Wieś i miasto

loslos
edytowano September 9 w Forum ogólne
Polacy są ze wsi ale mieszkają w mieście. Ma to ten skutek, że nie znają zasad czyniących życie możliwym w ich otoczeniu i istotnie miasto polskie nierzadko jest miastem z sennego koszmaru.

Jak w jednym zdaniu podsumować różnicę między chłopem a miastowym? Chłop żyje z majątku a miastowy z wiedzy. Miedzy wielkością gospodarstwa a poziomem życia chłopa relacja jest niemal deterministyczna. W mieście majątek ma znaczenie mniejsze, bo nie zawsze pracuje na utrzymanie właściciela. Kamienica może przynosić dochód ale nie każdy będzie kamienicznikiem (a gospodarstwo powinien mieć każdy chłop). Można żyć z oszczędności ale kiedyś się one skończą, jak nie w tym, to w przyszłym pokoleniu. Miastowi żyją z pracy ale inaczej niż na wsi jest ona opłacana w sposób bardzo zróżnicowany, stukrotna różnica nie jest czymś dziwnym. Polacy myślą jak chłopi - są chciwi ponad potrzebę a lekceważą konieczność podnoszenia kwalifikacji, choć oczywiście się to zmienia - każdy w końcu zauważa rzeczy oczywiste.

Wiecie ile czasu trwa interview w Londynie? Kilkanaście godzin. Jak pomyśleć to nic dziwnego, etat to prawie małżeństwo. Kiedy opowiadam to w Polsce, zawsze spotykam się z niedowierzaniem. W Polsce też przyjmowałem ludzi do pracy i nie zauważyłem wyraźnej procedury na interview, chyba najważniejszym kryterium jest towarzyskie - jeśli Franek polecił a Zenek poparł, to jak facet nie pobije przyszłych przełożonych, to pracę ma.

Cholernie mało tej wody w polskich rurach płynie.
«1

Komentarz

  • Trudno się dziwić, że w sytuacji, gdy zasadniczym kryterium dystrybucji etatów jest to towarzyskie, ludzie starają się temu nie poddawać, nawet kosztem braku możliwości rozwinięcia skrzydeł. Duch ponad materią.
  • extraneus napisal(a):
    Trudno się dziwić, że w sytuacji, gdy zasadniczym kryterium dystrybucji etatów jest to towarzyskie, ludzie starają się temu nie poddawać, nawet kosztem braku możliwości rozwinięcia skrzydeł.
    ?

    Moje doświadczenie jest takie, że się dostosowują. Człowiek tak ma.

  • Kilkupokoleniowi mieszczanie zakumulowali nadwyżkę pozwalającą przetrwać okres dekoniunktury, to raz.
    Potrafią zmniejszyć swoje oczekiwania płacowe oraz godzą się na czasowe zmniejszenie dochodów aby podnieść swoje kwalifikacje lub się kompletnie przekwalifikować, to dwa.
    Skostniałe struktury społeczne występują wszędzie, to nie tylko nasza specjalność.
  • To już pan Roman załwarzył, że u nasz na odcinku wieś/miasto słabe są stosunki:

    gdy oświecony ogół krajów zachodnich, rosnąc szybko w liczbę w ostatniem stuleciu, przyjmował kulturę mieszczańską, kulturę pracy, zabiegów, wysiłków i obowiązków, u nas ta sama warstwa przyjęła kulturę wielkoszlachecką, kulturę nieobowiązkowości, używania, a jeszcze więcej popisywania się, wywyższania i t. d. Tą kulturą po dziś dzień żyjemy: ludzie, najciężej zarabiający na chleb, gdy im się powodzi, starają się u nas dociągać zaraz do typu wielkopańskiego; synowie zamożnych kupców, przemysłowców, a jeszcze więcej cieszących się dobrą praktyką lekarzy, adwokatów i t. d., zarówno z powierzchowności, jak i z pojęć, które im wpojono, robią wrażenie młodych hrabiów, dostatecznie przygotowanych do odziedziczenia dużej renty: ludzie robiący fortuny na zawijaniu pieprzu lub pisaniu skarg sądowych, tracą je potem, kupując dobra i t. d.
    Ja myślę, że w tym jest problem, że u nas nic nigdy nie było miejskie, że miasto nie jest dla nikogo żadnym punktem odniesienia.

