Janka Diagilewa - prywata

Drogie ekskatedranty, dawno dawno temu na leberii był tekst o Jance Diagilewnej - "Cienie drzew patrzą na północ". Nie udało mi się go wygrzebać w czeluściach internetowych archiwów. Ma go ktoś może zapisanego i mógłby się podzielić?

Komentarz

  • Nie mam. Ale w ten deseń był kiedyś artykuł we Flądrze papierowej. Do odgrzebania na gryzoń.pl
  • Pemwam, że nie do wiary, jakoby tak wartościowy tekst poszedł w schyłkowej Myszy Polskiej. Chyba puścili przez przeoczenie, bo prorosyjski.
  • Ładne w Łajce wspomnienie z koncertu Janki:

    Я несколько слёз как бы заметил у девиц. Они понимают, что никогда не смогут быть такими. То есть, вот такой не в смысле на сцене, а в смысле вот так видеть мир. Очень хочется быть такой. Но ты такой никогда не будешь.

    https://ru.m.wikipedia.org/wiki/Дягилева,_Янка

    I o jej przyjacielu ciekawie:

    https://ru.m.wikipedia.org/wiki/Летов,_Егор

  • Nu, zawsze kiedym słyszał to jej:
    Janka Stanisławowna napisal(a):
    А с поpтpета бyдет yлыбаться нам Железный Феликс

    …tom czuł ciary na grzbiecie.

    Wielki to talent, tak umieć wzbudzić grozę odbiorcy, wcale nie sążnistą epistołą obfitującą w krwawe i dosadne szczegóły, ale z pomocą paru prostych, na pozór niewinnych słów.
  • Mam ten tekst w wordzie. Spróbuje wkleić :
    Cienie patrzą na północ

    9 maja 1991 r. zaginęła bez wieści Janka Stanisławowna Diagilewa, 25-letnia poetka i pieśniarka z Nowosybirska. Po ośmiu dniach jej zwłoki wyłowiono z rzeki Iny (dopływ Obu).
    Kiedy żyła, mówiło się o tym dziewczęciu sporo. Od chwili jej śmierci mówi się jeszcze więcej, przybywa ludzi zafascynowanych jej talentem.
    Już w szkole podstawowej to ciche, spokojne dziecko zaskakiwało nauczycieli oczytaniem i wrażliwością („Cienie drzew patrzą na północ” – napisała w I klasie w dziecinnym kajecie). Artystyczny kunszt wykorzystywała zrazu na prywatnych imprezach i akademiach szkolnych (zapewne wywoływała konsternację grona pedagogicznego, wykazując się znajomością dorobku podejrzanych ideologicznie twórców, jak Wysocki, Cwietajewa czy Achmatowa). W czasach studenckich związała się z Jegorem Letowem, liderem kapeli punkowej Grażdanskaja Oborona (GrOb).

