Ryszard Szurkowski R.I.P.

Wiem, że może bohater nie do końca z naszej bajki, ale był (obok Papcia Chmiela) wielkim uweseleniem mojego dzieciństwa i nie mogę go nie wspomnieć z sentymentem.
O Ryszardzie usłyszałem zresztą w tym samym roku, w którym wziąłem do ręki pierwszy zeszyt "Tytusa". Powiedziała mi o nim śp. Prababcia Tola (podówczas 85-letnia), która siedziała w swoim pokoiku z radyjkiem tranzystorowym i nie przepuściła żadnego meldunku z trasy Wyścigu Pokoju (drugą jej pasją były zawody lekkoatletyczne). Zaskoczyło od razu, bo był to rok, w którym Polacy jako pierwsi w "amatorskim" peletonie opanowali sztukę rozprowadzania na finiszu. Na ogół wygrywał Szurkowski przed Hanusikiem, ale w tamtym roku dano wygrać każdemu (za wyjątkiem najmłodszego w ekipie Zbigniewa Krzeszowca). Np. w Poznaniu planowo wygrał Zenon Czechowski bo to jego rodzinne miasto, a w Berlinie na koniec Wojciech Matusiak.
Dwa lata później był nieudany wyścig, przegrany na VI etapie (Gera - Karlove Vary), ale zakończony dwoma efektownymi zwycięstwami etapowymi Pana Ryszarda - w Lublinie i w Warszawie. Wtedy też (w 9. roku życia) opanowałem sztukę wymawiania głoski "r", ćwicząc zdanie: "Ryszard Szurkowski wygrał w Warszawie czternasty etap".
No a rok później Barcelona, mistrzostwa świata, gdzie wraz ze śp. Stanisławem Szozdą podyktowali warunki wyścigu.

Niech spoczywa w pokoju!

+++
Otagowano:
Aby napisać komentarz, musisz się zalogować lub zarejestrować.