Fajny film dzisiaj widziaaaaa...
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.
Forum przyjaciół niegdysiejszego Forum Frondy. Tam się poznaliśmy!
Komentarze
1. Mroczny rycerz (Ledger, bardzo dobre połączenie atrakcyjnego, mrocznego kina akcji i prezentacji postaw oraz rozkmin etycznych);
2. Ostatni Mohikanin (doznania estetyczne, piękne krajobrazy i adekwatnie patetyczna dramaturgia miodnie spięte wspaniałą muzyką (w tym Clannad), Day-Lewis, Stowe, Studi);
3. Mroczne miasto (wysoce klimatyczna kompozycja noir i SF, kwartet Hurt, Sutherland, Connelly, Sewell);
4. Gorączka (Pacino, de Niro, autentyzm sceny z wielką strzelaniną);
5. Helikopter w ogniu (wizualnie smakowita, przekonująca batalistyka połączona ze świetną muzyką);
6. Sunshine (dobrze podany, ruszający mnie emocjonalnie patos ofiarnej postawy w sosie hard SF i pewnych imponujących wizualiów);
7. Byliśmy żołnierzami (etos dowódcy, znów dobra batalistyka i znów dobry, naturalnie wynikający z niej patos ludzkich postaw - na froncie i rodzin. Jedyny znany mi film o wojnie w Wietnamie, który nie przytłacza negatywnym przesłaniem);
8. Pan i władca (bardzo fajna, wiarygodna marynistyka typu przygodowego, Crowe, Bettany);
9. Furia (parę uderzających scen i plastycznej (acz dyskusyjnej) batalistyki, dojrzewanie do ofiary, ale zwłaszcza przygniatający klimat dogorywającego zła toczącego ludzi - ta trzymająca za gardło irracjonalność kontynuowanej walki i wyniszczenie psychiczne tych, którzy to zło dorzynają);
10. The Fountain (film o akceptacji przemijania i śmiertelności. Wielka szkoda, że w ujęciu niechrześcijańskim. Niemniej: plastyczne wizualia, patos i doskonała muzyka);
11. Serenity (trafiający w moje gusta humor w relacjach między barwnymi postaciami w nie do cna miałkim SF).
Jeśli pierwsze podejście - ekwiwalent rangi w marynarce II RP jako zapewne najbliższy czasowo polski odpowiednik czyli wedle wiki "komandor porucznik". Takie se w roli tytułu.
Jeśli drugie - to pewnie dość ogólnikowe "dowódca", "kapitan" czy tam "szyper i dowódca" co wszakże jest mylące, sugeruje laikowi dwie osoby. Proste "Komandor" brzmiałoby dobrze, choć polski komandor to angielski captain, więc złe merytorycznie. Z kolei "Szyper" Polakowi skojarzy się prędzej z rybactwem.
A trzecie... no tu już wolna amerykanka. Ktoś bardzo życzliwy mógłby roboczo założyć, iż "Pan i władca" stanowi idącą po tej marketingowej linii świadomą przenośnię prawie absolutnej władzy, jaką sprawował dowódca okrętu nad załogą. Acz wątpię.
https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_accolades_received_by_Master_and_Commander:_The_Far_Side_of_the_World
Widzę, że moje pytanie czy Malick faktycznie proponuje katolicyzm czy może dziwną podróbkę katolicyzmu jest dla Kolegi sprawą nieinteresującą i zamkniętą. No to przepraszam.
Mógłbym sobie "wyrobić zdanie" jakbym był obryty z tych tematów, ale nie jestem. A myślałem, że forum też do tego służy żeby zapytać mądrzejszych a przynajmniej tych, którzy są bardzo pewni swojego zdania, więc można przypuszczać, że je na czymś oparli.
http://www.timberships.fora.pl/pytania-odpowiedzi-polemiki,18/major-liniowca,315.html
http://www.timberships.fora.pl/artykuly-tematyczne,16/zawilosci-stopni-francuskich-szkic,395.html
https://fow.pl/forum/viewtopic.php?t=6393&start=16
Fenomen Kieślowskiego jako cudownego mistrza zawsze mnie zdumiewał - bo tym, co mnie się narzuca przy jego filmach, jest prosta rada że w sumie może byłoby to bardziej strawne gdyby sobie reżyser tudzież scenarzysta kijek z czterech liter wyjęli...
Chcieliśmy sobie z kumplem w młodości naszej zapodać kolejny film wojenny do czipsów i leniwej gadki. Jakże okrutnego psikusa sprawił nam M. serwując pod płaszczykiem kina wojennego mamrotany moralitet! To łatwo może być percepcja płytka i krzywdząca, ale faktyczna. Rzadko kiedy/mało kto bywa nastrojony na takie fale, gdy sięga po film, a gdy nie nastrojony - efekt jak opisano. W innym wypadku tego typu dzieła notorycznie okupowałyby box office. No chyba nie bardzo okupują.
Gdzieś już chyba wspominałem, że ja używam filmów do rozrywki typu wciągająca opowieść. Podejrzewam, że spore grono osób też. W poszukiwaniu ważkiego przekazu zwykle ignoruję namiastki i po prostu czytam Pismo Święte. Zresztą jest wiele pożytecznej lektury stricte duchowej itp., dla każdego to, czego mu akurat potrzeba. Jeśli film oprócz rzetelnej rozrywki, wciągającej historii itp. dostarcza również dozy zdrowego przekazu - cud, miód i orzeszki, poza godziwą rozrywką mam bonusowy pożytek. Jeśli zawiera tylko przekaz a reszta to pretekst dlań - pozostaje niszową, ciężką strawą dla garstki smakoszy (no i snobów gotowych się dławić tym z przyklejonym mądrym uśmiechem, ale ich pomińmy). Ma ona swoją wartość, jeśli przekaz wartościowy, ale to zdecydowanie nie wystarcza.
