Rewolucja

Przedmioty nie są w stanie dostarczyć luksusu. Jedyny prawdziwy luksus to mnogość sług i nałożnic.

Nicolas Gomez Davila (z uzupełnieniem losa)

Żyjemy w czasach paradoksalnych - nigdy wcześniej bogaci nie byli tak bogaci i nigdy wcześniej ze swego bogactwa nie mieli tak mało. Bogacz może sobie kupić luksusowe przedmioty, z których pożytku będzie mieć tyle co z przedmiotów pospolitych - Ferrari dowiezie go do celu nie lepiej niż Fiat Panda i nawet szybciej mu nie będzie wolno jechać, 18-letnim Lagavulinem ubzdryngoli się nie lepiej niż czyściochą. A dawniej byle dziedzic jadący do dworu był witany przez szpaler chłopów z czapkami w rękach, których mógł swobodnie kazać wybatożyć a nawet i obwiesić, dziś nawet największego bogacza z uniżonością traktuje jedynie kelner i tylko kiedy go obsługuje.

Polityczna poprawność to bunt bogatych przeciw biednym. Wreszcie bogacz może przedstawić się jako ten prześladowany i z tego powodu zasługujący na przywileje, wystarczy by był sodomitą.

Komentarz

  • Jaki problem z wynajęciem zespołu nałożnic?
    Wyszukuje Kolega wydumane problemy i znajduje dla nich nietrafne rozwiązania.
  • Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
    Jaki problem z wynajęciem zespołu nałożnic?
    Tu:
    dziś nawet największego bogacza z uniżonością traktuje jedynie kelner i tylko kiedy go obsługuje.
    Nałożnica nie będzie inaczej. A wtedy nie jest to nałożnica tylko ta no...
  • Seksworkerka.
  • Pani_Łyżeczka napisal(a):
    Seksworkerka.
    Sekskelnerka
  • W Polsce jeszcze jest namiastka normalności i mogą się zaszczepić przed tłuszczą
  • edytowano January 9
    Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
    Jaki problem z wynajęciem zespołu nałożnic?
    Wyszukuje Kolega wydumane problemy i znajduje dla nich nietrafne rozwiązania.
    Oczywiście za pieniądze i w ramach kontraktu ktoś może poudawać choćby nałożnicę i niewolnika. ale jednak to nie to samo, co móc proceder ich posiadania i wykorzystywania czynić bez ograniczeń i całkowicie bezkarnie, co znamionuje prawdziwego pana przez duże P.
  • Są i tacy. Było sporo filmów na ten temat. Tymi nałożnicami są porwane i sprzedane dziewczęta.
  • No właśnie, nie zapominajmy o Epsteinie. Myślicie, ze był jedyny?
  • loslos
    edytowano January 10
    Przez wieki klasa wyższa miała dwa słodkie jak nektar i ambrozja przewagi nad niższymi klasami - nieograniczoną władzę i wyniesienie moralne. Bardzo to popsuło chrześcijaństwo czyniąc bogactwo i potęgę moralnie podejrzanymi - bo prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego. A potem jeszcze do chrześcijaństwa w potępieniu bogactwa dołączył marksizm.

    Neomarksizm jest bardzo mądrą mutacją marksizmu - zachowując jego błędy odrzuca to, co w nauce marksizmu było prawdziwe. Nadal mamy walkę klas ale klasą uciemiężoną przestają być naprawdę uciemiężeni a stają się nią miłośnicy dziwnych obyczajów seksualnych. I wcale nie trzeba zboczeń praktykować, wystarczy wyrażać się o nich z aprobata, w wyniku czego nowoczesny milioner zostaje moralnie wyniesiony nad konserwatywnego robotnika. Bo tak zabawnie się składa, że hillbillies i rednecki są bardziej konserwatywni od maklerów z Wall Street. Znowu bogaty staje się lepszy - jak to zawsze było i tylko jakiś cieśla z Nazaretu wywrócił naturalny porządek. Czasowo.