    Jak to ujął praktyk: Na wsi picie było albo w niedzielę po mszy, albo po żniwach, ale na pełny regulator. W mieście - po pracy wstępowało się na piwko naprzeciwko, albo zaglądało do kieliszka, który miał 20 gram, dla odmiany - codziennie. Po wojnie, dzięki burzliwemu awansowi społecznemu udało się te dwa modele połączyć w harmonijnym splocie.
  • loslos
    edytowano September 9
    Dla mieszczanina kwalifikacje są czymś takim co ziemia dla chłopa. Mieszczanin zarządza nimi i inwestuje, więc nawet zatrudniony na etacie jest przedsiębiorcą. To odnośnie sąsiedniego wątku.

    Lekarzy chłopi znali jeszcze przed wiekami, więc w Polsce są postrzegane kwalifikacje lekarza. Można jechać wiele wiorst do dobrego doktora mimo, że inny doktór jest w miasteczku obok.

    Kwalifikacje są też dostrzegane u informatyków, co pewnie wymusiła specyfika zawodu. Z innymi zawodami jest dużo gorzej lub całkiem źle. A najgorsze jest to, że kategoria kwalifikacji nie jest stosowana do menadżerów. Jak Józek polecił, Franek zostanie dyrektorem.
  • No ba, mój mąż jest z zawodu prezesem.
  • A znamy takiego, który jest z zawodu ministrem.
  • Czynownicy
    Nomenklatura
    Ruski. Duch. Ciągle żywy
  • Czy serio twierdzicie ze na Zachodzie kwalifikacje decydują o pozycji i awansie spolecznym oraz materialnym? Może kiedyś, moze czasem nadal ale czy to jest dominujące? O jakie konkretnie kwalifikacje chodzi? Jakie mają celebryci? Jakie dziedzice fortun?
  • edytowano September 9
    Tym niemniej - nie widzę na to metody innej niż dać się temu stopniowo rozwijać przez jakie 50-100 lat. Wtedy raz że ludzie zauważą i zrozumieją czym się różni dobry kerownik od złego, dwa że przyjdzie AI i wszystko zeżre i problemy będziemy mieli jak u Dukaja w wątku sąsiednim.

    * Ba, widzę, że nie tylko wątek, ale i forum sąsiednie!
  • Jak ząb się zepsuje i już się do niczego nie nadaje, to wyrywamy go i zastępujemy sztucznym, jednak gorszym. Z inteligencją tak samo.

    O AI że przyjdzie i wszystko zeżre to słyszałem jako pachole. No cóż, reklama podstawą biznesu.
  • Nie ma żadnego AI.
  • los napisal(a):
    O AI że przyjdzie i wszystko zeżre to słyszałem jako pachole. No cóż, reklama podstawą biznesu.
    Pytanie ciekawe123, kto owe AI będzie programował i nadzorował poprawność ich działania?
    (Wyprzedzająco odpowiem: tak wiem singularity, więcej danych więc słabsze modele dają lepsze predykcje, itp)

  • Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
    To już pan Roman załwarzył, że u nasz na odcinku wieś/miasto słabe są stosunki:

    gdy oświecony ogół krajów zachodnich, rosnąc szybko w liczbę w ostatniem stuleciu, przyjmował kulturę mieszczańską, kulturę pracy, zabiegów, wysiłków i obowiązków, u nas ta sama warstwa przyjęła kulturę wielkoszlachecką, kulturę nieobowiązkowości, używania, a jeszcze więcej popisywania się, wywyższania i t. d. Tą kulturą po dziś dzień żyjemy: ludzie, najciężej zarabiający na chleb, gdy im się powodzi, starają się u nas dociągać zaraz do typu wielkopańskiego; synowie zamożnych kupców, przemysłowców, a jeszcze więcej cieszących się dobrą praktyką lekarzy, adwokatów i t. d., zarówno z powierzchowności, jak i z pojęć, które im wpojono, robią wrażenie młodych hrabiów, dostatecznie przygotowanych do odziedziczenia dużej renty: ludzie robiący fortuny na zawijaniu pieprzu lub pisaniu skarg sądowych, tracą je potem, kupując dobra i t. d.
    Ja myślę, że w tym jest problem, że u nas nic nigdy nie było miejskie, że miasto nie jest dla nikogo żadnym punktem odniesienia.
    Pan Roman sparodiował szlachtę a kąsumęt jego wzorem parodiuje miasto. Pan Roman opisał szlachtę w mieście a nie u siebie na zagrodzie. Co co można robić w mieście, jak się jest szlachcicem? Używać, popisywać się i wywyższać, normalna rzecz. Praca to jest w zaścianku. Polska szlachta była klasą zupełnie wyjątkową i całkowicie różną od szlachty zachodniej - ci byli po prostu wykidajłami króla jegomości. Polski szlachcic robił dokładnie to samo co zachodni mieszczanin - ciężko pracował a poza tym wiecował i politykował. A miał tę wyższość nad zachodnim mieszczaninem, że o ile mało który mieszczanin zarządzał wielkimi grupami ludzi, to praktycznie każdy szlachcic. Rzplita stała na szlachcie więc degeneracja szlachty była w stanie zabić Rzplitą. I rzeczywiście zabiła.
  • i tak przechodzimy do omówienia kondycji ludzkiej.
    czas sięgnąć po Biblję
  • ms.wygnaniec napisal(a):
    los napisal(a):
    O AI że przyjdzie i wszystko zeżre to słyszałem jako pachole. No cóż, reklama podstawą biznesu.
    Pytanie ciekawe123, kto owe AI będzie programował i nadzorował poprawność ich działania?
    (Wyprzedzająco odpowiem: tak wiem singularity, więcej danych więc słabsze modele dają lepsze predykcje, itp)

    Będzie to bez kozery pięć procent ludzi, które w ogóle ogarnią temat zagadnienia.
  • los napisal(a):
    O AI że przyjdzie i wszystko zeżre to słyszałem jako pachole. No cóż, reklama podstawą biznesu.
    Noji? Przychodzi i po kawałeczku zeżera. Doktór Pieterson nałcza, że już w tej chwili jakieś 10-15% luckości nie ma szans na pracę w US Army, bo są po prostu zbyt mało inteligentni. Jita krzywa roście i róść będzie.
  • No to dobrym pomysłem było zaszczepić etos szlachecki i mity, oczyszczone z deformacji, u chłopstwa przeniesionego do miast. To zrobiły elity które wywalczyły II RP i paradoksalnie w sposób ograniczony kontynuowali komuniści. Jasne że konieczne jest oczyszczenie z komunistycznych deformacji, ale chyba lepiej to kontynuować niż powielać schyłkowy Zachód co mu za chwilę wody zabraknie. Po 89-tym próbowano w sposób niezwykle prymitywny ten model zachodni implementować zachowując równocześnie komunistyczne złogi. Łatwo było bo złogi były, a sam Zachód był już przez komuchów mocno skażony. A gdzież tam jakieś kwalifikacje i pracowitość oraz mieszczańska powściągliwością w rozwydrzonym i roszczeniowym społeczeństwie dobrobytu?
  • loslos
    edytowano September 9
    Niczego żadne AI nie zeżera. Dlaczego? Kuba wyjaśnił.

