Opowieści z dalekich prerii

2»

Komentarz

  • Nie lubię country. Za to Krzesny Łociec - łohoho! Wprawdzie jako nastolatek przysypiałem na nim, ale gdzieś tak po trzydziestce zrobiłem się uważniejszy i cierpliwszy, no i wtedy wziął mnie zachwycił. Już pierwsza scena powala (pamiętacie, ta z tatą zgwałconej dziewuszki, któren to tata, zawiedziony na instytucjach sądowniczych, szuka sprawiedliwości u szefa mafii).
  • Ostatnio się dowiedziałem, że ta pierwsza scena ma głębsze dno. Ovaj, Łociec nie może odmówić prośbie człowieka, który go prosi w dniu ślubu jego córki, stąd cały ten chocholi taniec Kozaka z Tatarzynem.

  • Mogło być i tak. Choć ja to odebrałem jako zhołdowanie Ostatniego-Sprawiedliwego-w-Okolicy-Zawiedzionego-na-Oficjalnej-Sprawiedliwości, przez szefa kryminalistów oferującego mu sprawiedliwość rzeczywistą, a nie paragrafiarską.
    No bo jak zhołdowany, w zamian za przysługę, poprosił Dona o PRZYJAŹŃ, to na jej znak cmoknął go uniżenie w dłoń. Znaczy się miała to być przyjaźń jak nie przymierzając w demoludach, gdzie byli równi, równiejsi i jeden pierońsko najrówniejszy.


  • Taki klimat
    Trza pojechać na Sycylię

  • Księgarnia Tipi, przepuściłem w niej trochu dutków:
    http://tipibooks.pl/

    Wydali serię poręcznych tomików o poszczególnych plemionach indiańskich, klasyczną pracę o walecznych Szejenach (możemy dowiedzieć się, co inspirowała przed laty Jana Szczepańskiego z jego "Dopóki trawą...").
    Jednak dla mnie prawdziwie odkrywcza jest praca p. Tomaza Dunlaya "Wilki niebieskich żołnierzy", traktującą o indiańskich zwiadowcach przy armii amerykańskiej, pokazującą złożoność problemu wojen indiańskich:

    image

  • "Ballada o Busterze Scruggsie" braci Coen.

    Sześć historyjek, trochę nierównych, choć wszystkie dały się obejrzeć. Po dwóch brzuch mię bolał ze śmiechu. A po jednej miałem złe sny.


  • Turoń napisal(a):

    "Ballada o Busterze Scruggsie" braci Coen.

    Sześć historyjek, trochę nierównych, choć wszystkie dały się obejrzeć. Po dwóch brzuch mię bolał ze śmiechu. A po jednej miałem złe sny.


    jest po polsku?
  • Na mieście mówili, że podobno na cedea się pałęta.

  • Ano, 40 lat dziś mija, jak oddał ducha Marion Mitchell Morrison, znany nam jako John Wayne.
    Co on na ekranie dokazał, wszyscy wiedzą. Z przekonań konserwatysta (homoseksualizm uznawał za temat „zbyt obrzydliwy nawet dla dyskusji”), patriota i antykomunista ("Zielone Berety"), miał dosyć pokręcone życie osobiste i duchowe, łącznie z epizodem farmazońskim. Jednakowoż szukał Boga przez całe życie. Sam wychował się w rodzinie prezbiteriańskiej, ale jego dzieci zostały katolikami. Pierwsza żona, Józefina Alicja Saenz, porzucona przezeń, do końca życia Johna nie związała się z żadnym mężczyzną i modliła się o jego nawrócenie. Potem widział jak jego przyjaciel John Ford umierał z różańcem w ręku. W końcu i jego dopadł rak (co znalazło odbicie na ekranie, w "Rewolwerowcu"). Na łożu śmierci poprosił o katolickiego kapłana. Zdążył, chwała Bogu.
    +
    R.I.P.

    image
  • R.I.P.
  • Najlepsza scena filmowa ever

  • Piękna scena - opowieść o powstawaniu z upadku.

    Trochu jakby koresponduje mi z bąmotem Dżona Ł:
    "Odwaga to śmiertelny strach i pójście mimo wszystko dalej."
  • W Muzeum Kowbojstwa wystawka jego rekwizytów zajmuje kilkadziesiąt metrów. Piękne życie- robił to, co kochał.
  • Widzę, że silver dolar to było w ów czas parę złotych!
  • Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
    Widzę, że silver dolar to było w ów czas parę złotych!
    Ów ich $50uf
  • Ale na motyw muzyczny zasługiwał

  • są też w ne
    los napisal(a):
    Najlepsza scena filmowa ever

    image
    Yes, yes, yes!