    Carowie rocka
    Zachodnia Syberia to region szczególny. Miejsce zderzenia wielu światów - Europy z Azją, chrześcijaństwa z pierwotnym szamanizmem, cywilizacji z dziką głuszą. W czasach stalinowskich - rejon łagrów, straszliwej tajemnicy, o której mówiło się tylko w domu, szeptem. Kraj piękny i straszny.
    To tutaj wykluwały się najciekawsze, najbardziej bezkompromisowe zjawiska rosyjskiej muzyki alternatywnej. Mówi się, że w przeciwieństwie do moskiewskiej i leningradzkiej scen rockowych, zapatrzonych we wzorce z Zachodu, syberyjskim „załogantom” udało się stworzyć całkowicie oryginalny nurt muzyczny. Niejednokrotnie ich utwory powstawały jako poetyczne piosenki autorskie, w wersjach akustycznych, które dopiero potem wzbogacano o ostrzejsze, rockowe brzmienia. Potężną ich siłą były teksty. Słowa do piosenek pisali nie tekściarze, ale poeci...
    W czołówce zauralskiego rocka prym wiodła grupa Grażdanskaja Oborona (Obrona Obywatelska) - GrOb, powstała w orwellowskim roku 1984, pod wodzą niebanalnego obywatela Omska, Jegora Letowa,.
    GrOb to temat wart osobnej pieśni, który obrósł już legendą. To porywająca, a zarazem gorzka historia, w której trudno odróżnić prawdę od mitu. To lata antykomunistycznej kontestacji odzianej w punkowo-anarchistyczny kamuflaż. „Kapelanci” GrOb nagrywali swoje kawałki w konspiracji, na strychach i w garażach, mieszkali kątem u znajomych, ukrywali się przed milicją. Prawdziwy, niekłamany underground, któremu sobotnio-niedzielni buntownicy z Zachodu godni są jedynie pucować buty.
    Organa porządku i bezpieczeństwa publicznego Kraju Rad były czujne, praworządni obywatele takoż. W 1985 r. zdarzyła się rzecz bardzo sowiecka, jakby odwrócona historia Pawki Morozowa. MuzykówGrOb zakapowała... matka jednego z nich, gdy odkryła w tekstach zespołu treści wrogie ustrojowi.
    Nastąpiły zatrzymania, Jegor Letow wylądował w klinice psychiatrycznej. A „psychuszek” pod nadzorem KGB bano się w Rosji bardziej, niż łagrów. Jegor dostał tam straszny wycisk; szprycowany potężnymi dawkami środków farmakologicznych na jakiś czas oślepł. Kiedy wyszedł na wolność, otaczała go legenda. Wrócił do śpiewania, jego pieśń „Wsio idiot po płanu” stała się manifestem pokolenia, granym na koncertach rockowych, w filharmoniach i na każdej imprezie, na której trafił się jakiś szanujący się gitarzysta.
    Wybiegając nieco w przyszłość, przypomnijmy, że w 1994 r. Jegor Letow zaszokował swoich fanów, współtworząc (wraz z Aleksandrem Duginem i Eduardem Limonowem) Partię Narodowo-Bolszewicką (otrzymał legitymację nr 4). Nowa formacja stanowiła osobliwy konglomerat nacjonalistów i narodowych komunistów, monarchistów i anarchistów, prawosławnych, ateistów i neopogan, połączonych „euroazjatycką” ideą odbudowy imperialnej Rosji.
    Bo Jegor Letow, były dysydent i więzień sumienia, bożyszcze subkulturowców, był równocześnie patriotą, który nie chciał pogodzić się z upadkiem wielkości swej ojczyzny.

    Uśmiech Żelaznego Feliksa
    Janka Diagilewa poznała Letowa w kwietniu 1987 r. Ten burzliwy związek zaważył na całym jej życiu. Dołączyła do GrOb, grywała utwory wspólnie z zespołem i samodzielnie.
    Szybko zwróciła na siebie uwagę publiczności. Uczestnicy koncertów z pewnym zaskoczeniem relacjonowali magię jej występów. Gdy na scenie pojawiała się skromna dziewczyna z gitarą, rozwrzeszczana publiczność milkła; w ciszy chłonęła utwory. Owacje rozlegały się dopiero potem...
    Śpiewała o zdeklasowanych elementach - „Pierwszą klasą szkoły życia będzie im więzienie, a w ósmej, pośmiertnie, przygarnie Komsomoł” („Diekłasirowanym eliemientam”). O „teoretycznych prorokach, drukowanych bogach” („Domoj”). O przehandlowanej śmierci („Prodano”).
    Unikała ideologizowania języka. Jej kontestacja była zwyczajnie ludzka. Nie godząc się na zło otaczającego świata, przyznawała się do bezradności; nie dawała łatwych, gotowych recept. W jednym ze swych najbardziej znanych utworów, „Po tramwajnym rielsam”, Janka niesłychanie subtelnie, a zarazem przejmująco oddała atmosferę osaczenia, ducha czasów, kiedy nawet spacer dwójki młodych ludzi mógł wzbudzić podejrzenia „niebieskich czapek”:

    „Chodź, pójdziemy na spacer po tramwajowych torach
    Posiedzimy na szynach u początku ich drogi
    Ciepłem i czernią owieje nas dym fabrycznych kominów,
    A przewodnią gwiazdą będzie tarcza semafora.

    Jeśli nam się uda, aż do nocy będziemy poza klatką
    Tylko musisz umieć w dwie sekundy zapaść się pod ziemię
    I leżeć cicho w ukryciu, gdy pojawią się szare samochody
    Uwożące tych, co nie chcieli nurzać się w kłamstwie.

