Zofia Kossak-Szczucka-Szatkowska -- Wątek bezkrytyczno-literacki

Ovaj, zrobiłem ja kwerendę na obu forumkach i wyszło mie, że jednak dość słabo twórczoś ZKS jest na tut. Forum rozkminianą. A niesłusznie.

Takie o to znalazłem dwa wywłątki:
https://excathedra.pl/index.php?p=/discussion/10486/troja-polnocy/p1
https://www.tapatalk.com/groups/pismejker/b-ogos-awiona-wina-zaszczytny-obowi-zek-t5227.html

Mao? Stanowczo za mao. Wogle, ja uwarzam rze dana pani Zosia to zasługuje na własny wywłąt, skońcentrowany na pisaniu, jak bardzo się dany osobnik enthusiasmuje jej tfurczością. Bonusy premiowe za szczegółowe wyliczanie dlapoczemu, jak również za bezspojlerowe streszczenia co fajniejszych sceniąt.

Ja zaś na ten naprzykład, wzięłem ja w dłoń książkę "Dziedzictwo", w którem pani Zosia opowiada o losach swej rodziny, jakoś tak od lat 40. XIX w. do drugiej połowy tegoż wieku, ale nie mam pewności, gdyż są trzy tomy, a ja w połowie dopiero drugiego i jestem pod koniec 1861 r.

Czemu zaś o tem ja piszę? Ano temu, że właśniem był przeczytał "Górę Czarownic" Tomasza Manny i tam bryndzą utworu był jakiś tam spór ideowy, który staczali dwaj protagoniści z kartonu wycięci. Smętne były ich pozycje, smętne argumenta, wogle, wszystko moczem mysim trąciło. Jeden że niby mason-chómanista, a zaś drugi katol-komunista. No, przyznacie że sranie w banie i gdyby nie to, że Manna wielgim pisarzem jest, to by nie się czytać dało.

A zaś pani Zosia? Ło! Pani Zosia ma np. chętkę opisać przedpowstaniowy spór Białych z Czerwonymi. Jico? Ji wydestylowuje essencję Bializmu i Czerwonizmu, a potem każe ją w abstrakcji wyklepywać dwom wariatom, że niby przekonują młodego do swojej fajności? Pfff. Ło nie, cototo nie. Otóż pani Zosia inną ma metodę tfurczą. Mianowicie, spisuje se z Wikipedii, a zapewne i ze szczegółowszych opracowań, kto w danym okresie czem się zajmował, a zaś potem z tej gamy nazwisk tworzy prawdziwych protagonisto-antagonistów, bo przecie u każdego między złem a dobrem granica przechodzi przez osierdzie. Tym protagonistom daje rysy oblicza oraz duszka, jakieś tam ambicje, zamiary, cele, motywacje i cechy charakterków. Potem wrzuca ich w wydarzenia, które są, bo ja wiem, prawdziwe albo zmyślone, i w takim matriksie każe wybrzmiewać Białości i Czerwoności. I się okazuje, że jedni są pedziami, drudzy narwańcami, że co oni mogą jak w sumie niewiele mogą. Że Wielopolski to w sumie fajny kolo, ale straszny zadufek i arogant, no myślałem że to o Kaczyńskim książka.

Nie do wiary, jak pięknie pani Zosia odpracowała dwór swoich przodków we wiosce pod Kaliszem. Jak przekonująco stosunki społeczne pomiędzy państwem, chłopstwem a żydowstwem. Jakie to wszystko żywe jest a jędrne. No i ci Francuzi, co wannę ukradli, jak pięknie, jak refren powracający. Szlachta ze swoją śmiesznością i małą wspaniałością. Żydzi ze swoją przemyślnością, zaradnością i pożytecznością dla panów. Chłopi. A, no druga poza biało-czerwoną sprawą, to sprawa włościańska, że niby chłopów uwłaszczyć czy też obczynszować. (Ja to się przyznam, że z obecnego point de vue to myślę se, że folwarki były agrobizniesem jak się należy, że ziemia się nie rozciągnie i że z rozparcelowania gleby między chłopstwo to wyniki by były jak w jakimś RPA czy innym Zimbabue, ale nich.) I ta sprawa włościańska też nie jest laboratoryjnie wypreparowana, ale widać, jak chłopom zależy, żeby móc posiadać Matkę-Ziemię, szlachta się opędza, a Czerwoni cięgiem tylko obiecują, zwodzą i instrumentalizują chłopską żądzę do gleby, tak.