    Mam nawet wizualizację

    image

    When you’re fundraising, it’s AI. When you’re hiring, it’s ML. When you’re implementing, it’s logistic regression.
  • Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
    los napisal(a):
    O AI że przyjdzie i wszystko zeżre to słyszałem jako pachole. No cóż, reklama podstawą biznesu.
    Noji? Przychodzi i po kawałeczku zeżera. Doktór Pieterson nałcza, że już w tej chwili jakieś 10-15% luckości nie ma szans na pracę w US Army, bo są po prostu zbyt mało inteligentni. Jita krzywa roście i róść będzie.
    Powszechny pobór to wynalazek z początków XIX wieku, więc wracamy do sytuacji normalnej.

  • When you’re implementing, it’s logistic regression.
    O ile nie parę if-ów :)
  • ms.wygnaniec napisal(a):
    Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
    los napisal(a):
    O AI że przyjdzie i wszystko zeżre to słyszałem jako pachole. No cóż, reklama podstawą biznesu.
    Noji? Przychodzi i po kawałeczku zeżera. Doktór Pieterson nałcza, że już w tej chwili jakieś 10-15% luckości nie ma szans na pracę w US Army, bo są po prostu zbyt mało inteligentni. Jita krzywa roście i róść będzie.
    Powszechny pobór to wynalazek z początków XIX wieku, więc wracamy do sytuacji normalnej.

    Nu nu, jak widzę normą możemy nazwać tylko sytuację od wynalezienia podatków na armię przez Wallensteina do wynalezienia powszechnego poboru przez Napoleona.

    Definicja normy taka, że w historii luckości normą było tylko 200 lat, ale OK, niechaj i tak będzie.
  • Ignatz, może za mało precyzyjnie napisałem. Cała pisana historia człowieków do XIX wieku wskazuje, że militariowanie się było rozrywką nielicznych, sytuacja gdy walczą wszyscy była rodzajem zaburzenia (nawet jak Orda atakowała, to nieliczni walczyli a pozostali zamiast pomagać wiali lub się patrzyli).
    Jeżeli się mylę, to mnie oświeć.
  • edytowano September 9
    Przecież nie dlatego, że wśród licznych nie było odpowiednio dużo wystarczająco inteligentnych, ale dlatego, że nieliczni uznali wojnę za ich tylko godną.
  • Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
    Definicja normy taka, że w historii luckości normą było tylko 200 lat, ale OK, niechaj i tak będzie.
    Norma wew historii luckości beła od: "Pambuk ulepieł człowieka zes prochu globusa ziemskiegusz" do "wzion japko i zeżar".

    Potym jusz ino rużni rodzaje degengeracji.


