Aktualności, newsy, krótkie wiadomości tekstowe
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.
Forum przyjaciół niegdysiejszego Forum Frondy. Tam się poznaliśmy!
Komentarze
Dali przerobić Wojtyłę na kremówki i tyle. Trzeba było pilnować depozytu z 'Kobietą i Mężczyzną stworzył ich Bóg' czy kazania z Radomia, no ale było trudne.
I z taką świadomością, z takim bagażem swoich doświadczeń, kierujemy drogą życiową małego człowieczka, kształtujemy nowe życie. Dlatego, wg mnie, to nie jest kwestia wiary w przekaz głównego nurtu, jakieś zwiedzenie, my po prostu robimy to co uważamy za słuszne. I dobre, wg nas, dla naszych dzieci.
To się też wiąże z chęcią kontroli wszystkiego w naszym życiu. Kolejna choroba cywilizacyjna. I mogę tak wymieniać, tylko czy to są złe rzeczy ? To, że ktoś chce zapewnić maksymalnie bezpieczną i dobrą przyszłość dziecku, to że chce uniknąć przypadków w swoim życiu, chce planować, panować nad sytuacją ? No nie !
A jednak tak. Jest to problem nierozwiązywalny. Tylko czynniki zewnętrzne mogą nas zmusić do puszczenia się i nie trzymania kurczowo wszystkiego pod kontrolą. I to musi być coś co nas przerasta - bieda, wojna, tragedie, choroby, śmierć. Jeszcze raz podkreślam, my nie zostaliśmy stworzeni do wygody i dobrobytu.
1. Nie kierujemy droga życiową małego człowieka, bez względu co sobie wyobrażamy. Nasz wpływ jest ściśle skorelowany i ilością i jakością czasu jaką mu poświęcamy (ma czuć, że to jest 'jego' czas) oraz szacunkiem jakim go darzymy (nie mylić z brakiem wymagań). Ba, nie kierujemy nawet swoją drogą.
2. Nie panujemy nad ryzykiem, o nazwie życie, więc reszta w temacie to didaskalia. Jesteśmy pielgrzymami, i poza troską o zbawienie siebie i innych oraz ufnością w Boże propozycje mało nas powinno interesować. Zwłaszcza w sprawach granicznych.
3. Zostaliśmy stworzeni do zbawienia przez Boga, z tym, że wygoda i dobrobyt bardzo to utrudnia.
Co do konkretów, to ja zmieniałem ścieżkę kariery 3 razy, los 3 razy, quiz 3 razy, Ignatz...
tak więc co te szkoły mają za znaczenie?
Nie wiem czyj to cytat ale ostatnimi awanturnikami są ojcowie wielodzietnych rodzin - coś w tym jest.
Widzę codziennie, jak to wygląda w podstawówce dla katolików, gdzie my z naszą dwójką strasznie dołujemy — inni rodzice mają raczej po 4-5, bywa, że i 6.
Może powinnismy być wdzięczni, zamiast się bać?
Tak jak Taleb pisze, organizmy żywe są „antykruche”, potrzebują bodźców negatywnych żeby się doskonalić.
https://en.m.wikipedia.org/wiki/Antifragility
Spadek dzietności to jest globalny fenomen, nie rozpatrywałbym go wyłącznie w oparciu o polskie zmienne.
Problem był po stronie mediów (głównie w Polsce), które przeczytały sam wskaźnik, ale tekstu im się nie chciało czytać, a potem wyciągnęli z d... wnioski i poszło w internety.
Teoria Ignatza głosi, że ludzie zawsze chcieli mieć troje dorosłego potomstwa, dwa w celach zastępowalności, a jedno na 'wszelki wypadek' lub na rozwój lub na księdza. Reszta to didaskalia. Obecna sytuacja to patologia, ale spowodowana poszukiwaniem punktu równowagi.