Paryż. Nie znam się na Paryżu, ale opisany fajnie.

Warszawa -- jak żywa. Autorka nie daje bohaterce łatwego życia. Jak przyjeżdża z Paryżewa i idzie spocząć w Hotelu Europejskim, to oczywiście dzieje się to w dniu, kiedy wystawiono w lobby zwłoki Pięciu Poległych i kolega Julka Kossaka robi im zdjęcia.

image

Innym razem opisuje, gdzie aby zamięszkali we Warszawie. I ja tak czytam, czytam i se we łbie układam, kurde, to musi być gdziesik na rogu. No ale jak na rogu, kto ma dom na rogu? A potem pisze, jak to po ulicy hulali jacyś Czerkiesi czy inni Kozacy i jak strzelali do wszystkich, a malcy strasznie chcieli to zobaczyć, bo ich fascynowało, a mamusia się bała, że ich zastrzelą dzikusy, więc się kazała im położyć, a jak jeden dorósł to został wielgim malarzem i tak to zmalował:
imageNoji, prosz. Rzeczywiście na rogu.

I jakiż tam jest korowód postaci herstorycznych, to się po prostu w pale nie mieści. I każda z tych postaci ma swoje zady, ma i walety. Każda po swojemu myśli, mówi, na człowieczy wzór. Co więcej, każdą (no, prawie) można znaleźć w Wikipedii. Takiego np. Oskara Awejde to specjalnie szukałem i se za karę zaspojlerowałem, no ale moja wina bo nie wierzyłem, że się tak można nazywać --------> https://pl.wikipedia.org/wiki/Oskar_Awejde

A o Aleksandrze Gerstenzweigu słyszeli? Wnuk jenerała Madalińszczaka i zajadły anty-Polak ------------> https://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksandr_Gerstenzweig

Sprawdźcie w tej Łajeczce, cóż o jego zgonie napisali, nu, tyle co nic, co? Ale przecie nie zwątpiłem ja w pracę źródłową pani Zosi, nie! I zostało to mi wynagrodzone w innym łajkowym biogramie, innego pana, o którego istnienium w życiu nie słyszał -----------------> https://pl.wikipedia.org/wiki/Karol_Lambert

Hm, nie to nie tu. To co, przyśniło mi się, czy ki pierun, czekejcie, nu... O, jest! -------------> https://pl.wikipedia.org/wiki/Stan_wojenny_w_Królestwie_Polskim_(1861%E2%80%931862)

I się okazuje, że co do litery wszystko, co pani Zosia napisała, ma poparcie we fakcie autentycznem.

Kurde, tam nawet się szwenda Narcyza Żmichowska, a mamusia poetki Deotymy robi dla niej popijawki i każe deklamować. Ileś tam działaczek kobiecych się przewija, każda z imieniem i nazwiskiem, większość z charakterkiem i wpisem w Łajce. Jest też przytułek dla sierot w Irkucku, a drugi w Warszawie im. ks. Boduena, i ten ostatni dostał wymówienie umowy, i z nowym lokalem rzemieślnik się z ul. Starej zgłosił, a dominikanie dali część swojego dziedzińca na ogródek. I co? I to jest tam, gdzie dziś Fundacja Stopociech, no tak z grubsza.