  • ms.wygnaniec napisal(a):
    Ignatz, może za mało precyzyjnie napisałem. Cała pisana historia człowieków do XIX wieku wskazuje, że militariowanie się było rozrywką nielicznych, sytuacja gdy walczą wszyscy była rodzajem zaburzenia (nawet jak Orda atakowała, to nieliczni walczyli a pozostali zamiast pomagać wiali lub się patrzyli).
    Jeżeli się mylę, to mnie oświeć.
    Tak, zgodzę się że wojowanie było rozrywką nielicznych, choć pewnie z zastrzeżeniami. Natomiast chciałbym trochę, z perspektywy prostego wiochmena, podnieść, że bardziej "normalnym" (o wiele to słowo cokolwiek znaczy) sposobem finansowania armii jest regularne becalen niż nieregularne tracenie całości majątku, a przy okazji często życia, nienaruszalności cielesnej i wolności seksualnej.
  • Szturmowiec.Rzplitej napisal(a):
    ms.wygnaniec napisal(a):
    Ignatz, może za mało precyzyjnie napisałem. Cała pisana historia człowieków do XIX wieku wskazuje, że militariowanie się było rozrywką nielicznych, sytuacja gdy walczą wszyscy była rodzajem zaburzenia (nawet jak Orda atakowała, to nieliczni walczyli a pozostali zamiast pomagać wiali lub się patrzyli).
    Jeżeli się mylę, to mnie oświeć.
    Tak, zgodzę się że wojowanie było rozrywką nielicznych, choć pewnie z zastrzeżeniami. Natomiast chciałbym trochę, z perspektywy prostego wiochmena, podnieść, że bardziej "normalnym" (o wiele to słowo cokolwiek znaczy) sposobem finansowania armii jest regularne becalen niż nieregularne tracenie całości majątku, a przy okazji często życia, nienaruszalności cielesnej i wolności seksualnej.
    Przedmiotem sporu był nie sposób finansowania armii ale czy te 10% zdatnych i przydatnych dla armii to dużo czy mało. W mojej ocenie to, w ujęciu historycznym, całkiem sporo, gdyż jak sam słusznie zauważyłeś, znaczna część armii zajmuje się sprawami pobocznymi w stosunku do mordowania innych.
    Przykład z naszej historii, to skala zbrodni w Powstaniu Warszawskim jednostek liniowych vs jednostek tyłowych u Niemców.

  • Wsi spokojna
    WSI wesoła
  • Widzę, że doszło do nieporozumień, więc ad vocem:

    1. Otóż rozhozi się o to, że praca w armii jest na tyle skomplikowana, że NIE MA żadnego zatrudnienia dla 10% ludzi. I to jest trynt, nieodwracalny. I w tym właśnie tryndzie pracuje AI/ML/statystyka, whatever.

    2. Zbrodnie hitlerowskie wynikały nie z konieczności sfinansowania armii, tylko z woli popełnienia zbrodni. To są nieco różne sprawy.
  • edytowano September 9
    1. A te 10% to jest więcej niż 50 lat temu, czy co? Czy chodzi o to że ci ludzie nie chcą pracować poza armią, czy w ogóle nic nie potrafią? Czy dr JP odnosił się do zmian wymagań samej US Army wobec kandydatów? O jaki trend chodzi?

    OK, znalazłem tyle - dr JP zakłada, że bycie 'niezatrudnialnym' przez armię reprezentuje bycie 'niezatrudnialnym' w ogóle (armia jako ostania szansa i środek awansu społecznego również w czasie pokoju). O trendzie nie znalazłem.

    Edit: Chodzi mu o to, że automatyzacja najprostszych zawodów zabierze je osobom o niskim IQ, ale jeszcze pracującym. Recepty konserwatystów (pracuj ciężej) ani zamykanie oczu przez liberałów (nie ma różnic między ludźmi) nie pomogą.
  • na wsi nie mieszkają wyłącznie posiadacze ziemi. Mieszkają też pracownicy rolni, sprzedający swoją wiedzę i sprawność. Model jest nieprawdziwy.
  • A no to cza było tak od razu Ignatz ;)
    Teza publicystyczna nie podlega merytorycznej krytyce, 10 - 15% nadaje nie nadaje, czyli słowa, słowa, słoma.
    Przez całą historię rola komponentu białkowego ewoluuje, patrz wątkotwórczą wypowiedź, kiedyś wieś ludna zbyt i przez to ubogo-plebejska, obecnie biznesowe produkowanie żywności, a ubogo-plebejskość zagościła w CUWach wszelakich aglomeracyjnie lokowanych.
  • KazioToJa napisal(a):
    na wsi nie mieszkają wyłącznie posiadacze ziemi. Mieszkają też pracownicy rolni, sprzedający swoją wiedzę i sprawność. Model jest nieprawdziwy.
    Proszę użyć określenia poprawnego: parobek. Strasznie atrakcyjna była to fucha.