Druga sprawa, to zbyt długi czas pokoju, co powoduje zachwianie perspektyw oraz nadmierny rozrost populacji ekscentryków. Patrz Wojna na Ukrainie jako wydarzenie normujące dla ról kobiecych i męskich w społeczeństwie.
A Angole są jednak bezmyślnie schematyczni, bo nie ma sensu publikowanie bzdur - nawet jeśli później w tekście przyznamy się, że są to bzdury. A owe 2,13 dziecka na kobietę było oczywistą bzdurą.
Np. w latach 90. to właśnie obawiam się, że brak poczucia bezpieczeństwa, stabilizacji zawodowej, wysokie bezrobocie itd. spowodował drastyczny spadek dzietności. A zmiany obyczajowe niewielki. Od 2015 r. ludzie pamiętający lata 90. i w nich mentalnie żyjący postanowili temu zaradzić, w sytuacji, gdy przyczyny braku dzietności były już zupełnie inne, czyli zmiany obyczajowe i mała "baza", bo w wiek rozrodczy zaczynały właśnie wchodzić małe roczniki z lat 90.
Mam też wrażenie, że bardzo nie doceniacie jednej kwestii, wydawałoby się oczywistej, jedynie chyba @Ms coś napomnkął, ale tradycyjnie w formie jakiejś aluzji, w której nie do końca wiadomo o co chodzi. Otóż kiedyś kobieta w wieku ok. 18 lat zaczynała życie rodzinne, znajdowała (albo jej znajdywano) męża i zaczynała rodzić dzieci. Więc miała odpowiednio dużo czasu, żeby te dzieci urodzić. Obecnie kończy studia, czasem jeszcze coś, a zaczyna pracę i jest na próbnym, to nie będzie zachodzić w ciążę itd., więc ten czas rozpoczęcia życia rodzinnego wydłuża się do 26-27 roku życia, albo i więcej. Czyli ten praktyczny czas na zajście w ciążę jest dwu- albo i trzykrotnie krótszy, to i dzietność jest dwu-, trzykrotnie mniejsza. Nie twierdzę, że to wyjaśnia CAŁY fenomen, ale jednak wyjaśnia, że w różnych czasach, w różnych krajach, z różną religią (albo i jej brakiem), wraz z tzw. postępem cywilizacyjnym, czyli m. in. wyższą skolaryzacją, zwłaszcza u kobiet, ta dzietność spada.
W Polsce mam wrażenie ten problem się częściowo już rozwiązał, oczywiście za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będzie tylko inna struktura narodowościowa.
Polegałby on na tym, że do wygrywania zawodów Świętej Ewolucji od teraz wskazani będą radykalni katole. Im bardziej radykalni, tym statystycznie z większą szansa na wygranie doboru naturalnego.
__________________
Kilka lat temu czytałem taką teorię, że to już się stało, tzn. że w 2015 r. PiS wygrał, bo młode roczniki, które otrzymały prawa wyborcze pochodziły już w większości z trve katolickich rodzin, bo w latach 80. dzieciaka miał prawie każdy, a w latach 90. tylko trve katole. Oczywiście, żeby przez to wyjaśnić CAŁY fenomen zmian politycznych to uproszczenie, ale jako jeden z elementów to bym nie wykluczał.
Południe USA - jw. na południu dominują baptyści, katolicy w tych stanach to kilka, max. kilkanaście procent, w Luizjanie jest trochę więcej, bo francuscy kreole i w Teksasie, bo imigranci z Meksyku - nigdzie większość.
(no i jak rozpatrujemy... południe do południa, to w d. Galicji też odsetek będzie większy)
Zostaje Malta.
https://www.independent.com.mt/articles/2019-01-31/local-news/Census-finds-increasingly-aging-church-going-population-only-36-1-of-Catholics-attend-Mass-6736202920
Statystyki podobne jak w Polsce.
Czyli nigdzie nie jest wyraźnie lepiej, jest mikrokraj, gdzie jest podobnie.