  • Łandolar po wojnie secesyjnej to była tak z grubsza kowbojska dniówka, albo nieco ponad dwie dniówki szeregowca w armii (plus wikt i opierunek). Choć celebryci mieli lepiej, jak to oni. Taki "Dziki Bill" Hickock za marszalowanie w Abilene brał półtorej stówki miesięcznie.

    Siła nabywcza była zmienna, zależała od czasu (np. pierwsza dekada po Appomatox charakteryzowała się drożyzną artykułów żywnościowych, za to broń z demobilu była tania) oraz miejsca (na Dzikim Zachodzie generalnie żyło się drożej, z uwagi na problemy z dystrybucją towarów).
    Kolt pismejker kosztował u producenta $ 17,50, z pasem i kaburą dwie dychy. Można se go było zamówić wysyłkowo, ale na Zachodzie, niestety, człek najczęściej wchodził do sklepiku i bulił z odpowiednio wysoką marżą.

    Mówiło się, że najlepsze biznesy porobili tam nie traperzy ani nawet nie poszukiwacze złota, ino handlowi pośrednicy. Bo np. kiedy w Teksasie cena wołu sięgała 7 koma 20 baksów, to w Montanie płacono zań 20 koma 20. Stąd właśnie te przepędy stad bydła, znane nam z westernów.
  • Turoń napisal(a):

    Łandolar po wojnie secesyjnej to była tak z grubsza kowbojska dniówka, albo nieco ponad dwie dniówki szeregowca w armii (plus wikt i opierunek). Choć celebryci mieli lepiej, jak to oni. Taki "Dziki Bill" Hickock za marszalowanie w Abilene brał półtorej stówki miesięcznie.

    Siła nabywcza była zmienna, zależała od czasu (np. pierwsza dekada po Appomatox charakteryzowała się drożyzną artykułów żywnościowych, za to broń z demobilu była tania) oraz miejsca (na Dzikim Zachodzie generalnie żyło się drożej, z uwagi na problemy z dystrybucją towarów).
    Kolt pismejker kosztował u producenta $ 17,50, z pasem i kaburą dwie dychy. Można se go było zamówić wysyłkowo, ale na Zachodzie, niestety, człek najczęściej wchodził do sklepiku i bulił z odpowiednio wysoką marżą.

    Mówiło się, że najlepsze biznesy porobili tam nie traperzy ani nawet nie poszukiwacze złota, ino handlowi pośrednicy. Bo np. kiedy w Teksasie cena wołu sięgała 7 koma 20 baksów, to w Montanie płacono zań 20 koma 20. Stąd właśnie te przepędy stad bydła, znane nam z westernów.
    A propolis - parę dni temu na Habeło była premiera pełnometrażowego epilogu "Deadwood". Oprócz zmarłych (Powers Boothe) i pewnie akurat zajętych (Titus Welliver) obsada serialu stawiła się w komplecie.

  • Ludziska gadajo, że kiejby na cedea w wyszukiwarkie wpisać słowo: Dedwod (tak właśnie pisane), to wtenczas można uzyskać zgoła interesujący efekt.

    Podobnież i apropo, jeśli wstukać tam kwestię: John Wayne - to wyskoczą także m.in. pierwsze filmiki Diuka, dziś już prawie zapomniane, jako to: Ujarzmij go kowboju, Niewinny człowiek, Błękitna stal, Szczęśliwy Teksańczyk czy Rajski Kanion. Ma się rozumieć to wyłącznie dla fanów gatunku oraz Dżona Ł., jako że postacie, akcja i cała reszta nie grzeszą tam nadmiernym skomplikowaniem. ;o)
    Ale tyż owe obrazy pozwalają pojąć, czemu taki "Dyliżans" był tak ogromnym przełomem, oraz że owo arcydzieło nie wzięło się znikąd, wcześniej były próby, błędy i rozpoznanie bojem.