Bo jeśli chodzi o ks. Boduena, to jest jeszcze grubiej:
W Warszawie nadal funkcjonuje placówka założona niegdyś przez Baudouina (najstarszy w Polsce Dom Małych Dzieci, działający nieprzerwanie od ok. 1732 r.) – Dom Dziecka nr 15 im. Ks. G.P. Baudouina (ul. Nowogrodzka 75)
https://pl.wikipedia.org/wiki/Gabriel_Piotr_Baudouin

Nu, jak widzący jeszczem nie przeczytał, a zajarałem się jak zwierzę do tej książki.

I to też świetny na serial materiał. Ileż postaci, ileż bohaterów, panie panowie! Jeszczem nawet o abpie Zygmuncie Szczęsnym Felińskim nie wspomniał wogle. Bo on dopiero w książce się pojawił się, a ja już widzę, że inaczej postać jego spiżową widziałem, z lektury jego pamiętników.

O, i tu dochodzimy do miejsca, gdzie ja wreszcie będę kończył. Bo wiecie, czego mi zabrakło? Generalnie w każdej powieści historycznej, która jakieś tam pretensje do herstoryczności ma prawdziwej, a nie tylko z palca wyssanej -- powinien być dodatek źródłowy, w którym to autor się bez krygowania wyzewnętrznia, wiele to w danej powieści prawdy szczerej a żywej, a wiele se zmyślił i we łbie pustem uroił. I skąd brał fakty i faktoidy? W archiwum carskim gmerała pani Zosia, że napisała że ten czy tamten taki czy inny napisał telegram? Czy też zmyśliła? Nu, nie zarzucam ja że źle zmyśliła, gdyż zmyślone to wszystko świetnie, palce lizać i obgryzać. Ale zmyśliła czy nie? I czy czytała pamiętniki Felińskiego? No chyba musiała, nie? Ale gdyby je przeczytała, to nie napisałaby w tej książce jednego zdania. Chyba że nie całe czytała, tylko od tego kawałka, który ją interesował. Wolno? Wolno. Ale bym chciał wiedzieć co y jak, a zaś nie wiem.

Zofia Kossak -- "Dziedzictwo" -- polecam!

Komentarz

  • A, no i zajebiaszcze cameo ma w książce Lucyna Ćwierciakiewiczowa, ta od książki kucharskiej, no kto by się spodziewał, panie kochanku!
  • Tak bardzo zachęcił mnie Kolega do tego "Dziedzictwa", że wezne i przeczytam.
  • Ciekawa sprawa. Zofia Kossak pisze w Dziedzictwie, że Ćwierczakiewiczowa to była jakaś fanatyczka polskości i że publicznie przeklęła abpa Felińskiego do trzeciego pokolenia (!) za rzekome mizianie się z carem.
    Najlepsze, że de domo nazywała się Lucyna von Bachman
    Pochodziła z von Bachmanów, rodziny znanej z niepospolitej ekstrawagancji. Córka prawnika, odebrała wykształcenie domowe. (...)
    Zdaniem jednej z badaczek twórczości Lucyny Ćwierczakiewiczowej, Izabeli Wodzińskiej promując zdrową dietę, ruch i gimnastykę, Ćwierczakiewiczowa znacznie wyprzedziła swoją epokę i stała się prekursorką obowiązującego dzisiaj trybu życia[5]. Sama była osobą bardzo otyłą[6].
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Lucyna_Ćwierczakiewiczowa
  • A to mało takich?
  • Ciekawe. Otóż dom im. ks. Boduena ma swoją stronę internetową ----> http://baudouin.waw.pl/historia/ i tam nic nie piszą o tej siedzibie koło dominikanów. Więc może coś pani Zofia naciągnęła, żeby jej lepiej pasowało. Ale historia niezła jest -------> http://www.baudouin.waw.pl/fundacja/wp-content/uploads/2021/12/275lat.pdf

    Uświadomiłem sobie przy tem, że onże ksiądz Boduen był pionierem okien nadziei, gdzie dzieciątka porzucone porzucano. A żeby nie musiały ginąć marnie, to opieką zajmowała się organizacja danego księdza. Stąd Szpital Dzieciątka Jezus, który dał później nazwę placowi Wareckiemu, ale potem plac Dzieciątka Jezus został przez masonów przezwany placem Napoleona, przez hitlerowców placem Pocztowym, a przez komuchów placem Powstańców Warszawy.