    Jeśli zdążymy, wówczas poczołgamy się po podkładach
    Ty zobaczysz niebo, a ja ziemię na twoich podeszwach.
    Naszą odzież spalimy w piecu, jeśli tylko zdołamy wrócić,
    Jeżeli nie spotkamy na progu niebieskich czapek.

    A jeśli ich spotkamy
    Nie mów nic o spacerze po tramwajowych torach
    Bo to dla nich przestępstwo albo schizofrenia
    Bo z portretu zaraz uśmiechnie się Żelazny Feliks

    I będzie słuszna, będzie sprawiedliwa
    Kara za spacer po tramwajowych torach
    Zabiją nas za spacer po tramwajowych torach
    Zabiją nas za chwile z tobą przy tramwajowych torach.”

    Wiele o niepokojach poetki mówi też wiersz, zamieszczony w zbiorze „Russkoje polie ekspierimientow”:

    „Czasem umierają bogowie - już nie masz prawa wierzyć
    Czasem zamieć zasypie drogi, przed krzyżami barykadują drzwi
    /.../
    Maszerują pułki depcząc ikony odmóżdżonym równym szeregiem
    /.../
    Ludowym folklorem stanie się Kain, morderca Abla
    Ogień w lampach zgaśnie, święte hymny umilkną
    Nie będzie już raju ni piekła, gdy nasi bogowie polegną
    Więc idź i pisz, co trzeba, bez lęku, nikt nie ukarze
    Dzisiaj już nie ma świętości”

    Samotność długodystansowców
    Słuchając tych poezji, a z drugiej strony mając przed oczami obraz Jegora Letowa i jego kumpli, na koncertach z lubością „rzucających mięchem”, można odnieść wrażenie, że Janka nie bardzo pasowała do tego towarzystwa. Owszem, z czasem nabyła środowiskowych manier, również zdarzało się jej podeprzeć strofy grubym słowem. Choć zarazem nie przypominało to niczym (typowego u popularnych szansonistów) kokietowania publiczności.
    Amerykański czy zachodnioeuropejski rockman mógł sobie „fuckować” do woli i do upadłego, tak naprawdę nikogo to nie ruszało. Natomiast obywatel Kraju Rad, na którego co dzień wylewały się z telewizora potoki propagandy (o szczęśliwym narodzie przeżywającym rozkoszne chwile pod rządami Partii), musiał odczuwać dziką satysfakcję, a także uzasadniony dreszcz emocji, słuchając na koncercie Diagilewej, albo na samizdatowej kasecie kpiarskiej strofy:
    „Ja powtoriaju diesiat’ raz i snowa
    Nikto nie znajet, kak że mnie ch***wo.
    I tieliewizor s potołka swisajet
    I kak ch***wo mnie – nikto nie znajet.”

    Zaliczając Grażdanską Oboronę do nurtu dysydenckiego musimy mieć świadomość kontekstu wydarzeń. Odwaga tych młodych Rosjan z Nowosybirska czy Omska była wyjątkowa. Działali na terenie izolowanym, na który przemiany głasnosti i pieriestrojki napływały bardzo wolno; umiejscowionym poza zasięgiem zainteresowania korespondentów zachodnich. Nie mogli (jak Polacy) liczyć na wstawiennictwo Kościoła, dziennikarzy RWE czy BBC, ani społeczności międzynarodowej. Wypowiadali słowa buntu z pełną świadomością, że mogą być za to wdeptani w ziemię, i że nawet nie staną się żadnymi męczennikami, jak Grzegorz Przemyk czy ks. Jerzy Popiełuszko – po prostu znikną, będą zapomniani. Byli straceńcami, którzy szli na rzeź z podniesionym czołem, z własnej nieprzymuszonej woli.