  • To by mogło być też w wątku francuskim, ale… nie uprzedzajmy wypadków.
    Dziś w Paryżu ma być licytowany francuski rewolwer systemu Lefaucheux (znany u nas drzewiej jako lefoszka vel lefoszówka), z którego zastrzelił się Van Gogh, podobno bez niczyjej pomocy.
    Rzeczony egzemplarz ryśnięty jest zębem czasu, o:

    image

    A czemu to w wątku o Dzikim Zachodzie? A bo, zanim na kontynencie północnoamerykańskim zdobyły należną im pozycję różne colty i remingtony, lefoszki były importowane tysiącami ze starej Europy. W trakcie Wojny o Niepodległość Południa były używane po obu stronach frontu. Do Meksyku też trafiły, w kaburach oficerów francuskich bojujących za Cesarstwo Meksykańskie przeciw masonowi Juarezowi.
    Tu jeszcze obowiązkowe polonicum; nasi powstańcy styczniowi również nie pogardzali wynalazkiem pana Kazimierza (Casimira) Lefaucheux, co widzimy na rzeczonej rycinie:

    image

    Imć Casimir Lefaucheux, by mu już całkiem sprawiedliwość oddać, przeszedł do historii nie tylko jako spec od bębenkowców, ale również jako twórca udanego naboju zespolonego, do której zaraz opracował pierwszą (chyba?) w dziejach łamaną odtylcową dubeltówkę.

    Zaś wracając do rewolweru, przypomnijmy, że bębenkowa lefoszka, poza samoukatrupieniem twórcy Słoneczników, zdobyła sobie także renomę najsłynniejszej spluwy w historii francuskiej literatury. Nią bowiem posłużył się pan Paweł Verlaine, geniusz nadsekwańskiej poezji, by rozstrzygnąć swoje miłosne (tfu!) nieporozumienie z innym geniuszem w służbie Erato y Euterpe, mianowicie samym Janem Mikołajem Arturem Rimbaud.
    Verlaine po dwakroć dał ognia, ale - jak na prawdziwego poetę przystało - na strzelaniu nie znał się nic a nic, a przy tym był pijany w sztok (co wtenczas nie było u niego zjawiskiem niecodziennym). Skutkiem powyższych uwarunkowań zdołał jedynie dziabnąć swego (tfu!) partnera w nadgarstek. Potem wylądował za to na 2 lata w ciupie, co miało nań wpływ dosłownie zbawienny (w celi bowiem nawrócił się na katolicyzm).

    Samo narzędzie rozwiązywania problemów egzystencjalnych francuskich poetów zostało odnalezione i nie tak dawno wylicytowane, poszło za jedyne 435 tysięcy eurosów. Więc jakby ktoś miał parę drobnych na zbyciu, to dziś jest okazja do równie okazałego zakupu.

  • Dzięki Turoniu!
    Na razie w Europie wróciły noże.
    Pistolety niedługo może
  • A ona miała gwintowaną lufę, ta lefoszka?

  • Model kalibru 7 mm, który posłużył panom G. i V. - tak, miał. Bo spotkałem się z opisem lefoszki na maleńkie patrony 4 mm, ta miała być bezgwintowa.

    Natomiast dubeltówki pana Casimira siłą rzeczy były gładkolufowe, jak na śrutówki przystało.
  • W takim razie pojedynek był ipso facto niehonorowy, i wszyscy, którzy w nim brali udział, poza lekarzem pojedynkowym, zaciągnęli niehonorowość.

  • Nu, Boziewicz uznawał gwinty za dyskwalifikujące (art. 378), ale też wyraźnie upierał się przy PISTOLETACH. Natomiast rewolwerami pojedynkowano się w innem kręgu kulturowem, na co trza wziąć poprawkę, chybaś.

  • ...A znowóż gdzie indziej dozwolone były mieszanki - broń białą + strzelcza - co purystę Boziewicza pewnie przyprawiłoby o atak pikawy. Jak taki Dawid pierdyknął z procy Goliatowi w czółko, gdy ten szedł na niego z mieczem, to nikt nie miał do niego pretensji. Przynajmniej nikt ze swoich.
  • Jaki pojedynek? Po mojemu to napruty i naćpany Werlen obstrzeliwał kochankę, bo mu się z kurczakiem zwidziała.

  • Aaa, to rozchodzi się o tamtych dwóch cyklistów? Bom myślał, że Szanowny Ignac rozgląda się za sprzętem do postępowań honorowych.

    Nie no, jasne, tamto to nie był pojedynek, ino... ehm... przemoc w związku partnerskim (bueee...).
  • Turoń napisal(a):

    Aaa, to rozchodzi się o tamtych dwóch cyklistów? Bom myślał, że Szanowny Ignac rozgląda się za sprzętem do postępowań honorowych.