    Uświadomiłem sobie, że to o nim musiał poruszać ksiądz Kitowicz w "Opisie obyczajów". Nu, czekejcież...

    Drugi fundusz pobożny, pod tytułem Dzieciątko Jezus, założony jest od pewnego misjonarza, Boduę nazwanego, rodem Francuza. Ten ksiądz wzruszony miłosierdziem nad dziećmi podrzuconymi, z rozpusty nabytymi, które matki tając wstyd na ulicę wyrzucały, a czasem w Wiśle albo lada gdzie w błocie topiły, co także i rodzicy dobrego małżeństwa ubóstwem ściśnieni dzieciom swoim czynili, zawinął się do kwesty na te dzieci. Udał się do królowej, wielce pobożnej pani, tudzież do innych panów i pań; począł zbierać takowe dzieci, oddawał je kobietom najętym do karmienia piersią, którym płacił na miesiąc od jednego dziecięcia po złp. osiem. Wkrótce to jego ułożenie wzięło wzrost spory. Kupił kamienicę pod dominikanami-obserwantami, wedle magazynu królewskiego, Oboźne nazwanego. Osadził w niej trzy panny miłosierne, pospolicie szarymi siostrami od sukien takiego koloru zwane; zlecił im wychowywanie do większych lat dziatek od mamek odebranych; opatrzył tak panny miłosierne, jako też dziatki przyzwoitymi wygodami. Przybywało znacznie funduszu, ale też przybywało i dzieci, których niemal co noc po kilkoro pod tęż kamienicę podrzucano, tak iż już w spomnionej kamienicy pomieścić się nie mogły.
    https://literat.ug.edu.pl/kitowic/k0005.htm
  • Sama była osobą bardzo otyłą
    Słuszna to rzecz, jeśli się pisze książkę kucharską!

    A swoją drogą zabawna koincydencja czasowa z tym wątkiem, bo właśnie zacząłem sobie czytać "Złotą wolność" wzmiankowanej Kossak Zofii.
  • Exspectans napisal(a):
    Sama była osobą bardzo otyłą
    Słuszna to rzecz, jeśli się pisze książkę kucharską!

    A swoją drogą zabawna koincydencja czasowa z tym wątkiem, bo właśnie zacząłem sobie czytać "Złotą wolność" wzmiankowanej Kossak Zofii.
    I ja! Jakoś w grudniu, odłożyłem i wracam.
  • Że Wielopolski to w sumie fajny kolo, ale straszny zadufek i arogant, no myślałem że to o Kaczyńskim książka.

    Nie chcę się chwalić, ale ja już dobrych kilka lat temu dostrzegłem to niepokojące podobieństwo. To słynne zdanie o robieniu dla Polaków, ale nie z Polakami, brzmi aktualnie. :( Nawet chyba gdzieś na forum napisałem to, ale musiałbym sprawdzić.

