Spotkanie wierzącego z niewierzącym

edytowano January 21 w Forum ogólne
Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
Okoliczność, że codzienna msza nie pomaga, zdumiewa i przyczynia się do mojej postępującej ateizacji

Prawda, że prawda? Mało jest rzeczy bardziej gorszących od bezsilności Wszechmogącego. Nicze ułożył nawet stosowny bonmot. Niemniej ta wypowiedź przywołała mi na pamięć fragment z Ratzingera, który może komuś się będzie chciało przeczytać:

"Oczywiście jest prawdą, że gdy ktoś próbuje głosić wiarę ludziom, którzy dziś żyją i myślą, to może się sobie wydawać błaznem albo raczej kimś, kto wyszedł ze starożytnego sarkofagu i wszedłszy w dzisiejszy świat w stroju i ze sposobem myślenia starożytnych, nie może go zrozumieć ani nie może być przezeń zrozumiany. Ale jeśli ten, kto próbuje głosić wiarę, ma dość samokrytycyzmu, zauważy wkrótce, że nie chodzi tu o jakąś formę, o jakąś zmianę szat, w których teologia występuje. Kto się podejmuje głosić dzisiejszemu człowiekowi teologię, będącą dla niego czymś zupełnie obcym, ten - o ile te sprawy bierze na serio - nie tylko dozna trudności w jej tłumaczeniu, ale także doświadczy i pozna niebezpieczeństwo grożące jego własnej wierze, dręczącą moc niewiary w głębi własnej wiary. I tak, kto dziś chce uczciwie sobie i innym zdać sprawę z wiary chrześcijańskiej, będzie musiał uznać, że nie jest bynajmniej kimś w przebraniu i że musiałby tylko zmienić strój, by móc innych nauczać. Będzie musiał raczej zrozumieć, że jego sytuacja wcale tak bardzo się nie różni od innych, jak mu się to z początku mogło wydawać. Zrozumie, że w obu grupach są obecne jednakie moce, chociaż oczywiście działają w różny sposób.

Wierzącemu zagraża przede wszystkim, że ogarniająca go w chwilach trudności niepewność, stawi mu nagle twardo przed oczami kruchość całości wiary, która zwykle wydaje się sama przez się zrozumiała. Wyjaśnijmy to na kilku przykładach. Teresa z Lisieux, ta kochana, pozornie tak naiwnie bezproblemowa święta, wyrosła w atmosferze całkowicie zabezpieczonej religijności; jej życie od początku do końca było tak zupełnie i aż do najdrobniejszych szczegółów nacechowane wiarą Kościoła, że świat niewidzialny był częścią jej dnia powszedniego - albo nawet, wydawało się, że stał się jej życiem codziennym, niemal dotykalnym i niepodobna sobie wyobrazić, by mogło być inaczej. Religia była dla niej czymś, co jest samo przez się zrozumiałe: podstawą codziennego życia; była dla niej równie bliska jak realia naszego codziennego życia. Ale właśnie ta pozornie tak bezpieczna w nie zagrożonej pewności święta pozostawiła nam w ostatnich tygodniach swych cierpień wstrząsające wyznania, które jej przerażone siostry złagodziły, wydając jej pamiętnik; wyznania te dopiero w nowych wydaniach ukazały się w dosłownym brzmieniu; np. gdy mówi: "prześladują mnie myśli najzagorzalszych materialistów". Rozum jej dręczą wszystkie możliwe argumenty przeciwko wierze, poczucie wiary jakby zniknęło, czuje się jakby w skórze grzesznika"1. To znaczy: w świecie, który pozornie stanowi nietkniętą całość, ukazuje się człowiekowi nagle przepaść, czyhająca na niego także pod mocnym fundamentem wspierających go konwencji. W takiej sytuacji nie chodzi już o zagadnienia, o które można się spierać, jak o Wniebowzięcie Najśw. Panny czy o taką lub inną formę spowiedzi - to wszystko staje się drugorzędne. Chodzi tu o całość - wszystko albo nic. Pozostaje ta jedna alternatywa i nigdzie nie widać punktu oparcia, którego by można w tej otchłani się uczepić. Gdziekolwiek się zwrócić, widać tylko bezdenną głębię nicości.