    Wiele trzeba zmienić, by wszystko pozostało po staremu.
  • trep napisal(a):
    Są i tacy. Było sporo filmów na ten temat. Tymi nałożnicami są porwane i sprzedane dziewczęta.
    Filipińska dziewczyna w piwnicy to ciągle nie to. Władcą trzeba być otwarcie, z dumą i z aprobatą świata.
  • No to wyglada, że obecnie chyba tylko król Mswati III kwalifikuje się do definicji z wpisu otwierającego.
  • loslos
    edytowano January 10
    A jeszcze sto kilka lat temu taka była w większości Europa.
  • Nie wiem czy Wańkowiczowi można ufać, ale pisze tak:
    Będąc w szkołach, przyjeżdżałem na wakacje z ideami demokratycznymi w głowie; w Nowotrzebach - podawałem służbie rękę, co, aczkolwiek z pewną dezaprobatą, było przez nich tolerowane.

    Mowy o tym nie mogło być w Kalużycach. Pamiętam, jako kilkunastoletni chłopak, przejeżdżałem z młodszym od siebie kuzynem koło wsi, która „spraulala swad'bu" (weselisko).
    Nagle od gromady odłączył się szybko uciekający człowiek - za nim goniło kilkunastu wyrostków.
    - Panicz, panicz, jon uciekaje, jon czełowieka poriezał! - darli się do mnie.

    Spiąłem ogiera (nazywał się Mohort, po Telefonie z Podola) i zrównałem się z biegnącym. Kilkunastoletni smyk - czułem się wniebowzięty, mogąc pojmać zbrodniarza.
    Na wezwanie „stój", ścigany przyśpieszył biegu. Wtedy, gdy odwrócił do mnie twarz, coś wołając, ciąłem straszliwie przez tę twarz nahajem z bykowca; przewalił się i spadł z nasypu. Jednym szczupakiem Mohort, nie kierowany, skoczył za nim w dół i zarył się po kolana w wilgotnej łące; mimo to zdążyłem ściągnąć raz jeszcze uciekającego przez grzbiet harapem; „stój" - ale wyskoczył na drugą stronę wału; trzecie uderzenie - i ścigany wpadł w Uszę, głęboką w tym miejscu, i zaczął płynąć środkiem rzeki.

    Mohort tańczył nad brzegiem - wiedziałem, że ścigany nie ucieknie, więc ,poczekałem, aż ode wsi dobiegli ścigający - rozgrzani, rozentuzjazmowani, wiwatujący na moją cześć.
    - Kogo zabił? - pytam.
    Konsternacja. Nic takiego nie było. Był on w Ameryce i tam podobno pokancerował kogoś.

    Ogarnęło mnie zmieszanie. Moja ofiara stała pod kępami łozy w wodzie przy przeciwległym brzegu i patrzała, jaki obrót weźmie pogoń. Na twarzy widniał wzbierający ślad cięcia nahajem; ścigany ubrany był z miejska, wrócił z Ameryki.
    - Sami, durnie, ścigajcie - burknąłem i odjechałem. Było mi gorzko i wstyd.

    Dla naszych kółek uczniowskich przygotowywałem właśnie referat o Towarzystwie Demokratycznym i Konarszczykach.

    Tymczasem mój postępek okazał się bardzo popularny.
    Nasz stangret, Auchim, chodząca powaga o kamiennej twarzy, ulubieniec brata, z którym jeździł setki wiorst, przy czym nigdy nie wymieniali z sobą ani słowa (prócz tego, że co kilka minut brat
    zapalał i pociągał dwa papierosy, po czym jeden z nich wtykał Auchimowi w usta), wioząc mnie nazajutrz w sąsiedztwo, odwrócił swoją czerwoną niby toporem ciosaną gębę i powiedział:
    - Ależ panicz dał temu wczoraj.., - i cmoknął na konie.
    Była to pochwała z najautorytatywniejszego miejsca i duszę moją na krótką chwilę zalała błoga duma.

    Potem - rzecz prosta - miałem wyrzuty sumienia, których jednak nie mógł zrozumieć żaden z wasali.
    - Jak ten raz nie zasłużył, to na pewno wart za inne rzeczy... - tłumaczył nadleśny Malkiewicz.
    Panu wiele było można, panu wiele nie można było.
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.