    Co się tyczy głównego wątku - muszę przyznać ze wstydem, że nie przeczytałem jak dotąd ani jednej książki Kossak-Szczuckiej. :( Ten wątek zachęca do nadrobienia tegoż braku. Tylko niestety ten brak czasu... Poza tym aktualnie na tapecie mam ogromną dwutomową "Historię chrześcijaństwa" Roszkowskiego, nabytą na własność, więc nie stresującą upływaniem terminu wypożyczenia. ;)
  • Zofia lepsza batalistka od Henryka
  • Mnie się najbardziej podobało, jak latopak złapał gołębia Filiona za ogon.
  • edytowano April 3
    Błogosławiona wina.
    Nieboga mama mamy mej. Otrzymała od proboszcza miejsca pątniczego. Któren wzruszył się był pobożnością jej.
  • christoph napisal(a):
    Błogosławiona wina.
    Nieboga mama mamy mej. Otrzymała od proboszcza miejsca płatniczego. Któren wzruszył się był poboznoscią jej.
    Też czytałem. 45 lat temu, polecona przez księdza katechetę.
  • Czytałem tylko "Błogosławiona Winę". Niezła, choć za styl bardziej cenię Sienkiewicza i Orzeszkową, nie mówiąc o Żeromskim. Choć kolegina recęzja zachęca nie peem żeby poczytać wincy.
  • Co do stylu Żeromskiego zdania są podzielone. Jak kiedyś przeczytałem rodzinie jedno zdanie z Wiatru od morza, to ze śmiechu wszyscy pospadali z krzeseł, takie było dziwaczne. Ale dziadek mojej żony, owszem, był Żeroma hoolsem.
    Mam wrażenie, że ZKS nie bawi się w styl, tylko po prostu pięknie opowiada. Widać to o czym ona pisze.
  • Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
    Co do stylu Żeromskiego zdania są podzielone. Jak kiedyś przeczytałem rodzinie jedno zdanie z Wiatru od morza, to ze śmiechu wszyscy pospadali z krzeseł, takie było dziwaczne. Ale dziadek mojej żony, owszem, był Żeroma hoolsem.
    Mam wrażenie, że ZKS nie bawi się w styl, tylko po prostu pięknie opowiada. Widać to o czym ona pisze.
    To się chyba z czasem (czyt. doświadczeniem pisarskim) zmieniało: w "Przedwiośniu" zdania elegancko płyną, w przeciwieństwie do "Ludzi bezdomnych" (dzisiaj pewnie skrytykowano by, że powinno być "Ludzie w kryzysie bezdomności").
  • Przemko napisal(a):
    I ja! Jakoś w grudniu, odłożyłem i wracam.
    To u mnie nawet śmieszniej: zacząłem to słuchać w audiobooku na yt i odłożyłem chyba na 5 lat, a teraz w końcu kupiłem normalną, fizyczną książkę.

  • edytowano April 3
    Coś w tym jest z tym Stefanem. Sienkiewicz sprawia wrażenie, że genialne frazy spływają mu z pióra w czasie jazdy tramwajem, od niechcenia. To płynie po prostu. Proza Żeromskiego to praca w kamieniołomach, każde zdanie okupione jest krwią i cierpieniem, słowa dobierane są ostrożnie, powoli, ciosane siekierą. Ale mimo to fascynuje. I nikt chyba jak on nie potrafił tak mistrzowsko i plastycznie opisywać ważnych scen powieści, rozpaczy swoich bohaterów. Na myśl przychodzą mi np. w moich ulubionych "Popiołach" sceny nocnej schadzki Rafała Olbromskiego, zdobycie Saragossy, bitwa pod Raszynem, czy włóczęga z kochanką po Tatrach.
  • Na razie przeczytałem 1/5 "Złotej wolności" (trochę wolno idzie, bo jeszcze inne książki czytam po trochu) i mam jedno negatywne wrażenie (być może to się jeszcze zmieni po przeczytaniu całości): na razie nie wiem w ogóle, w którą stronę to idzie. Przez sto stron jest w zasadzie tylko ekspozycja.
  • Sarmata1.2 napisal(a):
    Coś w tym jest z tym Stefanem. Sienkiewicz sprawia wrażenie, że genialne frazy spływają mu z pióra w czasie jazdy tramwajem, od niechcenia. To płynie po prostu. Proza Żeromskiego to praca w kamieniołomach, każde zdanie okupione jest krwią i cierpieniem, słowa dobierane są ostrożnie, powoli, ciosane siekierą.
    Moja nauczycielka jęz. polskiego, śp. Anna Radziwiłł zrobiła nam kiedyś lekcję porównawczą, gdzie mieliśmy porównać sposób przedstawiania świata przez Reymonta i Żeromskiego. Głowiliśmy się nad tymi różnicami a Pani Profesor w którymś momencie zaingerowała: "Jeszcze jednego tu nie usłyszałam, więc zadam pytanie pomocnicze: a ten Żeromski to tak w ogóle lubi tych ludzi, których opisuje?" ;-)
    Potem przyznała się szczerze, jako lewicująca katoliczka (w PPS-owskim stylu), że jeśli chodzi o styl pisania i w ogóle patrzenia na świat, to bliżej jej do "reakcyjnego" Reymonta niż do "postępowego" Żeromskiego.