    Nie no, jasne, tamto to nie był pojedynek, ino... ehm... przemoc w związku partnerskim (bueee...).
    Wężykiem
    Wężykiem!
  • Turoń napisal(a):

    Dziś w Paryżu ma być licytowany francuski rewolwer systemu Lefaucheux (znany u nas drzewiej jako lefoszka vel lefoszówka), z którego zastrzelił się Van Gogh, podobno bez niczyjej pomocy.


    Aukcja się odbyła i trwała może z 2 minuty. Wystawiciel zaczął wywoławczo od 30 tysięcy eurosów. Wcześniej godeł, że niżej niż 40 tysięcy go nie interesuje. A liczy na, kto wie?, może i 60 tysiaków.

    A tu dosłownie w pierwszych sekundach aukcji pan młotkowy woła:
    - Słyszę, że 40 tysięcy... A nie, pardą, 50 tysiąców, w porząsiu.
    Potem poleciało jak z górki, aż do momentu, aż jeden dżentelmen z komórą przy uchu zawrzasnął gromko:
    - 130 tałzenów!

    Cisza zaległa, oferenci łypnęli w lewo i w prawo, a potem pospuszczali łepetyny.
    - Ktosik da więcy? - wychrypiał pan młotkowy, ocierając pot perlisty z facjaty, bo widać nerw go straszny roztelepał.
    Wspomniana cisza markotna, no, jakieś tam westchnienia smętne, były mu odpowiedzią.
    - Sprzedany!

    Ten gostek z komórą, co to rozgromił konkurentów, wyznał skromnie, że jest ino papugą klienta swego, którego tożsamości nie zdradzi. Ale tyle wolno mu pedzieć, że jego pan jest teraz szczęśliwy.

    No myślę! Psiokrrref, bogatemu to nawet byk się ocieli.


  • A co, też chciałbyś sprawdzić jak działa?

  • Sądząc po wyglądzie na fotkach to nie ma prawa zadziałać, ma jeno wartość sentymentalną (łokropnie musiał mieć rozbudzony ów sentyment nowy pan właściciel lefoszki, nie wiem tylko, czy do oręża, czy do postimpresjonizmu).
    Choć możliwe, że w naszym umęczonym Kraju policje jawne kazałyby toto jeszcze przykładnie zdekować, znaczy się porozwiercać i poprzycinać co się da, coby obywatel nie miał się czym zamachnąć na ustrój.

    Ja, gdybym był na kupnie spluwy, to bym se sprawił.
    - czeską Alfę 357 Mag za 1700 złotych;
    - ruskiego, a jeszcze lepiej radomskiego kałacha ze składaną kolbą, za 2,5 tys.;
    - serbską Zastawę ‘999 albo słoweńskiego Arexa za 3 tysiące;
    - włoskiego winchestera ’73 Ubertiego, koniecznie z oktagonalną lufą, za 4600 PLN*
    (*wszystkie ceny za nówki, nieśmigane)
    Tyla, i byłbym szczęśliwym człowiekiem, sentymentalnie zaspokojonym.
  • Jakiś miłośnik domowej zbrojeniówki połczał mnię, że należy wyłącznie kupywać repliki czarnoprochowych leworwerów z filmów o Zdziczałem Zachodzie, gdyż nie podlegają one w PRL rozwierceniu ani rejestracji, a śmigajo jaktalala.
  • To chyba jak z fajko
    Dużo radosci
    I
    Dużo czyszczenia

  • Otószto. Co mię od blekpałderów odstręczało, to właśnie to, że z nimi tyle pitolenia się, mnie cierpliwości brak. Ale jak ktoś to lubi, to czemu nie, samo strzelanie to zabawa przednia. Nie tylko z rewolwerów.

    Owóż raz mi pozwolił skorzystać ze swego cudeńka właściciel dubeltowego sztucera kalibru 0,58 cala. Na szczęście po strzelaniu sam zajął się pucowaniem.
    - To chybaś dobre na słonia! – zawołałem z podziwem, na widok grubaśnych kul upychanych w wielce pojemnych lufach.
    - Nie, na słonia był kaliber 0,72 – uprzejmie poprawił mnie właściciel.

    Łokej, słoń może nie, ale taki dzik lebo inny leleń pewnie by się taką pigułą udławił na amen. Wystrzał to była poezja. Odrzut i podrzut odgięły mię w tył, mimo żem nie ułomek. Błysk ognia przed lufami i chmura dymu. A nade wszystko huk strzału - głęboki, basowy grzmot, jakże inny od tych suchych trzasków z nowoczesnych pierdzidutek.


Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.