Bolesław Chrobry Gołubiewa jako serial

edytowano February 20 w Kultura
Doktór Peterson naucza, że ostatnimi laty wydało się że ludzie mają większą zdolność rozumienia i głębię refleksji, niż się to zdaje. To nie ludzie są głupi, tylko telewizja jest głupia. Telewizja nie pozwala na poważniejsze myślenie, bo całą na swoją tezę masz 30 sekund -- i koniec. Przez to, żeby w ogóle zostać usłyszanym, musisz tezę sztucznie wyostrzyć; niuanse są dla kwartalników. No ale z wyostrzoną tezą zostajesz jak ten głupek, mają cię za głupka.
Tymczasem nowoczesne seriale zupełnie zwyciężyły ten przesąd. Ludzie, którzy rzekomo nie potrafią się skupić na dłużej niż 90 sekund, oglądają wielogodzinne maratony seriali Netflixu. Jednocześnie twórca takiego serialu ma nie dwie godziny, jak to jest w filmie kinowym, ale 10, 20, 30 godzin, podczas których może zbudować wielopiętrową intrygę, pokazać żywych bohaterów, targanych namiętnościami i wątpliwościami, a do tego okazać też momenty i walki. Dzieło doskonałe.
"The Last Kingdom" to w sumie dzieło kameralne, robione po taniości. Sceny batalistyczne są, owszem, piękne i brutalne, z ciałami przebijanymi mieczem i kawałkowanymi. Ale chyba w żadnej z nich nie występuje jednocześnie więcej niż 50 statystów, człowiek aż się wewnętrznie dziwi -- co, to ma być walna bitwa między Northumbrią i Wikingami? A jednak dynamika tych scen i ich duszoszczypatielność wystarcza, żeby widza zaangażować. Podobnie jest z odzieżą: główni bohaterowie cięgiem w tych samych wdziankach chodzą, a reszta w samodziałowych sukmanach. Grodziszcza jakieś, hm, niezgodne z prawdą historyczną, bo generalnie palisady mają grubość jednego bala i czasem wręcz prześwituje przez nie światło. Aktorzy? Żadnego nie kojarzę, poza Rutgerem Hauerem, który jednak najlepsze lata ma już za sobą, a i w "Last Kingdomie" dostał tylko rolę epizodyczną, na dwa czy trzy odcinki. Tym niemniej aktorzy ci są nieźli, na profesjonalnym poziomie, potrafią przekonująco zagrać emocje.
Tak więc "The Last Kingdom" wygrywa batalistyką i emocjami. I to wystarcza, żeby człowieka wciągnąć. Krajobrazy też niezłe, choć jak się okazało -- węgierskie. Węgry wygrały dzięki programowi zachęt finansowych dla produkcji filmowej, za co autorzy dziękują w napisach końcowych, przez Netflix domyślnie pomijanych. W Polsce jest taki system bodaj od 2019 roku.
Jak widziałbym na tym tle "Bolesława Chrobrego"? Z grubsza tak samo. Podobna epoka, więc można oszczędzić na wdziankach i wystroju dworzyszcz. Pewien problem byłby z pokazaniem panoramy Gniezna, bo wstyd byłoby z niego zrobić taką wioskę świniopasów, za jaką w "Last Kingdomie" robi Winchester. Można to ogarnąć w Photoshopie.
"Bolesław Chrobry" to książka zupełna. Dzieje się na przełomie X i XI w. Ileż tam jest scen filmowych!
* Scena otwierająca, w której jakiś starzec ucieka z pomorskiej wioski, zaatakowanej przez Wikingów. Przedzierając się przez pradawną puszczę, traci oko. (To by trzeba filmować w jakimś rezerwacie przyrody; warto zestawić ze sceną z "TLK", gdzie grupa zbrojnych jedzie galopem przez las, pozbawiony zupełnie poszycia. No bez żartów, takich lasów nie było bodaj do XIX w.)
* Walka z Wikingami, w której nasi zwalają do rzeki drzewo, by uwięzić drakkar.
* Śmierć Mieszka i zuchwałość Bolesława, który praktycznie natychmiast podejmuje decyzję obalenia jego testamentu. Szybkość i zdecydowanie Bolesława powoduje bezpowrotne obalenie testamentu Mieszkowego, który kawał państwa przewidywał dla Ody i jej synów. (Warto zestawić z Alfredem z TLK, który ma problem z tym, że nikt nie bierze go poważnie, nie uważa za wojownika. Bolesław jest potężny, pod każdym względem, fizycznym, emocjonalnym i intelektualnym. Nikt nie potrafi mu sprostać.)
* Postać Bugaja, człowieka z nizin, który swoją przemyślnością i zdecydowaniem dostaje się do elity. Ten musiałby być brzydki, ale widać że twardy.
* Dzierżko, który zaczyna jako chłopię, jak i Uhtred, a potem wyrasta na wojownika, jak i Uhtred. To on doprowadza do zdobycia Wolina czy też Jomsborga i w nagrodę zostaje jego jarlem. Piękne połączenie Polaków i Wikingów.
* Scena z wojny z Henrykiem, gdy wojowie stoją bezradni na wałach Poznania i patrzą jak płoną okoliczne wsie. Wymieniają ich nazwy i rodzi się w nich świadomość jedności losu z okolicznym chłopstwem.