  • I dlatego to Reymont dostał Nobla. Jak ja nie znoszę takiego szlacheckiego wywyższania się jak Żeromski!
  • los napisal(a):
    I dlatego to Reymont dostał Nobla. Jak ja nie znoszę takiego szlacheckiego wywyższania się jak Żeromski!
    +100
    A klasycznym przykładem "Uciekła mi przepióreczka" z morałem: "Ogarnij się chłopie, bo jak nie, to znów przyjadę i odbiję ci żonę na amen!"
  • Zawsze mnie ujmowało to pierwsze zdanie Stefana: "Ogary poszły w las". Idealne wejście w powieść.
  • Jakbyśmy nie cmykali szczękami jest niewątpliwie czterech genialnych: Henryk, Stefan, Władysław i Bolesław. A tuż przy nich wielka Eliza. Potem długo długo nic. No, może jeszcze Maria D.
  • Zazu napisal(a):
    Zawsze mnie ujmowało to pierwsze zdanie Stefana: "Ogary poszły w las". Idealne wejście w powieść.
    Bo to zdanie jest genialne. Nie jest przefilozowane, nie jest przegaadne. Jest ruch. Jest polowanie, jest ognisko, jest nagonka, 19 filmów o tym nakręciłem!

    Natomiast nie z tym zdaniem jest problem u Żeroma. Tylko z innymi. Bobkowski fajnie kedyś napisał, że fraza Żeroma jest jak przesłodzona wirtuozeria cukiernicza. Szlaczki, falbanki, aż zemglić może. A potem, powiada, rzucam się na ociekającego juchą Sienkiewicza -- i żrę, i żrę, i żrę.

    "Syzyfowe prace" robią za rzecz nudną a piłę. Dziecięta moje, zmuszone do konfrontacji z tym utworem -- cierpią. Ale znany radziecki komunista Karol Radek nie cierpiał, ba, przyjął se pseudo od głównego bohatera tej książki. Tak było.
  • edytowano April 8
    Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):

    "Syzyfowe prace" robią za rzecz nudną a piłę. Dziecięta moje, zmuszone do konfrontacji z tym utworem -- cierpią.
    Prawdziwe cierpienie to się zacznie przy "Osoboludziach w kryzysie bezdomności". A osobliwie przy memuarze Joasinym znajdującym się w środku owego dzieła.

  • Exspectans napisal(a):
    Na razie przeczytałem 1/5 "Złotej wolności" (trochę wolno idzie, bo jeszcze inne książki czytam po trochu) i mam jedno negatywne wrażenie (być może to się jeszcze zmieni po przeczytaniu całości): na razie nie wiem w ogóle, w którą stronę to idzie. Przez sto stron jest w zasadzie tylko ekspozycja.
    Całe szczęście, że nie wiem co to ta ekspozycja. Może i dzięki temu podobało się mi.
  • los napisal(a):
    I dlatego to Reymont dostał Nobla. Jak ja nie znoszę takiego szlacheckiego wywyższania się jak Żeromski!
    Żeromski nie wywyższał się szlachecko tylko postępowo.
  • Exspectans napisal(a):
    Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):

    "Syzyfowe prace" robią za rzecz nudną a piłę. Dziecięta moje, zmuszone do konfrontacji z tym utworem -- cierpią.
    Prawdziwe cierpienie to się zacznie przy "Osoboludziach w kryzysie bezdomności". A osobliwie przy memuarze Joasinym znajdującym się w środku owego dzieła.