Paul Claudel we wstępnej scenie swego Atłasowego pantofelka uchwycił tę sytuację wierzącego w wielkiej, przekonywającej wizji: tej, w której występuje jezuita--misjonarz (brat Rodryga, światowca, wiodącego życie pełne błądzeń i przygód). Statek wiozący misjonarza rozbił się. Okręt jego zatopili korsarze, misjonarz przywiązany do belki tonącego okrętu błądzi na tym kawałku drzewa po wzburzonych wodach oceanu2. Przedstawienie zaczyna się jego ostatnim monologiem: "Panie, dziękuję ci za to, że mnie tak związałeś. Nieraz uważałem, że Twoje przykazania są ciężkie, wola moja wobec tych nakazów była bezsilna i sprzeciwiała się im. Dziś jednak nie mogę już ściślej być z Tobą związany i chociaż mogę się poruszać, żaden z moich członków nie może się od Ciebie oddalić. Tak więc jestem naprawdę przymocowany do krzyża, ale krzyż, na którym wiszę, do niczego nie jest przywiązany, błąka się po morzu".

Przywiązany do krzyża - ale krzyż nie przywiązany do niczego błąka się po odmętach morza. Trudno dokładniej i dobitniej opisać sytuację, w jakiej znajduje się dziś wierzący. Wydaje się, jakoby utrzymywała go tylko belka chwiejąca się na morzu nicości. Można by niejako obliczyć chwilę, w której musi zatonąć. Tylko chwiejąca się belka łączy go z Bogiem, ale łączy go nierozerwalnie i ostatecznie on wie, że to drzewo jest silniejsze od nicości, która pod nim się kłębi, a która mimo to jest zawsze groźną, istotną mocą jego teraźniejszości.

Obraz ten jednak ma głębsze znaczenie i to wydaje mi się tu rzeczą istotnie ważną. Gdyż ten jezuita-rozbitek nie jest sam, kryje się w nim los jego brata, tego brata, który uważa się za niewierzącego, który odwrócił się od Boga, nie chce na nic czekać, chce "posiadać tylko to, co teraz może osiągnąć... jak gdyby mógł być gdzie indziej niż tam, gdzie Ty jesteś".

Nie potrzeba tu śledzić skomplikowanej koncepcji Claudela, który prowadzi nicią przewodnią pozornie odmienne losy dwóch braci aż do chwili, kiedy los Rodryga staje się podobny do losu jego brata i kiedy ten zdobywca świata kończy jako niewolnik na statku i musi się cieszyć, gdy stara zakonnica zabiera go wraz z zardzewiałą brytfanną i łachmanami jako towar bez wartości. Możemy teraz powrócić do naszej sytuacji i powiedzieć: jeżeli człowiek wierzący może wyznawać swą wiarę tylko na oceanie nicości, wśród ciągłych niebezpieczeństw i powątpiewań, a ten ocean niepewności jest jedynym miejscem jego wiary - to przecież i niewierzącego nie można niedialektycznie uważać jedynie za człowieka nie mającego wiary. Podobnie jak stwierdziliśmy, iż wierzący nie żyje beztrosko, bez problemów, ale zawsze zagraża mu nicość, tak też trzeba uznać wzajemne przenikanie się losów ludzkich i powiedzieć, że również niewierzący nie posiada egzystencji całkowicie spoistej. Jakkolwiek namiętnie by głosił, że jest pozytywistą, który od dawna ma za sobą nadprzyrodzone pokusy i napaści i żyje obecnie wyłącznie tym, co bezpośrednio pewne - to jednak nie opuszcza go tajemna niepewność, czy pozytywizm naprawdę ma ostatnie słowo. Podobnie jak wierzącemu zdarza się, że będzie się dławił słoną wodą zwątpienia, którą ocean nieustannie zalewa mu usta, tak samo niewierzący wątpi w swą niewiarę, w rzeczywistą całkowitość świata, który zdecydował się uznać za wszystko. Nie będzie nigdy bez reszty pewny zamknięcia tego, co ujrzał i uznał za całość; zawsze grozi mu pytanie, czy wiara i to, co ona głosi, nie jest czymś rzeczywistym. Tak więc jak wierzący wie, że mu zawsze grozi niewiara, i tę niewiarę musi zawsze odczuwać jako nieustanną pokusę - tak dla niewierzącego wiara pozostaje zawsze zagrożeniem i pokusą w jego pozornie na zawsze zamkniętym świecie. Jednym słowem, nie ma ucieczki przed dylematem ludzkiego istnienia. Kto chce uniknąć niepewności w rzeczach wiary, będzie musiał doświadczyć niepewności niewiary, która nigdy nie może ostatecznie na pewno powiedzieć, czy jednak wiara nie jest prawdą. Dopiero gdy ktoś odrzuci wiarę, okazuje się, że nie można jej całkowicie odrzucić.