A co do szukania męża na studiach, to trudno mi sobie to wyobrazić jako realną motywację pójścia np. na filologię, gdzie >95% studentów to studentki.
A budynki filologii mogły często sąsiadować z budynkami fizyki
https://youtube.com/watch?v=ldTJ4HcFoJs
Wspomniał tam o dzietności i że najważniejszym czynnikiem jest religijność. Tam gdzie religijność jest duża są i dzieci. To prawda, bo priorytetem wtedy jest rodzina, a nie praca i kariera.
________________
Czyli w Polsce dzietność jest kilkadziesiąt razy większa niż w Czechach, zgadłem?
Nie mam tu na myśli brania odpowiedzialności za rodzinę.
Słuchajcie, a nie jest po prostu tak, że zmiany obyczajowe - no dość gwałtowne - niejako wymuszają ten trend nie posiadania potomstwa?
"Pamiętam, w 1905, w Mandżurii..." - no więc aż tak to może nie, ale pamiętam z dzieciństwa / wczesnej młodości, że w otoczeniu naprawdę rzadko zdarzały się kociołapiące pary. A jeśli już się zdarzały, to nie byli to młodzi ludzie wychodzący z rodzinnego gniazda, tylko raczej osoby dość już dojrzałe, najczęściej po tzw. przejściach, najczęściej po rozwodach, często po prostu z nieuregulowaną sytuacją życiową czy tam prawną.
I owo otoczenie robiło czasem aluzyjki, generalnie wszyscy mieli poczucie, że to troszkę tak jakby nie w porządku, i tak dalej.
Nie chcę wyjść na utyskującą staruszkę, ale sorry Gregory, idee mają konsekwencje.
W tej chwili obserwuję trend wręcz wypychania młodocianego potomstwa z domu, wielu rodziców radośnie płaci np. za wynajmowane mieszkania w których syneczek musi sobie żyć, naturalnie z dziewczyną (nie wspominam oczywiście o innych, postępowych możliwościach). BTW mieszkanie - życie ze sobą bez ślubu, bez uregulowania sytuacji przestało być czymś nagannym nawet w świadomości tak zwanych katolików - vide miłe rozmówki o tak czyniących dzieciach podsłuchane (niechcący) na stopniach kościoła po wyjściu z mszy.
No i tak: jest młody chłop, ze swoimi potrzebami fizycznymi, i ten chłop ma dostęp do, brzydko się wyrażę, towaru bez żadnych wyrzeczeń czy w ogóle bez potrzeby - mówiąc kolokwialnie - zapracowania na niego.
Młode damy, które chcą być takie wyemancypowane i w ogóle, na początku świetnie się czują w takim związku, jest fajnie, mieszkamy razem i prowadzimy gospodarstwo - oh wait, i w pewnym momencie zaczynają się schody, coś tam się omsknie, coś zakuleje, pojawią się problemy finansowe czy zdrowotne i młody chłop (rzadziej młoda dama) zgarnia rzeczy i znika, albo wyprasza partnera / partnerkę, jeśli ma tytuł prawny do lokalu.
Leci czas, jak to mawiali nasi dziadkowie "latka lecą", kobieta nie młodnieje, szuka następnego partnera, który ma dokładnie taką samą mentalność jak poprzedni, więc następny partner... itd.
Gdzie w takim życiu miejsce na stabilizację, chęć urodzenia potomstwa w którego wychowaniu będzie uczestniczył szczęśliwy tatuś? Kiedy ten tatuś może zwinąć chorągiewkę w każdej chwili, i to bez żadnego potępienia ze strony otoczenia?
Ten trend radosnego tak zwanego "usamodzielniania się", który w gruncie rzeczy polega na byciu wiecznym mentalnym nastolatkiem, szkodzi obu płciom, ale kobitkom, traktowanym dość przedmiotowo, jednak chyba bardziej. Choćby dlatego, że ich czas reprodukcji jest jednak krótszy, a sam proces owej - bardziej, ze tak powiem, skomplikowany i pracochłonny.