    Ja gniję!
    Tymczasem coś złego zaczęło dziać się z psychiką Janki. Związek z Letowem okazał się toksyczny; rozpadł się po półtora roku. Zawiedziona miłość, pogłębiające się poczucie osamotnienia, do tego życie w stałym napięciu i ogromna nadwrażliwość w zderzeniu z ponurą rzeczywistością - wszystko to wpędzało dziewczynę w potworną depresję. Każdy dzień stawał się powolnym umieraniem.
    Znajdowało to odbicie w jej tekstach. Gdybym miał jednym słowem podsumować postawę i twórczość najwybitniejszych (w mym prywatnym rankingu) współczesnych rosyjskich pieśniarzy, to u BułataOkudżawy byłaby to melancholia. U Władimira Wysockiego - bunt. U Diagilewej - rozpacz. Czarna, bezdenna rozpacz. Nawet jej nastrojowe, pełne tkliwości ballady wydają się być podszyte bólem.
    Krytycy z uznaniem podkreślali doskonałe połączenie właściwej dla punka surowości z rosyjskim folkiem, z charakterystycznymi dla tamtejszych wiejskich pieśniarek lamentacjami. Ale Janka nie udawała. Jej zawodzenie dobywało się z najmroczniejszych zakamarków rozdartej duszy.
    Przybywało fanów, również spoza kręgu miłośników muzyki alternatywnej. Spragnieni wolności Rosjanie żywo reagowali na utwory w rodzaju „Stierwienieju”:
    „Ja nieustannie gniję
    Z każdym śmiechem, z każdą nocą i kielichem
    Rygluję drzwi,
    spuszczam z łańcucha złe głodne psy [...]
    Uczę się być żelaznym przedłużeniem ciała
    Wyrastającym wprost z ramienia [...]

    Ja nieustannie gniję
    W milicyjnej czapce
    W norkowej papasze.

    Tu wojna nie ma końca,
    Tu wiosna nie nadchodzi
    Tu nie ma dzieciństwa
    Już nic nam nie zostało - tylko słowa i sny

    Ja nieustannie gniję
    W każdej chwili
    Z każdym krokiem
    W każdej godzinie”

    Publiczność szalała z zachwytu, odbierając ten utwór jako zgrabną piosenkę antysystemową. A Jance, patrząc z dzisiejszej perspektywy, chyba nie chodziło wyłącznie o gnijący „świetlany ustrój”; również o własne życie. Jej popularność rosła, a w tekstach pojawiał się coraz większy mrok. Coraz więcej strof o śmierci, o umieraniu. O Czarnym Dniu, który nieuchronnie nadejdzie.

    Stowarzyszenie umarłych poetów
    Od czasów Puszkina jakiś złowrogi cień, jakieś przekleństwo unosi się nad rosyjską poezją. Puszkin, Lermontow, potem Mandelsztam, Cwietajewa, a ze współczesnych Wysocki, Coj, Baszłaczow, Diagilewa, Letow... Ludzie, którzy odeszli w kwiecie wieku, nieraz w dramatycznych okolicznościach.
    Janka głęboko przeżyła samobójczą śmierć Aleksandra Baszłaczowa, barda i poety (1988). Poznali się parę lat wcześniej, była nim zafascynowana, on również darzył ją ogromnym szacunkiem. Nigdy nie otrząsnęła się po tej tragedii. A śmierć krążyła wokół niej, porywając nowe ofiary. W następnym roku popełnił samobójstwo gitarzysta GrOb, Dmitrij Seliwanow.
    Po pewnym czasie przyszedł nowy cios – w kwietniu 1991 r. zmarł jej przyrodni brat. Janka, zawsze skryta, do reszty zamknęła się w sobie. Depresja pogłębiała się.
    Kiedy dziś czytamy teksty Diagilewej, niektóre strofy wydają się być świadectwem wewnętrznej walki, bladym cieniem tlącej się jeszcze nadziei, cichym wołaniem o pomoc dobywającym się spod skorupy bólu.

    „A gdyby tak za stołem, przy świecach porozmawiać o miłości.
    Przypomnieć sobie, że trzeba prosić o przebaczenie.
    Prawosławny pył,
    Drogowskazy na świat - słupy soli”

    - pisała w „Anhedonii”, by w następnym wersie wybuchnąć bolesnym skowytem:
    „Żreć zeszłoroczne igliwie – gorzkie, gorzkie, gorzkie!”

