Nie wiem czy proste, ale dzieci są podatne na wpływy, presję środowiska, itp itd. Przynajmniej większość z dzieci. Nie wiem skąd to założenie o "pewności" bo nic takiego nie padło. Życie to jedno wielkie ryzyko, i moim zdaniem dobrze jest je w pewnych kwestiach ograniczać jednocześnie mając świadomość że wydarzyć może się wszystko i gwarancji nie ma na nic.
Mam wrażenie że Kolega bardzo łatwo i bardzo pochopnie przypisuje innym motywacje, które mu się WYDAJE że inni mają. Aha:)
Argumentacja - proszę wybaczyć - podobna do lewackiej, z cyklu: nie podobają ci się pedały? pewnieś kryptopedał:)
Również te dotyczące przyczyn tej alienacji, ucieczki w cztery ściany i do wirtualnego świata. Czy aby to brak możliwości kontaktu z rówieśnikami, czy odwrotnie - na skutek tego kontaktu. Znane mi przypadki dotyczą raczej tego ostatniego, acz najczęstszą przyczyną powyższego są problemy rodzinne - rozwody, przemoc domowa, itp. Serio - niektórzy tak mają że wolą rzucić w cholerę reszte by się na czymś skupić niż rozbijać swoją uwagę na nieistotne z ich punktu widzenia rzeczy. To ich styl, ich święte prawo - nikt nie twierdzi że to złota recepta dla każdego. Ale niektórzy tak chcą, i mają prawo tak zrobić, często wychodząc na tym znakomicie. A jak nie - ich decyzja, ich odpowiedzialność, ich życie.
Również te dotyczące przyczyn tej alienacji, ucieczki w cztery ściany i do wirtualnego świata. Czy aby to brak możliwości kontaktu z rówieśnikami, czy odwrotnie - na skutek tego kontaktu. Znane mi przypadki dotyczą raczej tego ostatniego, acz najczęstszą przyczyną powyższego są problemy rodzinne - rozwody, przemoc domowa, itp.
Coś w ten deseń
Kontakty z rówieśnikami w markowym liceum i trochę jazda w rodzinie. Dziewczyny ogarnięte, zdają co trzeba, jeżdżą do miasta słonecznego coś zdawać. Nauczyła się organizować własny czas.
W pandemii i na zdalnym leżała w łóżku, a na telefonie wyrabiała obecność na zajęciach. Teraz nie ma takiej potrzeby i tak nie robi.
Jest doroslejsza niz jej starsza siostra
Trochę też urawniłowka - wszyscy mają mieć tak samo; wszyscy odbierają świat tak jak ja, wszyscy przyswajają wiedzę tak jak ja więc jeśli ja się czułem dobrze (albo sam sobie wmawiam, że tak było) w systemie edukacyjnym do jakiego mnie włożono, to i wszyscy mają (mieć) tak samo". I jeśli ktoś przypadkiem chce uciec bo akurat mu się nie podoba, to trzeba mu udowodnić, że to będzie tragedyja. A najlepiej mu to uniemożliwić. A przynajmniej trochę poprzeszkadzać, no.
Swoją drogą, teraz, z perspektywy wielu (uh, niestety) lat mam głębokie przekonanie że moje szkolne lata były jednym straszliwym przepieprzaniem czasu na symulację edukacji.
To, czego mi się udało nauczyć i co mi zostało, było przyswojone głównie poza szkołą i poza tymi przywoływanymi tu - he he - wysoko wykształconymi, cudownymi nauczycielami o głębokiej pasji do przekazywania wiedzy dziatkom, ludźmi o niesamowitym kośćcu moralnym i o IQ wysadzającym w powietrze MENSĘ. Ops... no może niezupełnie tak było, jak sobie przypomnę to przedziwne panopticum które było godne raczej gombrowiczowskiego pióra, jakie zajmowało się mną i mymi kolegami w szkole.
No więc to, czego udało mi się nauczyć, było raczej WBREW staraniom pedagogów, a już na pewno nie dzięki nim.
W liceum było generalnie lepiej, ale też zebrało się tam paru uroczych wariatów prowadzących zajęcia w systemie uniwersyteckim, mówiących do nas "proszę pana, proszę pani" i konsumujących z nami piwo w miejscach ustronnych.
Być może obecny system szkolnictwa tak teraz działa i stąd tak usilni obrońcy jego niekwestionowanych zalet.
Ja kiedyś byłem chory kiedy na chemii babka tłumaczyła jak się liczy mole czegoś tam, itp itd - a że nie było w książce, notatek przepisanych od kolegi nie zrozumiałem, to w ogóle się tego nie nauczyłem i miałem problem. To znaczy nie robiłem zadań, nie ćwiczyłem itp.
Potem przed klasówką kolega mi wytłumaczył, klasówkę napisałem i zapomniałem zaraz po - w przeciwieństwie do matmy, którą doskonale jeszcze pamiętam.
Podobnie zadania z fizyki w liceum - pani kompletnie nie wytłumaczyła, poza kolegami co jeździli na olimpiady a fizyki uczyli się w instytucie w Katowicach, a nie u nas w liceum - nikt tego w klasie nie rozumiał. W najlepszej klasie w danym roczniku w najlepszym wtedy liceum w mieście.
Ale kumple zaszli daleko, szczególnie jeden - czołowe miejsce na poziomie krajowym, więc pani z fizyki nagrodę za niego odebrała. Pani z chemii też - był czwarty na świecie na olimpiadzie w Bangkoku. Podejrzewam że robił zadania których pani z chemii sama nie rozumiała.
Edukacja domowa nie dla mnie. Ze znanych mi przypadków wyglada to różnie, niektórzy trochę dziwacy, niektórzy wychodzą na tym bardzo dobrze. Patologii nie odnotowałem.
Nie rozumiem czemu miałbym być przeciw. Raz że to margines i nawet jeśli są jakieś przypadki gdy to jest zły wybór, to szkodliwość społeczna znikoma a dwa live and let live.
No i coś ten nauczyciel jakoś nie wyłapał, jednak...
Najlepiej by oczywiście było, gdyby rodzice wspomagali edukację w szkole, w co normalniejszych szkołach jest na to kładziony nacisk. Oceny to są sygnały ze szkoły, jak wpadnie 1 to trzeba się zainteresować i znaleźć przyczynę.