    przynajmniej krótsze
  • KazioToJa napisal(a):
    los napisal(a):
    I dlatego to Reymont dostał Nobla. Jak ja nie znoszę takiego szlacheckiego wywyższania się jak Żeromski!
    Żeromski nie wywyższał się szlachecko tylko postępowo.
    A jak różnica? Kto ma niby być postępowy jak nie szlachta? No może jeszcze Żydzi.
  • żydzi są wybrani
  • @Szturmowiec.Rzplitej Przyznam, że trochę mnie Kolega zainspirował do szybszego (planowałem to bowiem od jakiegoś czasu, ale nie mogłem się zebrać) wgłębienia się w historię powstania styczniowego – i pod kątem literackim i historycznym. Aczkolwiek zacząłem od tego drugiego.
    Zatem na razie sobie czytam opasłe tomiszcze Kieniewicza, a dalej w kolejce czeka "Historya dwóch lat" Przyborowskiego – i, o ile jej Kolega już nie zna, może być chyba dobrym źródłem do konfrontowania z rzeczywistością tego, co napisała Zofia trojga nazwisk. Ostatnio wyszło wznowienie w 3 (opasłych) albo 5 (nieco chudszych) tomach (to pierwsze tańsze i można za jakieś 110-120 zł nabyć na allegro). Poza tym wzmiankowany Przyborowski machnął o powstaniu jeszcze kilka innych pozycji – z czego "Ostatnie chwile powstania styczniowego" też niedawno wyszły we wznowieniu. Natomiast wszystko można sobie poczytać cyfrowo, np. w Radomskiej Bibliotece Cyfrowej.
    Noji jeszcze PIW wznowił niedawno biografię Wielopolskiego – za to też się planuję zabrać, bo chociaż konsensus (także tu na forum) jest, że margrabia to ChZCzGNCz, niemniej mam pewną intuicję, że może jednak nie aż tak bardzo do końca.

    Z powieści o powstaniu są jeszcze "Twarze 1863" Terleckiego (też PIW niedawno wznowił) i "Rok 1863" Wołoszynowskiego (na allegro nówki chodzą, a na pewno chodziły taniej niż wysyłka) – pierwszej jeszcze nie miałem w rękach, za drugą się jeszcze nie zabrałem, ale – wnioskując na podstawie "Opowiadań podolskich" tegoż autora – myśłe, że może być całkiem dobra.

  • edytowano May 14
    Exspectans napisal(a):
    PIW wznowił niedawno biografię Wielopolskiego – za to też się planuję zabrać, bo chociaż konsensus (także tu na forum) jest, że margrabia to ChZCzGNCz, niemniej mam pewną intuicję, że może jednak nie aż tak bardzo do końca.
    Wicie, no, to nie jest tak, że ZKSS maluje Wielopola iako tego ludojada bezrefleksyjnego. Przeciwnie, bym rzekł. Na moje oko dość wiernie stara się oddać sprawiedliwość jego ugodowemu myśleniu, tworzeniu instytucji, które miały dawać długoterminowe owoce plus osobistej odwadze. Do tego dodaje, że był uparty jak kozioł matoł i generalnie wredny. Myślę, że w jego przypadku minusy nie powinny przesłaniać nam plusów.

    Jest to dobry przykład jak ktoś chce dobrze i na jakimś poziomie (czyt. tworzenie stosuneczków z Moskalami i praca nad ich przerobieniem w konkretne konkrety dla Polski) jest niezły. Ale dla równowagi ma zupełne zero empatii dla tut. ludożerki. Ot przyjszła mi myśl, że takim był klasycznym udekiem, który cięgiem pomstował na kołtunerię, co nie dorosła do demokracji.