* Scena paktowania z Henrykiem. Parlamentariusze niemieccy przychodzą do Bolesławowego dworzyszcza, tam czekają na nich książę i dwóch negocjatorów. Książę siedzi z zamkniętymi oczami. Jeden z naszych rzuca na niego okiem z przerażeniem: "Zasnął?!" Po długich przemowach Niemców, ich twardych warunkach, Bolesław otwiera oczy i mówi, że w zasadzie mógłby im łaskawie zagwarantować bezpieczny powrót do domu. "Ale jak to? Przecież nasza armia stoi pod twoją stolicą!" "Armia głodna, długo nie wytrzyma. Wy słabniecie, a my jesteśmy coraz mocniejsi."
* Stary rybak mówi młodym: "Będzie wojna!" "A skąd to wiecie, dziadku?" "Książę kazał ryb nałapać" "No to może będzie uczta?" "Nie. Na ucztę kazałby dostarczyć natychmiast, żeby były świeże. A dziś kazał suszyć."
* Scena z najazdu na jakieś plemię, gdzie protagonista zdobywa wielki bursztyn i kobietę. Kobieta tak straumatyzowana, że dopiero na starość zaczyna się jakkolwiek otwierać na niego emocjonalnie. A zaś bursztyn ma służyć jako wykup dla Bugaja, bo podpadł jakiejś możnowładczej rodzinie. Bugaj jednak poradził sobie własnym przemysłem, więc starzec wyrzuca bursztyn do rzeki. Okazuje się, że ten ród to to samo plemię, które do dziś rozpamiętuje utratę bursztynu i śpiewa, że każdemu można wybaczyć, ale nie temu, który ukradł nam bursztyn.
Im dłużej o tym myślę, tym więcej scen z powieści do mnie wraca. Męczeństwo pięciu braci męczenników. Epizod czeski Bolesława. Oślepiony Bolesław Rudy, kręcący się bez sensu po pałacu w Krakowie. Dziewczyna ożeniona z księdzem, pod każdym względem plugawym. Kopalnia srebra na Śląsku. Dużo tego, trzeba by jeszcze kilka razy przeczytać dzieląc na sezony serialu.
Pytanie, czy ktokolwiek w Polsce byłby w stanie nakręcić coś z odpowiednim rozmachem, emocjami i techniczną doskonałością? Trzeba by sięgnąć po młodych zdolnych po Filmówce albo Akademii Teatralnej. Może jacyś mało znani aktorzy teatralni? Za Mieszka mógłby robić Olbrychski.
Za statystów mogą robić rekonstruktorzy; mamy dosyć i Wikingów i wojów Piastowych.
Czy znalazłby się w Polsce reżyser, który by temat udźwignął?
Skoro ten gatunek jest już dobrze znany w Anglii i Ameryce, może warto by posłać kogoś na asystenta reżysera, żeby się rok-dwa lata wdrażał w branżę?
Taka sztuka ma na pewno sporo tricków, których nie widać na pierwszy rzut oka. Ot, choćby, wydaje się, że najdroższy będzie pierwszy sezon. Trzy następne możnaby nakręcić na jednym posiedzeniu, a potem spokojnie robić postprodukcję. (Może dlatego w TLK wszyscy mają ciągle te same łachy, żeby się nie pomieszało.)
Problemem TLK jest ideologia. Chrześcijaństwo jest pokazane karykaturalnie, już lepsze pogaństwo, a w trudnych chwilach pomoże jedynie hardcorowa czarna magia. Bohaterowie jakby granatem wyrwani z XX w., tylko im w głowie indywidualizm i feminizm. Inaczej podchodził do tego Gołubiew, który pisze, że największym wyzwaniem było dla niego wczucie się w człowieka średniowiecza i próba zrozumienia, w jaki sposób ten widział świat. U Gołubiewa też jest spór chrześcijaństwa z pogaństwem, ale role inaczej są rozdane (choć też mamy księdza plugawca, ale wspanialsi są Wojciech i Radzim).
Ładnie napisał autor "TLK", a dokładniej cyklu powieściowego "Saskie opowieści", na którym rzecz jest oparta, że ludzie mało wiedzą o początkach Anglii. Gołubiew też ładnie napisał, że kiedy pytają go, kto jest bohaterem jego powieści, to ma kłopot, bo w sumie jest nim bohater zbiorowy -- Polska, Polacy.
Siedem tomów "Bolesława" to na oko pewnie z siedem sezonów, choć kto wie, jak to się w praktyce przekłada.
Po "Bolesławie" można podejść do "Srebrnych orłów" Parnickiego. Warto sprawdzić "Nową baśń", bo na oko może się to łączyć.
Zofia Kossak też zostawiła po sobie genialne rzeczy. Epicka jest "Złota wolność", z dylematami arian sądeckich, bitwą pod Kircholmem i oczywiście zdobyciem Moskwy. Czy "Błogosławiona wina" da radę? To w sumie opowieść o dojrzewaniu pana Sapiehy, nie ma takiego oddechu, tej szerokości.
A na koniec klejnot w koronie królów, czyli "Krzyżowcy", ale to już wyższa szkoła jazdy. Koprodukcja co najmniej z Francją i Turcją (a może zamiast tego Marokiem?). Wielkie wyzwanie artystyczne i logistyczne.