Warto przytoczyć żydowską historyjkę, którą zanotował Martin Buber. Można w niej wyraźnie ujrzeć dylemat ludzkiego losu. "Pewien uczony, mąż bardzo światły, który słyszał o cadyku z Berdyczowa, odszukał go, by i z nim także, jak to miał w zwyczaju, podyskutować i zawstydzić go, obalając przestarzałe dowody prawdziwości jego wiary. Gdy wszedł do izby cadyka, ujrzał go chodzącego tam i z powrotem z książką w ręku, w głębokim zamyśleniu. Nie zwrócił on uwagi na przybysza. Wreszcie stanął, spojrzał na niego przelotnie i powiedział: "A może to jednak prawda?" Uczony nasz stanął jak wryty, na próżno starał się opanować, zatrzęsły się pod nim kolana, tak przejmujący był widok cadyka, tak wstrząsające były jego proste słowa. Rabin Lewi Izaak zwrócił się teraz wprost do niego i przemówił spokojnie: "Mój synu, wielcy uczeni Tory, z którymi dyskutowałeś, na próżno do Ciebie przemawiali; odchodziłeś i śmiałeś się z nich. Nie mogli ci wyłożyć na stół Boga i Jego Królestwa, ja również tego zrobić nie mogę. Ale zastanów się, synu mój, może to jest prawda". Uczony ze wszystkich sił pragnął mu się sprzeciwić, ale owo straszne "może", które mu ciągle brzmiało w uszach, odebrało mu zdolność sprzeciwu"3.

Sądzę, że tutaj - przy całej obcości realiów - opisana jest bardzo dokładnie sytuacja człowieka stojącego wobec zagadnienia Boga. Nikt nie może drugiemu wyłożyć na stół Boga i Jego Królestwa; także wierzący nie potrafi tego uczynić dla siebie. Ale chociaż niewierzący mógłby uważać, że go to usprawiedliwia, pozostaje zawsze owa budząca obawę niepewność: "może to przecież prawda". To słowo "może" jest nieustannym zakwestionowaniem, którego nie da się uniknąć, w którym niewierzący musi doświadczyć, że odrzucając wiarę, nie może jednak całkowicie się od niej uwolnić. Inaczej mówiąc: zarówno wierzący, jak i niewierzący, każdy na swój sposób, doświadczają zwątpienia i wiary, jeśli tylko nie ukrywają się sami przed sobą i przed prawdą swego istnienia. Nikt nie może uniknąć całkowicie wątpienia ani całkowicie wiary; dla jednych wiara będzie istniała przeciw wątpieniu, dla drugich przez wątpienie i w formie wątpienia. Jest to zasadniczą sprawą losu człowieka, móc odnaleźć ostateczny sens swego istnienia nie inaczej, jak tylko w tej nieustannej rywalizacji między zwątpieniem i wiarą, niepewnością i pewnością. Może właśnie wątpienie jednego i drugiego człowieka chroni ich przed zasklepieniem się w sobie i mogłoby się stać miejscem spotkania. Nie pozwala im zamknąć się w sobie, każe wierzącemu dojrzeć człowieka w niewierzącym, a niewierzącemu w wierzącym. Dla pierwszego jest to uczestnictwo w losie niewierzącego, dla drugiego jest to sposób, w jaki wiara mimo wszystko pozostaje dla niego wezwaniem".

Komentarz

  • Źródło?
  • Wprowadzenie w chrześcijaństwo, Znak 1996, s. 33-39
  • Dzięki.
  • Gratias ago za ten fragmentum z Ratzingera.
  • rdrrdr
    edytowano January 31
    I dlatego jedni sa wycofani a inni skacza im do oczu? Byc moze kiedys tak bylo, teraz gdy cos sie nie zgadza to tylko zwieksza agresje.