    W maju 1991 r. zatroskany ojciec zabrał ją na daczę pod Nowosybirskiem. Liczył, że córka dojdzie do siebie wśród bliskich. 9 maja około godz. 19 oddaliła się, by już nie wrócić… Oto nadszedł Czarny Dzień, który sobie kiedyś wyśpiewała.
    Śledztwo nie dało jednoznacznych rezultatów. Brano pod uwagę samobójstwo lub nieszczęśliwy wypadek, niektórzy szeptali o morderstwie. Prawdy zapewne nie poznamy nigdy.
    Pochowano ją na cmentarzu w Nowosybirsku. Ojciec, który do końca nie zdawał sobie sprawy z jej popularności, teraz ze zdumieniem oglądał obecny na pogrzebie ponad tysięczny tłum przybyszów z całej Rosji.
    Były też sprawy mniej budujące. Jegor Letow, który za życia Janki zazdrośnie spychał jej dokonania w cień, teraz budował wokół jej cienia legendę swego zespołu. Sprawiał wrażenie, jakby nie przeszkadzały mu oskarżenia, jakie wysunęła wobec niego część znajomych, o odpowiedzialność za śmierć Diagilewej.
    Potem przyszedł okres narodowo-bolszewicki, Jegor miotał się ze skrajności w skrajność. Jednak po latach szaleństwa w jego życiu nastąpił przełom. Zwrócił się ku chrześcijaństwu. Niedługo potem zmarł we śnie, w wieku niespełna 44 lat (2008).

    Niech Bóg was ustrzeże...
    W przeciwieństwie do Jegora, Janka jak ognia wystrzegała się wywiadów prasowych. Nigdy nie mówiła wiele o sobie, unikała zwierzeń, nie pisała pamiętników. Jedynym śladem, jaki pozostawiła po sobie, są poezje, wspomnienia przyjaciół i – podobno – pożegnalny list. Według niepotwierdzonych doniesień, nazajutrz po zaginięciu pieśniarki kilkoro jej znajomych miało otrzymać jednobrzmiący list skreślony jej ręką.
    „Wszystkiego dobrego, bardzo was kocham – pisała. – Niech Bóg was ustrzeże od wszelkich przeciwności.”
    Czuje się w słodyczy tych słów - gdy znamy już tragiczny finał - coś pięknego, tkliwego i strasznego zarazem. Patrząc na szamotanie się Janki z życiem, na jej sprzeciw wobec zła, na żarliwe łaknienie czegoś lepszego i piękniejszego, wreszcie czytając jej ostatnie słowa - odnoszę wrażenie, że nieszczęsna poetka z Nowosybirska cały czas podświadomie poszukiwała Boga. Wierzę, że z wzajemnością.

    „Myśl Polska” z 1 sierpnia 2010

    Andrzej Solak
    www.krzyzowiec.prv.pl


  • No i udało się. Ciesze się, że mogłem pomóc. Jak coś - to mam trochę pozgrywanych utworów Janki na MP3ce.
  • Kunka, cza było od razu podać autora. Przecież tu zagląda.
  • Bóg zapłać za wklejkę i linka. Swoją drogą na spotifaju jest zaskakująco dużo nagrań Janki.

    @Turoń - czasy się zmieniły i grozę budzi już nie żelazny Feliks, ale "Параллельно пути черный спутник летит."
  • edytowano June 9
    Na mnie duże wrażenie zrobił akurat ten tekst:

    Ты знаешь, у нас будут дети
    Самые красивые на свете
    Самые капризные и злые,
    Самые на голову больные.
    Мы их прокормить не сможем,
    Все эти голодные рожи,
    В возрасте уже около года
    По тридцать два зуба у каждого урода.
    Чтобы они нас с тобой не съели,
    Мы их будем держать в черном теле,
    Лупить как сидоровых коз,
    И босиком - прямо на мороз!
    И вот тогда они будут послушны,
    И мир лучше и лучше
    С каждым днем будет становиться,
    У нас их так много родится…
    Мы им игрушек покупать не будем,
    Это можно лишь нормальным людям,
    А эти дауны схватят в лапы
    И будут грызть и кидать на пол…
    В школу тоже их водить не стоит,
    Тут любой учитель сразу взвоет,
    Когда ему в канун восьмого марта
    Слегка нагадят прямо на парту…
    У них не будет бога, кроме рока,
    А самое главное - их будет много,
    Я буду их рожать каждую неделю,
    Мир станет таким, как мы с тобой хотели…
    Нас окружат родственные души,
    И мир лучше и лучше
    С каждым днем будет становиться…
    Мы как тараканы будем плодиться…
    Ты знаешь, у нас будут дети
    Самые красивые на свете
    Самые капризные и злые,
    Самые на голову больные,
    Как мы…
  • Być może to geniuszka. Z pewnością nieszczęśliwa. Przyznaję jednak że nie rozumiem rosyjskiego bólu istnienia. Nie rozumiem fatalizmu rosyjskiego losu. Nie rozumiem rosyjskiego okrucieństwa w stosunku do siebie i innych. Jeśli to geniusz to genialnie odzwierciedla przerażający i ponury charakter rosyjskiej duszy i rosyjskiego losu.
  • Rafał napisal(a):
    Być może to geniuszka. Z pewnością nieszczęśliwa. Przyznaję jednak że nie rozumiem rosyjskiego bólu istnienia. Nie rozumiem fatalizmu rosyjskiego losu. Nie rozumiem rosyjskiego okrucieństwa w stosunku do siebie i innych. Jeśli to geniusz to genialnie odzwierciedla przerażający i ponury charakter rosyjskiej duszy i rosyjskiego losu.
    Jurij Szewczuk (w czasach sowieckich pierwszy raz powąchał celę w ósmej klasie podstawówki, za noszenie podkoszulka z wizerunkiem krucyfiksu; a jak się potem rozkręcił, to KGB i prasa ostrzegały przed nim jako agentem watykańskim, choć faktycznie zawsze przyznawał się do prawosławia), no więc Szewczuk, Jurij Julianowicz z kapeli DDT popełnił był kiedyś niegłupi utwór „Rodina”.

    Przedstawił w nim owo szczególne rozdarcie – pragnienie kochania ojczyzny-matki (uczucie przecie wspólne dla wszystkich normalnych ludzi) zestawione z głodem zemsty na ojczyźnie-potworze, co pożerała niewinne ofiary. Ojczyzna-śpiąca piękność, którą się wielbi bez względu na wszystko – oraz ojczyzna-diabeł, winna najgorszych zbrodni.
    Trzeba być Rosjaninem (z tych lepszych Rosjan), żeby napisać coś tak rozpaczliwego.

    Choć po prawdzie rzecz wcale nie ogranicza się do jedynie rosyjskiej specyfiki, co ładnie ilustruje inwokacja:

    Боже,
    Сколько правды в глазах государственных шлюх!
    Боже,
    Сколько веры в руках отставных палачей!
    Ты не дай им опять закатать рукава,
    Ты не дай им опять закатать рукава,
    Суетливых ночей!



  • Turoń napisal(a):Trzeba być Rosjaninem
    Dobra, wiem, że po rodzicach on jest Ukraino-Tatar, ale zakorzeniony jest w Rosji, nie kłóćmy się o szczegóły. ;o)

  • To może zagrajmy co?

    Janki moja ulubiona, jakby ktoś chciał się opić na smutno, to lepiej nie utrafi.

    Пеpекpестится геpой,
    Шагнёт pаздвинyтый стpой,
    Впеpед, за Родинy в бой!
    И сгинyт злые вpаги,
    Кто не надел сапоги,
    Кто не пpостился с собой,
    Кто не покончил с собой,
    Всех поведyт на yбой.



    Albo to:

    Деклассированных элементов в первый ряд
    Им по первомy по классy надо выдать все
    Первым классом школы жизни бyдет им тюрьма
    А к восьмомy их посмертно примyт в Kомсомол.




    I jeszcze film "Braterstwo" - niezły, rozliczeniowy bojewik-afganiec. W scenie ataku na afgańską wieś leci hymn pokoleniowy "Wsjo idiot pa płanu" Letowa, powtórzony pod koniec w pijackiej szarży na polu minowym, a na zakończenie "Sołdatami nie rożdajutsa, sołdatami umirajut" GROBU-u:

    https://www.cda.pl/video/403315366


Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.