Komentarz

  • edytowano February 20
    To Ignac na Prezydenta czy za Glińskiego do MKiDN?

    PS: Oczywiście ma Kolega słuszną i oczywistą słuszność.
  • Niee no, Gliński niech kopsnie z dyszkie, a Prezydent obejmie chonorowym padronatem, nie?
  • Mają coś czego brak nam.
  • Rafał napisal(a):
    To Ignac na Prezydenta czy za Glińskiego do MKiDN?
    Za Glińskiego! Za Glińskiego! Za Glińskiego!
    (przepraszam za prywatę ;-))

  • przecie to się nadaje na kampanię wyborczą pt budowanie świadomości obywateli
    wszystkie artystyczne dusze spoza obecnego grajdołą artystycznego postawią krzyzyk (na karcie, nie na tym)
    sprzedaj Pan to Dudzie, bo juz mu sie watki kończą
  • edytowano February 20
    los napisal(a):
    Mają coś czego brak nam.
    Bo ja wiem? Jest-li to umiejętność zmuszenia aktorów do tego, ażeby umieli wyrazić swym obliczem jakieś emelentarne emocje? Bo ja wiem, spojrzeć w lewo w jakimś konkretnym celu, spojrzeć w prawo żeby pokryć zmieszanie? Dialogi serio muszą być nudne? Nie mogą aby popychać akcji do przodu?

    No, na szczęście akurat dialogi ogarnął Gołubiew, a on nie był nieogarem.

    Już klasyk mawiał, że aktorzy są od grania jak sędziowie od orzekania. Czemu mieliby grać gorzej niż ci orzekają?
  • Chętnie obejrzałabym.
    Ignatz za Glińskiego!
  • Ło, pierwszy odcinek znalazłem na Jutrąbce. Niestety, spofodu dubbing nie słychać aktorów.

    Pierwsze dwie minuty i następująca po nich animowana czołówka są tak intensywne, że wyłączyłem telewizor, nie mogłem tego oglądać.

    Zwłaszcza powalił mnie ten chłopiec, od 2:15, który patrzy przez okienko -- i widzi śmierć. I niby ot tak patrzy prosto, ale mnie to powaliło.

  • Niezłe są sceny z przebieralni. Pokazują ogrom pracy, wiedzy i rzemieślniczej biegłości, która jest potrzeba, żeby normalnych kolesi pozmieniać w Duńczyków i Sasów. Ci aktorzy patrzą normalnie. W filmie -- nie. Zwłaszcza ten Aethelwold, w filmie od początku skończony dupek, WYGLĄDA jak skończony dupek. A w przebieralni? Normalny kolo, nawet z tymi syfkami na twarzy wygląda normalnie. Dopiero się zmienia jak zaczyna pracę. Noż niesamowite to.





    Aże mi się przypomniała rozmowa "za kulisami" z kostiumolożką z "The Mecenas", no ten z Fassbinderem. I ona mówi, że poziom skoncentrowania na szczegółach, poziom ogarniania wszystkiego był taki, że "było dla mnie zaszczytem pracować przy tym dziele sztuki, stać się jego częścią".



    O to chodzi. Chodzi o jakość.
  • Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
    los napisal(a):
    Mają coś czego brak nam.
    Bo ja wiem?
    Miałem na myśli patriotyzm.
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.