    EDIT: a teraz najlepsze. Jedna strona nie może kłamać, kraść, być agresywna itp. i zawsze musi nastawić policzek a druga... no przecież hulaj dusza piekła nie ma. A frajerów z wyrzutami sumienia bardzo łatwo zgasić.
  • Na szczęście każdy człowiek ma tylko dwa policzki. Sursum corda!
  • celnik.mateusz napisal(a):
    Wprowadzenie w chrześcijaństwo, Znak 1996, s. 33-39
    Kurde, se kupiłem kiedyś i zamiast czytać - trzymam na półce. O ja nieszczęsny!
  • No przecie książki do tego są, by trzymać na półce. Ładnie wyglądają.
  • Gerwazy napisal(a):
    Gratias ago za ten fragmentum z Ratzingera.
    +1
    rdr napisal(a):
    I dlatego jedni sa wycofani a inni skacza im do oczu? Byc moze kiedys tak bylo, teraz gdy cos sie nie zgadza to tylko zwieksza agresje.

    EDIT: a teraz najlepsze. Jedna strona nie może kłamać, kraść, być agresywna itp. i zawsze musi nastawić policzek a druga... no przecież hulaj dusza piekła nie ma. A frajerów z wyrzutami sumienia bardzo łatwo zgasić.

    Przepraszam, ale w ogóle nie rozumiem jak Kolega mógł dojść do podobnej konkluzji na podstawie powyższego tekstu. Ale ja jestem prosty człowiek, więc proszę o wytłumaczenie.

    Inna sprawa że z nadstawianiem policzka to trochę nie tak, jak się popularnie mówi. A nawet bardzo nie tak.
  • TecumSeh napisal(a):Przepraszam, ale w ogóle nie rozumiem jak Kolega mógł dojść do podobnej konkluzji na podstawie powyższego tekstu.
    Kolega rdr dochodzi do takich konkluzji na podstawie każdego tekstu a także bez tekstu.

  • Sa tysiace sposobow uderzenia czlowieka, a Pan Jezus wybral akurat taki, ktory jest stosowany gdy ktos powie cos oburzajacego (chyba, ze wtedy ten zwyczaj nie istnial). Wiec moze nie mamy byc spolegliwi, ale bezczelni.

    Potem jest jeszcze "Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie". Nie wiem jak to z tym plaszczem, ale to dalej odnosi sie juz do tych, ktorzy wykazuja minimalna dobra wole i prosza o pomoc.
  • W takiej sytuacji nie chodzi już o zagadnienia, o które można się spierać, jak o Wniebowzięcie Najśw. Panny czy o taką lub inną formę spowiedzi - to wszystko staje się drugorzędne.

    Chodzi tu o całość - wszystko albo nic
  • "żydowską historyjkę"

    ajwaj, cóż za antysemickie dictum!
  • edytowano February 19
    a serio ...przez kilkanaście lat zapomniałem już co to za okropna książka

    jak można budować Kościół przy takim podejściu??

    istne "Wyprowadzenie z chrześcijaństwa"... ale można by napisać zgrabną polemikę...
  • polmisiek napisal(a):
    Wiec moze nie mamy byc spolegliwi, ale bezczelni..
    OT
    99 % używa słowa "spolegliwy" niezgodnie z jego pierwotnym znaczeniem. Ten termin wymyślił Tadeusz Kotarbiński i miał on znaczyć "ktoś na kim można polegać". Ostatnimi czasy ciągle słyszę to słowo jako synonim przymiotnika "uległy".
  • To jak pasjonat
  • Ale niejedno słowo zmieniło swoje pierwotne znaczenie i obecnie znaczy co innego niż kiedyś. Język ewoluuje - ja nie kojarzę żeby ktokolwiek używał słowa spolegliwy albo pasjonat w innym niż potoczne znaczeniu.
  • edytowano February 19
    A taki "spolegliwy pasjonat" to 4 rozne znaczenia moze miec! Jedno to nawet calkiem ladny oksymoron (mam tylko nadzieje, ze to nie oznacza morona podlaczonego pod tlen)
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.