    Dziś wieś wygląda inaczej niż sto lat temu a Polacy wywodzą się z tej dawnej, nie z tej dzisiejszej.
  • Nu, moja prababcia była jedną z pięciorga rodzeństwa. I powiada, że deal był taki, że kto miał dużo dzieci, a mało gruntu, posyłał je na roboty do tych, którzy mieli akurat odwrotnie.

    Wg relacji mojej ciotki, prababcia udała się na taki deal raz, poczem stwierdziła, że nie jest to dobry deal, gdyż w mieście są lepsze staweczki za godzinę pracy, z czego niezwłocznie skorzystała.

    Tagwięc, tego, nie bałdzo mam zamiłowanie do wsi.
  • było tak:
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Kategorie_ludności_wiejskiej_w_Polsce

    a teraz zróżnicowanie też jest potężne. Jest nawet osobna stawka składki zus dla pracowników rolnych. Znam gospodarstwo zatrudniające w ciągu roku do 2000 ludzi. Są firmy okołorolnicze, premiksy, maszyny rolnicze, są usługodawcy dla rolników. To wszystko ludzie mieszkający poza miastami i miasteczkami, mieszkańcy wsi, którzy nie posiadają gospodarstw, albo posiadają gospodarstwa śladowe.

    Co do zarządzania wiedzą - działy informatyki zawsze wiedziały - jeśli nowy pracownik ma teczkę grubą od zaświadczeń i świadectw, to nie przychodzi do pracy. Skupia się na samorozwoju, często tylko papierowym, a nie na zadaniach.
  • KazioToJa napisal(a):
    Co do zarządzania wiedzą - działy informatyki zawsze wiedziały - jeśli nowy pracownik ma teczkę grubą od zaświadczeń i świadectw, to nie przychodzi do pracy. Skupia się na samorozwoju, często tylko papierowym, a nie na zadaniach.
    Paczpani a w Njorku i Lądku traktują to bardzo poważnie. Kto się ma lepiej?

  • Porównując swoje doświadczenia z Francji i Polski w zdobywaniu pracy w tym samym zawodzie po tych samych studiach, to na Zachodzie liczył się strój i skończona uczelnia a w Polsce bardziej umiejętności techniczne i wiedza. Teraz to się trochę zmieniło, bo jest takie ssanie na rynku pracy u nas, że biorą każdego kto ma tętno. Co zrobić jeśli w zglobalizowanym rynku nadal jesteśmy tanią siłą roboczą.
  • edytowano September 9
    Chyba się nie zgodzę, że na zachodzie kontakty i znajomości się nie liczą (albo liczą się mało). Bardziej tak bym to opisał, że u nas takie rzeczy są rozlane po wszystkich zawodach, nawet tych, gdzie nie powinny. A tam są odpowiednio skanalizowane - lobbyści w D.C. są oficjalnie zarejestrowani, firmy podkupują sejlsów ze względu na ich kontakty; zatrudniają jako VP matoła, bo grał w golfa z CTO/CFO/CEO potencjalnego klienta; na "doradcę" biorą gościa który na starcie przynosi 10 3 (trochę przestrzeliłem z tą 10) klientów (czyli firmy, gdzie też jest doradcą) i tak dalej. Pracuję w niedużej (ale nie małej) hamerykańskiej firmie i mam okazję widzieć jak to wygląda na street levelu, no i tak to wygląda.
  • ktoś po obejrzeniu ocja chrzestnego (dobry tatuś) napisał, że w Hameryce tera to je taki feudalis jak kiedyś w Europie, tylko ciu.. inaczej
  • polmisiek napisal(a):
    Chyba się nie zgodzę, że na zachodzie kontakty i znajomości się nie liczą (albo liczą się mało).
    Ja bym peedział tak - liczą się ale profesjonaliści dbają, by ich znajomi też byli profesjonalistami. Ludzie polecają sobie nawzajem pracowników, nazywa się to networking. Zła rekomendacja psuje opinię rekomendującego.
  • KazioToJa napisal(a):
    Co do zarządzania wiedzą - działy informatyki zawsze wiedziały - jeśli nowy pracownik ma teczkę grubą od zaświadczeń i świadectw, to nie przychodzi do pracy. Skupia się na samorozwoju, często tylko papierowym, a nie na zadaniach.
    Wsiowe podejście. Zenek umie oprawić wieprzka nie dlatego, że ma certyfikaty, ale dlatego, że umie oprawić wieprzka. A skąd wiemy, że Zenek umie oprawić wieprzka? Przecież wszyscy to wiedzą!