Zresztą, zapytam prowokacyjnie, jeśli sednem jest przesłanie, a da się ono streścić w pojedynczym tłicie (zwykle owszem), po co wywalać furę kasy i trudu na dwugodzinny film? Nie lepiej napisać tego tłita? Jest nawet szansa, że zobaczy go i pojmie więcej osób, niż ów film.
No i tak właśnie postrzegam to kolegi „ale Heideggerem się fascynował!”. Kiedy się fascynował? Kiedy został oderwany od maminej piersi? Kiedy był żwawym młodzieńcem? Chłop już prawie 80 lat nosi się po tym łez padole, więc może warto byłoby to ulokować jakoś w czasie i odnieść do konkretnych dzieł, np. do „Ukrytego życia”, a to ono było tu jednym z głównych punktów odniesienia. Albo ten dominikański wykład. To istotnie może znaczyć to, co kolega sugeruje – czyli że sobie Malick zanadto posymbolizował w dżeffku życia – ale to może też znaczyć, że dominikanom się nudziło, bo wszystko ze wszystkim da się skojarzyć i każdą rzecz w każdym świetle przedstawić, np. Biblię w świetle scjentyzmu czy satanizmu. To też może znaczyć, że rzeczeni dominikanie są bardzo zaaferowani teozofią. Nie twierdzę, że w takiej komparatystyce jest jeden do jednego jak w psychoanalizie, gdzie prawie zawsze interpretacja więcej mówi o interpretującym niż interpretowanym, ale trzeba by trochę więcej informacji niż zalinkowany przez kolegę konspekt, żeby właściwie to ocenić.
Ale wróćmy do „Ukrytego życia”. To film, który przedstawia historię katolickiego męczennika, który odmówił udziału w napastniczej, zbrodniczej wojnie. Film nie wepchnął głównego bohatera w ramy pacyfizmu, nie rozwodnił „humanistycznie” jego postawy – ona jest wyraźnie motywowana religijnie. I jest to religijność katolicka. Widzimy jego rozmowy z miejscowym proboszczem, który pozostaje bierny, a potem z biskupem, który też nie jest w stanie zareagować. Ale nawet to nie jest pretekstem do przejechania się po wierze/religii/katolicyzmie, bo pojawiają się słowa zrozumienia dla Kościoła, który nie mógł pójść na otwartą konfrontację z władzami hitlerowskimi, wspomniani zostają też katoliccy księża, który znaleźli się w obozach. Jest też to rozróżnienie między rozumieniem sumienia po katolicku i protestancku, o którym wspominałem. Jako że uważam się za odbiorcę dość wrażliwego na „publicystyczne” nuty, mogę powiedzieć, że wszystko jest naturalnie umiejscowione w filmie. Koniec końców jest to historia o konkretnym, szlachetnym człowieku w towarzystwie ładnych obrazków. A, jeszcze jedno. Pisałem o tym, że większość, podejmując temat tej postaci, stworzyłaby dzieło pacyfistyczne. Ale jest jeszcze inna skłonność, która ujawnia się przy tworzeniu takich filmów (książek też), tj. pokazujących czasy wybuchu jakichś potworności. Skłonność do unurzania wszystkiego w błocie, kompletny, skrajny naturalizm, cynizm. Nie chodzi o to, że wojna jest ładna, nie jest, i w tym filmie też nie jest, ani o figurę „dobrego Niemca”, która służy wykoślawieniu prawdy. Rzecz w redukcjonizmie – człowiek to tylko bydlę. I do niczego więcej nie jest „powołany” przez matkę Gaję, los czy naturę niż bycie bydlęciem, bez względu na to, czy wgniata drugiego w ziemię, czy jest wgniatanym. W tym filmie jest powołany do czegoś większego i nie ma tu panświnizmu.
„Ukryte życie” to nie wykład ze slajdami (jak „Drzewo życia”), bo Malicka nie zajmowały tutaj idee, poglądy czy przesłanie, które ma w głowie, tylko przede wszystkim właśnie Franz Jägerstätter. Zatem rozumiem, że komuś może to nie podejść ze względów formalnych, bo chociaż nie jest to wykład ze slajdami, to całość utrzymana w poetyckim tonie i nie brakuje dłuższych ujęć, ale jak można doczepiać temu „heretycką” łatkę – nie wiem. Chętnie się dowiem, gdzie tu wali Heideggerem, kartami tarota albo czterema żonami.
Wyznawczy stosunek do jakiegokolwiek autora nie jest zanadto wskazany i nie jestem zwolennikiem radykalnego oddzielenia twórcy od dzieła, ale w drugą stronę chyba też nie ma co przesadzać, szczególnie jeśli życiowe potknięcia i zbłądzenia nie znajdują wyrazu w dziele? Jak oglądam „Siódmą pieczęć”, to nie zajmuje mojej głowy aż tak bardzo to, że Bergman – kiedy był rumianym młodzieńcem na Erasmusie w państwie Ubermenschów – podnosił rączkę w uniesieniu na wiecu, z czego zdał relację we wspomnieniach, a kiedy patrzę na horrorek Rogera Cormana – że twórca ten bywał producentem filmów nawet bardziej erotycznych niż erotycznych.
Do Ukrytego życia zostałem zachęcony.