    Głębokie wrażenie zrobiła na mnie historia o amnestii, którą car Aleksander II ogłosił w Wielkanoc (radziecką) 12 kwietnia 1863. (Co ciekawe, nie ma o niej wzmianki w Łajce, ani w artykule o carze, ani w artykule o powstaniu.) Tekst był dopieszczony przez Wielopolszczaka razem z namiestnikiem, bratem carskim Konstantym Mikołajewiczem tak, żeby w miarę możności nie ranić dumy narodowej i wrócić do statusa quoa. No ale wyszedł bardzo niemiły zbieg okoliczności i sprawa upadła.

    Niektóre tematy ZKSS opracowuje ściśle wg biogramów z Łajki. W innych proponuje, powiedzmy, inną interpretację -- nie wiem, czy opartą na źródłach herstorycznych.

    Nabrałem w trakcie lektury przekonania, że nie czytała pamiętników św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, a przynajmniej pominęła nudy jak to się urodził i jakie miał przygody przed objęciem urzędu tut. abpa. Pisze bowiem tak, jak gdyby nie przeczytała najtęższego zdania w tej książce, a przynajmniej jedynego, które zapamiętałem z lektury.

    Końcówka tomu I:

    To też powołanie to nie miało wcale charakteru nadprzyrodzonego, i potrzeba było nieskończonego miłosierdzia Bożego, by ofiary, przynoszonej z taką pychą i zaślepieniem, nie odrzucić a owszem oczyszczać powoli to tak mętne i zarażone źródło. Ofiarując się na ministra Kościołowi, sądziłem, iż łaskę mu robię, opuszczając świat z ułudnemi jego nadziejami; a i to, w gruncie, było fałszem, żem się poświęcał dla Kościoła, kiedy chęć usunięcia się od świata, z powodu doznanych zawodów z jednej strony, z drugiej zaś przekonanie, iż na tej drodze najskuteczniej będę mógł służyć krajowi, były prawdziwym postanowienia mego powodem. Na moje szczęście postępowałem w dobrej wierze, nie domyślając się wcale, na jak fałszywej byłem drodze, a ta niewiadomość skłoniła zapewne Łaskawego Pana, że służby mej nie odrzucił i pozwolił, iż łuski światowej zarozumiałości powoli z oczu mych opadły i prawdziwą Światłość ujrzeć mi dozwoliły.
  • Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):Wicie, no, to nie jest tak, że ZKSS maluje Wielopola iako tego ludojada bezrefleksyjnego. Przeciwnie, bym rzekł. Na moje oko dość wiernie stara się oddać sprawiedliwość jego ugodowemu myśleniu, tworzeniu instytucji, które miały dawać długoterminowe owoce plus osobistej odwadze. Do tego dodaje, że był uparty jak kozioł matoł i generalnie wredny. Myślę, że w jego przypadku minusy nie powinny przesłaniać nam plusów.
    O, to ciekawe. Bo za ZKSS się jeszcze nie zabrałem. Z tego co zauważyłem, przeglądając sobie na razie bardzo pobieżnie Przyborowskiego, to on maluje Wielopolskiego w całkiem pozytywnych barwach, chociaż sam w czasie powstania trzymał z najczerwieńszymi z czerwonych (m.in. z Chmieleńskim OIDP).
    Na razie mam jednak zbyt mało danych, żebym mógł powiedzieć, że mam wyrobiony pogląd na tę postać. Jedyne co to mam przeczucie, że może jednak stał kilka poziomów wyżej od takiego tuska.
  • Exspectans napisal(a):
    mam przeczucie, że może jednak stał kilka poziomów wyżej od takiego tuska.
    I to jest możliwe, ale miał słaby pijar i w ogóle komunikację strategiczną -- co w konsekwencji doprowadziło do niekontrolowanej eskalacji.
  • edytowano May 14
    Mnie się Pan Margrabia kojarzy jeno z poniższą pieśnią:

    (tekst Jerzy Czech, muzyka Przemysław Gintrowski - z albumu "Kamienie")
  • w podobnym klimacie.
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.