    W mieście certyfikatów nikt nie kwestionuje. A skąd wiemy czy przyszły pracownik skupia się na samorozwoju, często tylko papierowym, czy na zadaniach? Od tego jest te dwanaście godzin interview.

  • los napisal(a):
    KazioToJa napisal(a):
    Co do zarządzania wiedzą - działy informatyki zawsze wiedziały - jeśli nowy pracownik ma teczkę grubą od zaświadczeń i świadectw, to nie przychodzi do pracy. Skupia się na samorozwoju, często tylko papierowym, a nie na zadaniach.
    Wsiowe podejście. Zenek umie oprawić wieprzka nie dlatego, że ma certyfikaty, ale dlatego, że umie oprawić wieprzka. A skąd wiemy, że Zenek umie oprawić wieprzka? Przecież wszyscy to wiedzą!
    Kwestia skali ;) powyżej pewnej granicy potrzebne są zewnętrzne wyznaczniki.
    Co do certyfikacji, to system jest wadliwy ale działa. Jak poznać tych 'skoncentrowanych na certyfikatach'? po ilości i tempie ich zdobywania.

  • edytowano September 10
    No to w Polsce jest obecnie jak na Zachodzie. Jak mnie przyjmowano do pracy to dbano o sprawdzenie czy jestem profesjonalistą. Ja ja przyjmuję to tak samo. A jednak chętnie przyjmuję znajomych lub rekomendowanych przez znajomych.Mnie też dwa razy przyjmowali znajomi lub po rekomendacji znajomych. Czy to kumoterstwo? Raczej nie. Ta znajomość czy rekomendacja znajomych to skuteczna metoda sprawdzenia kwalifikacji. Przeciez nie zatrudniam znajomych bez kwalifikacji i doświadczenia. Oczywiście że profesjonalistów a znajomość to cenne sprawdzenie. Prawda że, jeśli to nie znajomość zawodowa, sprawdzenie wiarygodności i cech osobowości. Kwalifikacje zawodowe muszę wtedy sprawdzić klasycznymi metodami jak analuza CV wywiad i opinie zewnetrzne. Taki sposob rekrutacji stosowano wobec mnie juz 25 kat temu i ja stosuję odkąd decyduję. Te negatywne opinie o polskiej rekrutacji to pewnie z administracji, budżetówki czy od oligarchów, ale i tam trzeba ludzi do roboty. Kumotrzy owszem są ale od pasozytowania i każdy wie którzy to.
    PS: Pasożyty i kumotrzy to nie jest kwestia wieś- miasto albo Polska- Zachód. To zależy od stopnia skorumpowania systemu. Jest on rożny, ale obecnie wszystkie systemy w tym Zachód są skorumpowane i to skorumpowanie przez ostatnie dekady rosło. To jeden z powodów buntu przeciw elitom który narasta. Może nawet główny powód.
  • los napisal(a):
    KazioToJa napisal(a):
    Co do zarządzania wiedzą - działy informatyki zawsze wiedziały - jeśli nowy pracownik ma teczkę grubą od zaświadczeń i świadectw, to nie przychodzi do pracy. Skupia się na samorozwoju, często tylko papierowym, a nie na zadaniach.
    Paczpani a w Njorku i Lądku traktują to bardzo poważnie. Kto się ma lepiej?

    W Indiach też. A nie mają lepiej.
    los napisal(a):
    W mieście certyfikatów nikt nie kwestionuje. A skąd wiemy czy przyszły pracownik skupia się na samorozwoju, często tylko papierowym, czy na zadaniach? Od tego jest te dwanaście godzin interview.

    Mam odwrotne doświadczenia.
    To polskie interviewy są długie, nużące i pełne idiotycznych pytań obliczonych na złapanie na czymś. Co ma ten efekt że pracę dostanie niekoniecznie lepszy, ale lepiej przygotowany do rozmowy.
    Miałem kilka holenderskich i amerykańskich inteview i wszystkie (nie sądzę aby to był przypadek) miały formę luźnej pogadanki, gdzie w zasadzie pytano mnie co robiłem, na czym się znam, jak sobie radze w trudnych sytuacjach i w zasadzie tyle. Nie trzeba było do tych rozmów żadnego przygotowania.
    Polskiego interview bez przygotowania nie przeszedłbym ani jednego.
  • Niestety u nas mało head hunterow na poziomie, a oni zwykle robią większość rekrutacji. Na niższy i średni szczebel interview robią że sztancy po kilku tygodniach przyuczenia absolwenci i absolwentki kierunków humanistycznych i zarządzania . Na wysokie stanowiska robią spece od Executive Search tracajacy na kilometr służbami, w tym WSI.

  • loslos
    edytowano September 10
    Mam inne doświadczenia. I to w 100% przypadków tak było a jeśli podsumować te interview, które prowadziłem, i te, w których mnie pytano, będzie to ponad sto.
  • Miałem kilka holenderskich i amerykańskich inteview i wszystkie (nie sądzę aby to był przypadek) miały formę luźnej pogadanki, gdzie w zasadzie pytano mnie co robiłem, na czym się znam, jak sobie radze w trudnych sytuacjach i w zasadzie tyle. Nie trzeba było do tych rozmów żadnego przygotowania.
    Z mojego doświadczenia przy amerykańskiej rekrutacji (data) wynika, że to pierwszy etap - sprawdzenie czy kandydat naściemniał w CV, czy potrafi opowiedzieć o pracy i technologiach, czy nie jest świrem. Dopiero kolejne spotkanie to konkretna przepierka techniczna, z kodowaniem na wspólnym ekranie albo zadaniem domowym, ale np. do zrobienia w 4 godziny. A potem i tak obowiązkowe spotkanie w siedzibie i tu uwaga - oprócz kolejnych spraw technicznych, rozmów o stanowisku i zadaniach z menadżerem, także wspólny obiad przynajmniej z częścią zespołu. Przecież z tymi ludźmi będzie się żyło przez kilka dni w tygodniu.
  • loslos
    edytowano September 10
    +1

    I to jest tak uzasadnione, jak tylko cokolwiek może być uzasadnione. Etat to pół małżeństwa.
  • Kuba_ napisal(a):
    Z mojego doświadczenia przy amerykańskiej rekrutacji (data) wynika, że to pierwszy etap - sprawdzenie czy kandydat naściemniał w CV, czy potrafi opowiedzieć o pracy i technologiach, czy nie jest świrem. Dopiero kolejne spotkanie to konkretna przepierka techniczna, z kodowaniem na wspólnym ekranie albo zadaniem domowym, ale np. do zrobienia w 4 godziny. A potem i tak obowiązkowe spotkanie w siedzibie i tu uwaga - oprócz kolejnych spraw technicznych, rozmów o stanowisku i zadaniach z menadżerem, także wspólny obiad przynajmniej z częścią zespołu. Przecież z tymi ludźmi będzie się żyło przez kilka dni w tygodniu.
    Mówimy o różnych branżach - nie pracuję w IT.
    A skoro się za każdym razem dostawałem, mogę stwierdzić, że nie był to tylko pierwszy etap.
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.